Na początku wakacji 2004 najgorętszym tematem była przyszłość Kobiego Bryanta, który poważnie brał pod uwagę dołączenie do tej drugiej drużyny w Los Angeles, po czym największym wydarzeniem offseason stał się transfer Shaquille’a O’Neala do Miami. Sporo zamieszania wywołały też kontrowersje wokół przeprowadzki Carlosa Boozera do Utah Jazz, a młodym Denver Nuggets wróżono obiecującą przyszłość gdy do Carmelo Anthony’ego dodali wybranego cztery lata wcześniej z jedynką w drafcie Kenyona Martina. W cieniu tego wszystkiego znalazł się Steve Nash i jego kontrakt z Phoenix Suns. Był jednym z najlepszych dostępnych zawodników na rynku, ale był też już 30-letnim All-Starem, który miał powoli kończyć okres swojego prime’u. Co więcej, dołączał do drużyny, która wcześniejszy sezon zakończyła mając tylko 29 zwycięstw, dlatego nikt nie spodziewał się, że ten ruch może istotnie wpłynąć na układ sił w NBA.
Szybko okazało się, że była to jedna z najlepszych transakcji na rynku wolnych agentów. Nie tylko tamtych wakacji, ale i w całej historii NBA. Jeśli wyłączymy te wszystkie oczywiste kontrakty dla największych gwiazd jak LeBron James czy Kevin Durant, to może nawet najlepsza. Phoenix Suns udała się wtedy niezwykle rzadka sztuka jaką jest pozyskanie z rynku przyszłego MVP. Odkąd w NBA zaczęła obowiązywać niezastrzeżona wolna agentura tyko trzech zawodników sięgnęło po tę nagrodę w barwach drużyny, którą sami wybrali w offseason. Shaq w Lakers, LeBron w Heat i właśnie Steve.
Ale ta historia mogła się nie wydarzyć, ponieważ gdyby to zależało wyłącznie od Nasha, w 2004 nie przeprowadziłby się do Arizony. Co prawda miał tam nadal swój dom, który kupił gdy grał w barwach Suns przez pierwsze dwa lata swojej kariery, ale wolał zostać w Dallas Mavericks. Bardzo chciał dalej grać razem ze swoim przyjacielem Dirkiem Nowitzkim i Michaelem Finley’em, z którymi przywrócił Mavs do playoffów po 10-letniej przerwie i tworzył czołową ekipę Zachodu. Mieli za sobą cztery kolejne sezony na ponad 50 zwycięstw i wizytę w finale konferencji w 2003 roku.
W Dallas również chcieli zatrzymać trzon drużyny i jeszcze tuż przed startem offseason Mark Cuban podkreślał, że Nash jest priorytetem. Okazało się jednak, że te priorytety były nieco inne, bo Cuban bardziej niż zatrzymaniem swojego rozgrywającego martwił się perspektywą inwestowania dużych pieniędzy w już 30-letniego zawodnika. Były obawy o to czy Nash wytrzyma fizycznie kolejne lata i czy przypadkiem nie zaczął już schodzić ze swojej górki. Po dwóch kolejnych sezonach na poziomie All-Stara, w 2003/04 jego statystyki nieco spadły, oddał miejsce trzeciego strzelca drużyny Antawnowi Jamisonowi, a do tego miał słabe playoffy, w których został ograny w pierwszej rundzie przez Mike’a Bibby’ego.
Mavs obawiali się, żeby nie przepłacić. Nie wszyscy jednak podzielali te obawy i Phoenix Suns zaproponowali Nashowi 6-letnią umowę za $66 milionów, z opcją drużyny w ostatnim sezonie (dla porównania, jego wcześniejszy kontrakt był wart dokładnie połowę mniej – $33mln/6). Steve poszedł z tą ofertą do Cubana, mając nadzieję, że wyrówna i będzie mógł zostać w Dallas. Cuban zrezygnował z tej możliwości. Uznał, że cena jest za wysoka. Podobno wcześniej Mavs proponowali mu $9mln rocznie, a przede wszystkim nie chcieli ryzykować kontraktem dłuższym niż na cztery sezony.
Nashowi pozostało przyjąć ofertę Suns i spakować walizki. Dostał świetny kontrakt, ale nie ukrywał swojego żalu, że musi opuścić Dallas:
„To ekscytujące, ale też słodko-gorzkie. Bardzo mi przykro, że zostawiam moich kolegów, ale cieszę się, że idę gdzieś, gdzie naprawdę mnie chcą.”
Dla Suns taki obrót sytuacji był ogromnym sukcesem, ponieważ przystępując do offseason z dużą pulą wolnych pieniędzy, to właśnie Nasha postawili sobie za główny cel. Wprawdzie nowy właściciel klubu marzył o włączeniu się w walkę po niezadowolonego Bryanta, jednak w managemencie zdawali sobie sprawę, że nie mają na tym polu większych szans. Priorytetem było zdobycie Nasha, dlatego w pierwszy dzień wolnej agentury przyjechali do niego z dużą reprezentacją, w której znaleźli się między innym Mike D’Antoni (przejął posadę trenera w trakcie poprzedniego sezonu) i młody gwiazdor Amar’e Stoudemire. Natomiast jeszcze wcześniej, wieczorem tuż po otwarciu okienka zadzwonił do niego GM Bryan Colangelo, a za chwilę w jego domu pojawił się Rex Chapman. Dobry kolega Nasha z czasów gry w Phoenix, który pracował wówczas jako skaut Suns i miał przyszykować grunt pod spotkanie. Suns bardzo starali się, żeby przekonać go do siebie. Steve mimo wszystko nadal wolał zostać w Dallas, ale Suns udało im się ustawić w pozycji, w której stali się jedyną alternatywą jaką brał pod uwagę.
