
New York Knicks byli na prowadzeniu tylko przez 24% czasu wszystkich finałowych meczów, ale to wystarczyło im, żeby zanotować cztery zwycięstwa. Za każdym razem musieli odrabiać dwucyfrowe straty. To był pokaz niesamowitej odporności, wytrwałości i waleczności. Wrócili nawet z 29-punktowej straty. Każdy z meczów rozstrzygnął się dopiero w ostatnich minutach i to oni lepiej radzili sobie w tych nerwowych końcówkach. Choć w drodze do finałów nie mieli za wiele okazji sprawdzić się w takich sytuacjach, ponieważ rozbijali rywali kolejnymi blowoutami. Przez pierwsze trzy rundy tylko trzy razy znaleźli się w crunch time. W finałowej serii daleko było do takiej dominacji, ale ostatecznie wystarczyło im tylko pięć meczów, żeby pokonać San Antonio Spurs i zdobyć pierwsze od 53 lat mistrzostwo dla Nowego Jorku.
Sięgnęli po tytuł i zrobili to w imponującym stylu, zaliczając fantastyczne playoffy. Jedne z najbardziej dominujących w całej historii. Tylko 19 meczów do mistrzostwa, z ostatnich 16 przegrali jeden, zaliczyli dwa sweepy i w sumie przez cały ten run byli lepsi od rywali o rekordowe 283 punkty. Zostawili daleko w tyle gwiazdorskich Golden State Warriors, którzy w drodze na szczyt w 2017 zanotowali najlepszy dotychczas wskaźnik +230.
I zrobili to New York Knicks. Klub, który większość z tych 27 lat między wizytami w finale był jedną z najgorszych organizacji w całej lidze. Klub, który przez lata nieudolnie gonił za wielkimi gwiazdorami, a ostatecznie stworzyli mistrzowską drużynę nie mając w składzie nikogo, kto mógłby pochwalić się wyróżnieniem w pierwszej All-NBA. Pierwszy taki mistrz od Detroit Pistons z 2004 roku.
Jalen Brunson – Po raz trzeci z rzędu był w All-NBA, ale za każdym razem znalazł się w drugiej piątce. Nie był postrzegany jako super-gwiazdor, który może poprowadzić drużynę do mistrzostwa. W końcu ma tylko 188 centymetrów wzrostu. Ale gdy wybrzmiała końcowa syrena ostatniego meczu tego sezonu, nikt nie miał wątpliwości, kto jest MVP Finałów. Jednogłośnie przyznano mu tę nagrodę. W Game 5 zdobył aż 47.9% punktów swojej drużyny. Tylko Michael Jordan zanotował wyższy taki wskaźnik w meczu kończącym finałową serię. Brunson zamknął usta krytykom i niedowiarkom. Ale tak samo jak wcześniej nie komentował głosów krytyki, tak również teraz nie zamierza tracić na to czasu. Ten puchar mówi wszystko.
Został wybrany dopiero w drugiej rundzie draftu. W Dallas nie byli przekonani, czy jest wystarczająco dobrym partnerem dla Luki Doncica. W Nowym Jorku mocno w niego uwierzyli. Początkowo mogło wydawać się, że aż za bardzo, ale mieli rację. Brunson jest fantastycznym liderem na boisku i poza nim. To nie tylko od niego rozpoczęła się budowa mistrzowskiego składu, to również on bardzo pomógł skonstruować go w ten sposób. Dwa lata temu podpisał korzystne dla drużyny przedłużenie, zamiast poczekać na kontrakt o $113 milionów wyższy, dając w ten sposób większe pole manewru managementowi. Bo najważniejsze jest wygrywanie…
I teraz jest królem Nowego Jorku.
