Gary Trent Junior nie odrzucił oferty przedłużenia kontraktu jak Caleb Martin, ale też jest jednym z największych przegranych wakacji, ponieważ nikt nawet nie złożył mu większej propozycji.
Przez poprzednie trzy lata w Kanadzie zarobił łącznie $52mln i teraz liczył na podwyżkę, ale najpierw Toronto Raptors nie byli zainteresowani zatrzymaniem go u siebie, a następnie przez ponad dwa tygodnie wolnej agentury nie znalazł drużyny gotowej mu zapłacić. Długo czekał na rynku, na którym obecnie zostało już niewiele pieniędzy, dlatego w końcu musiał pogodzić się z brutalną dla siebie rzeczywistością i właśnie zdecydował się na minimalną umowę w Milwaukee.
Chciał podwyżki, a skończyło się poważnym zjazdem cenowym i w najbliższym sezonie zarobi prawie $16mln mniej niż poprzednio.
W wieku 25 lat Trent jest nadal całkiem młodym zawodnikiem, który ciągle się rozwija. Jest też jednym z lepszych dystansowy strzelców. Przez ostatnie trzy sezony tylko 15 zawodników w całej NBA trafiło łącznie więcej trójek od niego, a jego skuteczność wyniosła dobre 38.2%. Ale mimo że trójki są bardzo w cenie i wszystkie drużyny potrzebują graczy zapewniających spacing, w przypadku Trenta nie przełożyło się to teraz na jego finanse.
Wygląda na to, że miał zdecydowanie zbyt wygórowane oczekiwania, które odstraszyły wszystkich. Pojawiały się doniesienia, że chciał wyżej pensji niż te i tak już wysokie jak na jego produkcję $18.5mln, jakie dostawał ostatnio. Na boisku nie potwierdził, że jest wart takich pieniędzy. Nie poczynił postępów i miał słabszy sezon. Potrafi zdobywać punkty, ale nie jest efektywnym strzelcem, ponieważ brakuje mu skuteczności za dwa i nie dostaje się na linię. Do tego nie kreuje innych i często zawodzi w obronie. Mimo że przez cały pobyt w Toronto zaliczał 1.4 przechwytów, to z nim na parkiecie defensywa Raptors zawsze była gorsza.
Dobry gracz, ale nie za duże pieniądze. Choć też dużo lepszy niż wartość minimum dla weterana. Dlatego to steal dla Milwaukee Bucks, że udało im się tak tanio go zdobyć. Oczywiście inaczej nie byliby w stanie, bo mają do zaproponowania jedynie minimalne umowy. Jeszcze tydzień temu mówiło się, że Trent nie zgodzi się na taki kontrakt (w jego przypadku to $2.6mln), kiedy pojawiały się doniesienia o zainteresowaniu ze strony kontenderów, między innymi Denver Nuggets. Dla tych najlepszych drużyn to była świetna okazja. Wcześniej nie mieli nawet po co się do niego odzywać, ale teraz gdy opcji na rynku jest już tak niewiele, a Trent nadal był bez kontraktu, oferta za minimum w wygrywającej drużynie zyskała na atrakcyjności. Dołączenie do silnej drużyny daje mu szansę poprawienia swoich notowań do kolejnych wakacji, możliwość korzystania z wolnych pozycji do rzutów i pokazania się szerokiej publiczności.
Ostatecznie Bucks wygrali tę rywalizację. Podobno Doc Rivers miał swoją ważną rolę w przekonaniu Trenta. Dobrze zna jego tatę i poleciał do Miami, żeby skusić Juniora wizją zastania częścią mistrzowskiej drużyny. Mógł nawet zaproponować mu miejsce w pierwszej piątce, gdzie zrobiła się dziura po odejściu Malika Beasleya. Zresztą Beasley jest też przekładem gracza, który właśnie skorzystał na rocznym pobycie w Milwaukee za minimum. Dostał podwyżkę w Detroit na kontrakcie za $6mln. Bucks nie byli w stanie go zatrzymać za podobne pieniądze i mimo że Beasley nie był idealnym starterem dla kontendera, było to istotnym osłabieniem. Ale niespodziewanie udało im się teraz znaleźć nie tylko zastępstwo, co nawet upgrade. Trent jest nieco młodszy i przynajmniej ma potencjał, żeby stać się lepszym, mniej jednowymiarowym graczem. A w najgorszym razie, dostaną po prostu świetnego snajpera do rozciągania gry wokół swoich liderów. Gary w zeszłym sezonie był nawet nieco lepszy niż Beasley w sytuacjach catch-and-shoot za łukiem, trafiając 43.1% takich rzutów (top8 ligi przy co najmniej stu celnych), a już od swojego drugiego sezonu w lidze nie zszedł poniżej poziomu 40%.
Przegrane wakacje Trenera, stały się dużą wygraną dla Bucks. Pozyskali zawodnika, który teoretycznie powinien być poza ich zasięgiem. Oczywiście nie jest to żaden game-changer, ale i tak zdecydowanie ich największy sukces podczas tego cichego offseason.
Bucks przede wszystkim stawiają na kontynuacją i ustabilizowanie zespołu, który w zeszłym sezonie przeszedł duże wstrząsy nie tylko przez pojawienie się nowego gwiazdora, ale i zamieszanie na ławce trenerskiej. W drugim roku wspólnej gry Giannis i Lillard mają już funkcjonować znacznie lepiej, a też Rivers ma cały offseason na przygotowanie odpowiedniego planu dla swojej drużyny. Dlatego w wakacje Bucks zniknęli z radaru i podczas gdy rywale na Wschodzie wykonują duże ruchy, o nich właściwie się nie mówi.
Nie mają też za bardzo pola manewru, mocno ograniczeni restrykcjami ponad drugim tax apron. Trzeba jednak przyznać, że tymi małymi ruchami całkiem nieźle wyszło im uzupełnienie składu. Na minimalnych kontraktach zatrudnili trzech nowych graczy do rotacji, wcześniej podpisując też Delona Wrighta i Taurena Prince’a. Wright to defensywny guard, który powinien być upgradem nad przenoszącym się do Izraela Patrickem Bevereley’em. Prince w teorii jest lepszym 3-and-D zadaniowcem niż na parkiecie i rola startera w Lakers to były dla niego za duże buty. Nie rozwiąże problemu Bucks z głębią skrzydłach, ale powinien być bardziej przydatny niż starzejący się Jae Crowder.












