Weekendówka: Dillon the Villain

3
fot. NBA League Pass

Dillon Brooks jest klasycznym przykładem zawodnika, którego uwielbiasz, gdy gra w twojej drużynie, ale nienawidzisz jako rywala. Irytujący typek. Od lat konsekwentnie pracuje na wizerunek „złoczyńcy”. Zawsze walczy z ogromnym zaangażowaniem na całym parkiecie, ale często przesadza z fizycznością, przekraczając granicę brudnych zagrań. Zrobi wszystko dla swojego zespołu, byle tylko wygrać.

Lubi prowokować przeciwników – uderzyć, szturchnąć, pociągnąć czy podciąć, nie przejmując się nawet obecnością sędziego. Kreuje się na twardziela, który rzuca wyzwanie największym gwiazdom NBA. Takim, jak LeBron James, którego szczególnie sobie upatrzył. Bo przeciwko komu, jak nie jemu, najlepiej zaprezentować się jako nieustraszony defensor?

Drażnię niedźwiedzie.”

Mówił po drugim meczu playoffów 2023, w trakcie którego doszło do gorącej wymiany zdań między nimi. Memphis Grizzlies wygrali, wyrównując stan rywalizacji, a Dillon świetnie czuł się w świetle reflektorów. Przekonywał, że wraz z trwaniem serii wymęczy „starego” LeBrona, który nie jest już w stanie ograć go jeden na jednego. W końcu miał 38 lat, a przeciwko sobie jednego z najlepszych defensorów. Brooks został wówczas wybrany do drugiej All-Defensive Team i jak zwykle kipiał pewnością siebie.

„Nie szanuję nikogo, dopóki nie przyjdzie i nie rzuci mi 40.”

James nigdy nie zrobił tego w bezpośrednim pojedynku z nim. Najbliżej był na początku kolejnego sezonu, gdy zdobył 37 punktów. Brooks grał już wtedy w barwach Houston Rockets. Bo choć LeBron nigdy nie rzucił mu 40, to pomógł wyrzucić go z Memphis.

Los Angeles Lakers ograli Grizzlies, a wraz z trwaniem serii to nie LeBron był coraz bardziej wymęczony, tylko Brooks coraz bardziej bezużyteczny. Rywale zneutralizowali go w najprostszy możliwy sposób, zostawiając bez krycia i zachęcając do rzucania. Pudłował tak bardzo, że nie rekompensował tego nawet obroną, przez co trudno było trzymać go na parkiecie. To była dla niego fatalna seria. Trafił niespełna 24% trójek i był najbardziej minusowym zawodnikiem drużyny.

Głupie przechwałki obróciły się przeciwko niemu. Stał się pośmiewiskiem NBA, a zarazem kozłem ofiarnym rozczarowującego finiszu sezonu w Memphis. Nawet zespół się do niego odwrócił. W klubie mieli dość zachowania, które powodowało dużo niepotrzebnego zamieszania. Uznali, że nie chcą, by wizerunek drużyny kreował gracz, który więcej gada, niż daje na boisku. Zwłaszcza, że przestał dostarczać wartość jako 3-and-D zadaniowiec (miał za sobą dwa sezony ze skutecznością zaledwie 32% zza łuku). Obawiano się również jego negatywnego wpływu na młodszych kolegów. Dlatego Grizzlies szybko ogłosili, że nie zaproponują mu nowego kontraktu.

Bez żalu pozwolili mu odejść, mimo że dopiero co znalazł się wśród najlepszych obrońców ligi. Mimo że spędził w Memphis sześć lat, będąc dużym odkryciem z drugiej rundy draftu 2017 i ważnym elementem drużyny, która dwa sezony z rzędu zajmowała drugie miejsce w tabeli Zachodu.

Brooks znalazł się w najniższym punkcie swojej kariery, ale nie porzucił roli czarnego charakteru.

„Jestem wdzięczny tym wszystkim, którzy we mnie wątpili. Wszystkim, którzy atakowali na Twitterze i Instagramie, kiedy pojawiałem się na parkiecie. To pomaga mi stawać się lepszym każdego dnia. Motywuje mnie do tego, żeby stać się lepszym koszykarzem.”

Tym razem nie były to puste słowa. Na falę krytyki odpowiedział w imponującym stylu.

Zaczęło się od offseason. Okazało się, że fatalne playoffy nie przekreśliły jego rynkowej wartości. Houston Rockets docenili zalety jego nieustępliwego charakteru i zapłacili aż $86mln w czteroletnim kontrakcie, żeby pomógł ich młodej drużynie odbić się od dna. W tamtym momencie wydawało się, że mocno przepłacili. W końcu Dillon również znajdował się w dołku. Ale odbił się z niego jeszcze zanim zadebiutował w nowych barwach.

Podczas Mistrzostw Świata zobaczyliśmy odmienionego Brooksa. Był na misji – walczył o historyczny medal dla Kanady i o własną reputację. Poprawił rzut, wyregulował celownik i przestał być graczem, którego można bezkarnie ignorować na dystansie. Najboleśniej przekonali się o tym Amerykanie w meczu o trzecie miejsce. Skupieni na Shaiu Gilgeousie-Alexandrze, zostawiali Brooksa samego, a on bezlitośnie to wykorzystywał. Potraktował ten mecz jako okazję do rewanżu na całej NBA. Rozstrzelał Team USA, trafiając 7 trójek. Zdobył 39 punktów (więcej niż kiedykolwiek w NBA) i brązowy medal.