Suns oczywiście nie przypuszczali, że pozyskują dwukrotnego MVP, ale wiedzieli, że jest on kluczowym elementem układanki w ich przebudowywanej drużynie. Potrzebowali odpowiedniego rozgrywającego, który będzie pasował do wizji D’Antoniego i pomoże wykorzystać zmieniające się zasady gry…
Na początku lat 2000-nych NBA miała problem nie tylko z powodu pustki po odejściu Michaela Jordana, ale także z samą koszykówką. Wolne tempo, mało punktów, a za dużo fizycznej gry, stania w miejscu i izolacji. Nie była to piękna koszykówka, którą przyjemnie się ogląda. Niektórzy uważali wręcz, że jest coraz bardziej nie do oglądania. Jerry Colangelo był jednym z tych, którzy dostrzegli konieczność zdecydowanych zmian i przedstawił kilka swoich pomysłów Komisarzowi. David Stern dał mu zielne światło do powołania komitetu, który się tym zajmie. W rezultacie wprowadzono zmiany mające przyspieszyć i otworzyć grę, jak skrócenie czasu na przeprowadzenie piłki przez linię środkową do ośmiu sekund czy regułę trzech sekund w pomalowanym. Efekty kolejnych usprawnień nie były natychmiastowe, ale też dlatego, że dopiero w 2004/05 nastąpiła ta kluczowa zmiana, czyli wyeliminowanie handcheckingu.
Oczywiście cała liga dostosowywała się do zmian, ale mało kto czuł je tak dobrze jak Colangelo, który wiedział co chce osiągnąć i jak te zmiany otworzą grę. Wiedział, że pozycja rozgrywającego odżyje, dlatego też jego Phoenix Suns byli przygotowani, żeby od razu z tego skorzystać. Co prawda w 2004 roku Jerry kończył swoją długoletnią przygodę w Phoenix, sprzedając drużynę Robertowi Sarverowi, ale na stanowisku generalnego managera był jego syn, a on jeszcze przez chwilę pozostał przewodniczącym klubu i pierwszego lipca wziął udział w spotkaniu z Nashem.
W kolejnym sezonie Suns byli już najlepszą drużyną ligi z 62 zwycięstwami.
Cuban on #Mavs not re-signing Nash: "We certainly didn’t see him as a 2-time MVP. And it was the biggest mistake I made not re-signing him."
— Dwain Price (@DwainPrice) November 20, 2016
Cuban nie miał racji, popełnił błąd i jednym z większych „What If” w historii pozostaje to, jak potoczyłyby się losy NBA, gdyby w następnych latach Mavs nadal mieli w składzie dwóch zawodników, którzy zgarnęli trzy kolejne nagrody MVP? Czy Steve grając dalej u boku Dirka wszedłby na poziom MVP? A co z rewolucją D’Antoniego, czy z innym rozgrywającym smallball Suns także zacząłby tak bardzo zmieniać koszykówkę?
Mavericks pozwolili odejść zawodnikowi, który w dwóch następnych sezonach został MVP, ale nie potrzebowali go, żeby już dwa lata później znaleźć się w wielkim finale i ostateczne sięgnęli po mistrzostwo, co Nashowi nigdy się nie udało.
Mimo rezygnacji z podpisania Nasha, Mavs wcale nie oszczędzali w tamte wakacje i wyrzucili mnóstwo pieniędzy na Ericka Dampiera, którego ściągnęli do Dallas płacąc aż $73mln/7. Warto też przypomnieć, że jeszcze zanim pozwolili Nashowi odejść, pozyskali jego potencjalnego następcę robiąc w czasie draftu transfer po wybranego z piątką Devina Harrisa. Natomiast później uzupełnili osłabiony backcourt wymianą po Jasona Terry’ego.
W dłuższej perspektywie te elementy pomogły im zbudować drużynę, która w 2011 sięgnęła po tytuł. Harrisa wykorzystali w transferze po Jasona Kidda, Dampiera przehandlowali za Tysona Chandlera, a Terry był drugim strzelcem ekipy mistrzów.
Czy zatrzymując Nasha też byliby mistrzami?
Wiemy tylko, że rezygnacja z Nasha nic nie nauczyła Cubana, bo po zdobyciu pucharu znowu obawiał się inwestowania w weteranów i pozwolił odejść 29-letniemu Tysonowi Chandlerowi, który w kolejnym sezonie w Nowym Jorku został najlepszym obrońcą ligi.













Damn ale on pięknie grał wtedy!
SWIETNY tekst, swietny temat. Dzieki Adam!
I odpuszczenie mistrzowskiego składu do dziś odbija się czkawką w Dallas. Po tym co zrobił Cuban żadna z super-gwiazd nie podpisze kontraktu z Mavericks. Muszą sobie ich sami 'wychować’.
Czy Unicorna nie traktujemy/traktowaliśmy w kategoriach super-gwiazdy?
Nie, jeszcze nie. Poza tym przyszedł w ramach transferu.
Czaje, ale przeciez jakby nie dal okejki, to by tam pewnie nie trafil ;)
Uciekał z Nowego Yorku. Każda drużyna musiała mu się wydawać atrakcyjna.