Karl-Anthony Towns – Game 5 był dopiero jego trzecim meczem w całej karierze z dorobkiem zaledwie dwóch punktów. Miał sześć spudłowanych rzutów i sześć fauli. Jeszcze niedawno powiedzielibyśmy, że to klasyczny KAT, wymiękających w najważniejszych playoffych meczach. Ale podczas gdy ten finisz mu nie wyszedł, wcześniej udowodnił już, że nie jest tym graczem, co kiedyś. Dojrzał, stał się Big Karlem i odegrał kluczową rolę w drodze do mistrzostwa. To przesunięcie KATa do roli playmakera okazało się punktem zwrotnym playoffów, który pozwolił Knicks się rozkręcić. Ostatecznie w tych 19 meczach rozdał 94 asysty. Niemal tyle samo, co we wcześniejszych 50 występach playoffowej kariery (100). To on też był najlepszym zawodnikiem drużyny przez pierwsze trzy kwarty pierwszych dwóch zwycięstw San Antonio. Przez całe playoffy wyjątkowo dobrze spisywał się w obronie, a przypieczętował to ograniczając Victora Wembanyamę (38.1%).
Przez większość sezonu dużą historią było jego niezadowolenie z roli w ataku i niewystarczająca liczba rzutów. Na koniec udowodnił, że wcale nie musi zdobywać dużo punktów, żeby odgrywać kluczową rolę. W całych playoffach średnio tylko 15.9.
11 lat temu był jedynką w drafcie. Pod względem indywidualnym szybko potwierdził swoje ogromne możliwości, ale sporo czasu zajęło mu, żeby stać się wygrywającym zawodnikiem w silnej drużynie. Do Knicks został ściągnięty jako ostatni duży element układanki, ale jeszcze większe były wątpliwości, czy faktycznie może być drugim gwiazdorem mistrzowskiego zespołu. Podobnie jednak jak w przypadku Brunsona, Leon Rose mocno wierzył w zawodnika, którego dobrze znał, ponieważ wcześniej był również jego agentem.
OG Anunoby – Jego blok i dobitka na zwycięstwo w Game 4 już przeszły do legendy nowojorskiej koszykówki. Bohater rekordowego comebacku. Ale również drugi strzelec Knicks w tych playoffach. Zdobywał średnio 20.1 punktów, będąc przy tym niezwykle efektywnym (56/49/85%), a też nie zapominał o swojej rewelacyjnej obronie (w fazie zasadniczej w drugiej All-Defensive). Najlepszy two-way gracz mistrzów. Nowojorska wersja Kawhia Leonarda.
Jako jedyny w drużynie miał już pierścień, ale w Toronto Raptors został mistrzem tylko oglądając playoffy z ławki. Dopiero teraz zadebiutował w finałach i bardzo pomógł zdobyć puchar.
OG jest również drugim najlepiej opłacanym zawodnikiem w Nowym Jorku. Knicks nie musieli oddawać za niego picków, ale oddali RJ Barretta i Immanuela Quickleya, czyli najlepszych graczy, jakich udało im się pozyskać w pierwszej rundzie draftów. A zaraz po transferze musieli zapłacić mu ogromne pieniądze w nowym kontrakcie. $212mln za pięć lat dla gracza, który nigdy nie był All-Starem było wysoką ceną. W tym sezonie był najlepiej opłacanym zawodnikiem bez choćby jednego All-Star-sezonu w dorobku.
Ale o jego zarobkach nie mówiło się tak dużo, jak o pięciu pickach…
Mikal Bridges – Knicks oddali aż pięć pierwszorundowych wyborów, żeby wyjąć go od swoich sąsiadów z Brooklynu. Kosmiczna cena za zawodnika, który nigdy nawet nie był All-Starem. Od początku było wiadomo, że przepłacili, ale też było wiadomo dlaczego – uważali, że będzie idealnym uzupełnieniem do ich mistrzowskiej układanki. Nie ma w lidze wielu takich two-way skrzydłowych, a na boisku ich wszechstronność zapewnia ogromną wartość, dlatego Knicks zapłacili Anunoby’emu, a potem jeszcze zrobili trade po Bridgesa.
On sam oczywiście nie miał wpływu na warunki transferu, ale te pięć pików przykleiło się do niego bardzo mocno. Przez dwa lata za każdym razem wspominano to, gdy zaliczał akurat gorszy okres gry. A ich nie brakowało. Także na starcie minionych już playoffów. Niespełna dwa miesiące temu wszyscy śmiali się z Knicks, że zapłacili tak ogromną cenę za zawodnika, który nie zdobył punktu w Game 3 pierwszej rundy. Miał fatalny początek rywalizacji z Atlantą Hawks, przez co wylała się na niego ogromna fala krytyki. Oczekiwano przesunięcia go na ławkę i ograniczenia jego minut, ale Mike Brown nie stracił zaufania do swojego skrzydłowego. W końcu nastąpiło przełamanie i od tego momentu Bridges był fantastyczny. Ostatecznie 9 meczów w drodze do wielkiego finału grał niemal jak automat zdobywając 18.7 punktów ze skutecznością 63% z gry. W finałach swój najlepszy występ miał w Game 2, zaliczając 20 punktów, 6 zbiórek i 6 asyst.
I wreszcie zrzucił z siebie ten ogromny ciężar. Jebać picki! Knicks zapłacili za zbudowanie mistrzowskiego zespołu i Bridges odegrał swoją ważną rolę.
Josh Hart – W jego przypadku Knicks zrobili świetny interes, przejmując Harta w wymianie przed trade deadline w 2023 roku (za pick w trzeciej dziesiątce draftu i Cama Reddisha). Bo też co do jego wartości było wiele znaków zapytania. Knicks byli już jego czwartą drużną w młodej karierze. W Nowym Jorku odnalazł swoje miejsce, od razu stając się najwierniejszym żołnierzem Toma Thibodeau. Zawsze daje z siebie wszystko, walcząc o każdą piłką na całym parkiecie. Mike Brown początkowo przesunął go na ławkę, ale dość szybko zmienił zdanie i powrót Harta do roli startera rozpoczął run, którym wygrali NBA Cup. Jego kiepski rzut jest problemem dla spacingu, ale jego wszechstronność i zespołowa gra jest nieoceniona. W sezonie poprawił się zza łuku, trafiając rekordowe 41%, jednak w playoffach tego nie utrzymał (32.6%) i znowu można było go zostawiać bez pilnowania. Z ławki oglądał, jak Knicks robią comeback w Game 1 finałów Wschodu. Ale już w kolejnym meczu odpowiedział swoim najlepszym występem – karał rywali za zostawiane mu miejsce rzucając 5 trójek i 26 punktów. W finałach najlepszy był na otwarcie, gdy zanotował 15 zbiórek, 6 asyst i 4 przechwyty.
Landry Shamet – Przed sezonem walczył o ostatnie miejsce w składzie. Zdobył minimalny kontrakt, a potem zapewnił fantastyczną wartość w stosunku do tak niskich zarobków. Nie zawsze miał pewną rolę w rotacji, drugi rok z rzędu doznał poważnej kontuzji barku i stracił sporo czasu, ale też były fragmenty sezonu, gdy regularnie pojawiał się na parkiecie w końcówkach meczów. W playoffach jeszcze w pierwszej rundzie nie odgrywał istotnej roli, ale już od drugiej stał się szóstym graczem Knicks. Przede wszystkim pomógł przy comebacku w Game 1 finałów Wschodu, na koniec tamtej serii rzucił po 4 trójki w dwóch ostatnich meczach, w finale zdobył w sumie 26 punktów w dwóch pierwszych meczach w San Antonio i dodał także 5 w czwartej kwarcie Game 5. Bardzo przydaje się zapewniając shooting i waleczność w obronie.
Przez osiem lat kariery zwiedził sześć drużyn, ale teraz już nie będzie musiał zadowalać się niegwarantowaną umową za minimalną pensję.
Mitchell Robinson – Ma najdłuższy staż w Nowym Jorku. Był jeszcze w czasach, gdy szorowali po dnie ligi. Potem był w pierwszej piątce, gdy wrócili do playoffów po latach przerwy. Ale poprzednie dwa sezony minęły mu pod znakiem poważnych problemów zdrowotnych (stopa/kostka), przez co rozegrał w sumie ledwie 48 meczów. Dlatego też teraz od samego początku Knicks bardzo go oszczędzali, żeby pomóc mu przejść prze cały sezonu. Udało się. Wystąpił w 60 meczach i przetrwał całe playoffy. Na koniec nie odgrywał aż tak ważnej roli, bo ze swoim fatalnym rzutem łatwo go wyeliminować hackowaniem (w sezonie tylko 41% z linii, a potem jeszcze przebił to w playoffach trafiając ledwie 29.3%), ale jest jednym z najlepszych zbierających w NBA na ofensywnej desce i dobrze broni strefy podkoszowej. Tuż przed finałami złamał palec, to jednak go nie zatrzymało. Grał i miał swoje małe momenty, gdy wybronił dwie akcje Wembanyamy w końcówce Game 2, a na finiszu Game 5 zaliczył kluczową zbiórkę w ataku.
Teraz będzie najlepszym wolnym agentem Knicks.
Miles McBride – W fazie zasadniczej był najlepszym strzelcem z ławki Knicks, rozgrywając swój najlepszy sezon kariery, ale w drugiej części stracił dwa miesiące po operacji przepukliny. Zdążył wrócić przed playoffami, jednak nie udało mu się odzyskać wcześniejszej formy. W playoffach miał tylko kilka meczów, gdy łapał ogień i dostarczał trójki.
Jose Alvarado – Dołączył do drużyny dopiero w lutym, ale świetnie zna Nowy Jork, ponieważ wychowywał się na Brooklynie. Jest chłopakiem stąd, ale był jeszcze za mały, żeby oglądać finały w 1999 roku. Teraz sam był ich częścią i dołożył swoją istotną cegiełkę, pomagąc w historycznym comebacku. Kończył Game 4 obok Jalena Brunsona, zaliczając 8 punktów i 3 asysty w czwartej kwarcie. Knicks pozyskali go, żeby zadbać o głębię na obwodzie i to bardzo się przydało w najważniejszym momencie. Spośród wszystkich rund, to właśnie w finałach Jose grał najwięcej.
Jordan Clarkson – Przez ostatnie lata jeden z najlepszych szóstych graczy w lidze. Jeszcze w zeszłym sezonie rzucał średnio ponad 16 punktów w Utah Jazz. W Nowym Jorku wziął minimalny kontrakt i pogodził się z niewielką rolą weterana z ławki. Przestał też być scorerem, polującym na rzuty, bardziej skupiając się na dostarczaniu energii i hustle. Pod względem indywidualnych osiągnięć to był jego najgorszy sezon kariery. 10 punktów rzuconych w Game 3 finałów było jego rekordem tych playoffów.
Ariel Hukporti – Problemy z faulami Karla Townsa sprawiły, że pojawiał się na chwilę na parkiecie w ostatnich meczach finałów. Wcześniej w fazie zasadniczej przydawał się jako trzeci center, gdy oszczędzano Robinsona. A sądząc po jego aktywności na konferencji prasowej po ostatnim meczu, gdy towarzyszył kolejnym kolegom, wydaje się być gościem zapewniającym dobrą atmosferę w szatni.
Tyler Kolek – W playoffach siedział na samym końcu ławki, ale warto przypomnieć, że był bohaterem pierwszego w sezonie zwycięstwa Knicks z San Antonio Spurs – w finale pucharu. Miał wtedy 14 punktów, 5 zbiórek, 5 asyst i wydawało się, że może wywalczyć miejsce w rotacji. Ostatecznie jednak Knicks woleli sięgnąć po dużo bardziej sprawdzonego Alvarado, zamiast ryzykować z drugoroczniakiem.
Jeremy Sochan – Po zwolnieniu ze Spurs wybór Nowego Jorku nie wydawał się dla niego najlepszym rozwiązaniem, bo tak jak można było się spodziewać, nie był w stanie wywalczyć tu sobie miejsca w rotacji. Pod tym względem przeprowadza nic nie zmieniała – dalej nie grał. Ale jeśli chodzi o sukces drużyny, lepiej nie mógł wybrać. Jest mistrzem NBA. W playoffach zagrał najmniej spośród wszystkich zawodników Knicks, ale miał świetny playoffowy debiut, gdy zdobył 10 punktów w niespełna cztery minuty pojedynku z Hawks, a na koniec zaliczył epizod w finałach.
Mohamed Diawara – W playoffach nie odegrał żadnej roli, ale wcześniej był w rotacji, zaliczając udany debiutancki sezon. Zwłaszcza jak na zawodnika wybranego pod koniec drugiej rundy.
Pacome Dadiet – Jedyny zawodnik w składzie mistrzów, którego sami wybrali w pierwszej rundzie draftu. Jednak przez dwa lata niewiele pograł.
Gracza na two-way umowach: Kevin McCullar Jr., Trey Jemison i Dillon Jones (jako jedyny obronił tytuł, rok temu zagrał 46 minut w playoffach dla Thunder)
Mike Brown – rok temu był dopiero rezerwowym kandydatem na nowego trenera, po tym jak wcześniej Knicks nie udało im się pozyskać żadnego z coachów ze swojej pierwotnej listy. Znalezienie zastępstwa dla Toma Thibodeau okazało się trudniejsze niż myśleli, dlatego musieli wybrać z trenerów dostępnych na rynku. Postawili na Browna i świetnie wykonał powierzone mu zadanie. Pomógł przenieść zespół zbudowany przez Thibs poziom wyżej. Poszerzył rotację, wprowadził nowe rozwiązania i znalazł tę magiczną kombinację w playoffach, gdy zespół fenomenalnie kliknął. Po 19 latach wrócił do finałów jako head coach i teraz sięgnął po tytuł.
Leon Rose – jeden z najlepszych GMów w lidze. Fantastycznie zbudował zespół przez transfery i wolną agenturę. Był bardzo cierpliwy i konsekwentny w dobieraniu odpowiednich elementów. Nie bał się bardzo odważnych, ryzykownych ruchów i gdy tylko znalazł zawodnika, który mu pasował, był gotowy wiele zapłacić. Oczywiście nie wszystkie ruchy mu się udały, ale odkąd przejął dowodzenie w managemencie, Knicks stali się wreszcie rozsądną i dobrze zarządzaną drużyną.
James Dolan – Od 27 lat jest właścicielem Knicks i przez zdecydowaną większość tego czasu był postrzegany jako jeden z najgorszych właścicieli w NBA. To on skazał Nowy Jork na fatalne lata rządów Isiaha Thomasa w roli GM’a, to on oddał za dużo w desperackiej wymianie po Carmelo Anthony’ego, czy zatrudnił Phila Jacksona, sądząc, że Zen Master będzie zbawcą. Ale w ostatnich latach wreszcie przestał skupiać się na „błyskotkach” dla swojej drużyny i mniej zaczął się wtrącać. Zatrudnił fachowca na stołku GMa i po prostu pozwolił mu działać. Może lata porażek czegoś go nauczyły, a może po prostu tworzenie Sphere w Las Vegas na tyle go pochłonęło, że miał mniej czasu na Knicks. W każdym razie, dobrze się to ułożyło dla Knicks. Choć w finałach znowu doprowadził do niepotrzebnego zamieszania, zapraszając Donalda Trumpa na mecz. Na szczęście to było tylko chwilowe zamieszanie w MSG. Drużyna pozostała skupiona na swoim zadaniu i Dolan odebrał puchar Larry’ego O’Briena. Jeszcze kilka lat temu taka scena wydawała się absolutnie nie do pomyślenia.













Kontrakt Brunsona to sprawa która podkreśla to co myślę o kontraktach – skoro chcesz MAX pieniędzy to musisz pragnąć wygrywać i robić to bez pomocy innych. Gdzie są max gracze bez minimalnych kontraktów z ławki? Pieniądze rządzą i każdy chce ich jak najwięcej, ale zdrowe podejście do tego ile wziąć $ i dać sobie możliwość gry o mistrza (co każdy w tej lidze chce) to nadal rzadkie podejście. Brawo!
Piękna historia! Piękne podsumowanie :-)
W kontrakt OG można było zaiste wątpić, ale chyba zamknął wszystkim usta skutecznie.
Co do Jalena – Dallas powinni palić się ze wstydu za to jak rozmienili na drobne, wszystko to co mieli w jego i Luce przede wszystkim postaciach…
Sprawa z Trumpem niestety chyba pokazuje, że koniec końców Dolan za dużo się nie nauczył.
Jalen ma pierścionek i pucharek a Luka stare pączusie i ciepłą colę :)