Nagle wszystko się odwróciło. Na początku turnieju był wygwizdywany przez zakochanych w Lakers Filipińczyków. W ostatnim meczu usłyszał z trybun okrzyki „MVP”. Miał nie tylko wsparcie drużyny, ale i całego kraju. Został bohaterem Kanady, a na koniec też uznany najlepszym defensorem turnieju.

Potem przyjechał do Houston i szybko udowodnił, że jego kontrakt nie był pomyłką. Pomógł odmienić Rockets, zarażając kolegów energią i twardą walką. Wraz z trenerem Ime Udoką i Fredem VanVleetem nadali zespołowi charakteru, którego wcześniej im brakowało. Z drugiej najgorszej defensywy ligi Rockets wskoczyli do top-10, a liczba zwycięstw niemal zrównała się z sumą dwóch poprzednich sezonów. Rok później jeszcze poprawili obronę (top-5) i wrócili do playoffów.

„Miałem wrażenie, że wiele osób mnie skreśliło, myśląc, że po prostu zniknę wraz z resztą graczy NBA, którzy mieli swoją chwilę sławy, ale nie potrafili się rozwijać i pozostać w tej lidze. Nie chciałem się poddać. Nie chciałem decydować się na wyjazd za granicę, odpoczynek w domu lub zmianę całej mojej kariery. Kocham tę grę i gram w nią, ponieważ naprawdę ją kocham. Wiedziałem, że muszę ciężko pracować, aby każdego dnia być lepszym”.

Brooks stał się solidnym 3-and-D specjalistą, trafiającym 38% rzutów zza łuku. Gdy jednak pojawiła się możliwość sprowadzenia Kevina Duranta, Rockets nie mogli przepuścić takiej okazji. Włączyli go do wymiany.

Tak wylądował w Phoenix. W końcu, bo już siedem lat wcześniej Suns byli przekonani, że pozyskali kanadyjskiego wingmana. Oddawali wówczas Trevora Arizę do Washington Wizards i dogadali trójstronny transfer, do którego przyłączyli się Memphis Grizzlies. Wszystko było już klepnięte. GM Grizzlies nawet poszedł do szatni, żeby poinformować zawodników o wymianie. Tylko, że to nie Dillonowi powiedział, że musi się pakować. Bo w Memphis było w tamtym momencie dwóch Brooksów. Młody Dillon i walczący o utrzymanie się w lidze MarShon. Grizzlies zgodzili się oddać tego drugiego. Suns od początku mieli na myśli Dillona. W rozmowach jednak mówiło się po prostu o Brooksie i odbywały się one głównie za pośrednictwem Wizards, co doprowadziło do jednej z najdziwniejszych sytuacji w historii rynku transferowego NBA. Nieporozumienie wyjaśniło się dopiero na ostatnim etapie, gdy wszyscy zdzwonili się, żeby sfinalizować transakcję z biurem ligi. Wtedy okazało się, że każdy mówił o innym Brooksie. Grizzlies nie zamierzali oddawać drugoroczniaka, więc wymiana została odwołana (ostatecznie Ariza trafił do Waszyngtonu, ale już w dwustronnej transakcji).

Od tamtego czasu w Phoenix wiele się zmieniło, ale nowy management także dostrzegł dużą wartość w Brooksie. Mat Ishbia już w wakacje przekonywał, że nie był on tylko jednym z elementów dużej wymiany, lecz zawodnikiem, w którego celowali oddając Duranta. Rockets chcieli inaczej skonstruować tę transakcję, żeby zatrzymać Brooksa. Suns jednak byli nieugięci. Widzieli w nim zawodnika idealnie pasującego do nowej tożsamości zespołu. I dostali nawet więcej, niż oczekiwali.

Z rozczarowującego gwiazdorskiego projektu, Suns stali się zespołem opartym na hustle i defensywie. W poprzednim sezonie byli czwartą najgorzej broniącą drużyną ligi, obecnie są czwartą najlepszą. To nie może być przypadek – pojawienie się Brooksa po raz drugi kompletnie odmieniło charakter drużyny. Tymczasem Grizzlies od czasu jego wyprowadzki nie wrócili do top-10 obrony.

„Spędza na sali więcej czasu niż ktokolwiek inny, kogo znam. Widzisz, jak ciężko pracuje, jak bardzo chce rywalizować. Nie chcesz zawieść swojego kolegi z drużyny, kiedy to widzisz. Sprawia, że chcesz pracować ciężej. Motywuje cię do ćwiczeń razem z nim, motywuje cię do twardszej gry”. Collin Gillespie

Phoenix Suns są rewelacją sezonu, podobnie jak sam Brooks, który w wieku 30 lat gra najlepszą koszykówkę kariery. Nie tylko nadaje ton obronie, wyjątkowo też eksplodował w ataku. Przychodząc do zespołu, z którego odeszli gwiazdorzy, wiedział, że będą potrzebowali jego punktów, a gdy jeszcze zabrakło kontuzjowanego Jalena Greena, tym bardziej zwolniło się miejsce drugiej strzelby obok Devina Bookera. Dillon z przyjemnością przejął tę rolę. To akurat nic dziwnego, bo zawsze lubił rzucać. Ale jeszcze w Memphis swoimi nieefektywnymi, forsowanymi próbami tylko irytował sztab trenerski. Obecnie nikt nie mówi mu, żeby ograniczył rzuty, bo one wpadają.

Zdobywa średnio 21.1 punktów, co jest jego rekordowym osiągnięciem, tak samo jak wartość wskaźnika TrueShooting (56.1%). Choć jego celność zza łuku nieco spadła (34.5%), to nigdy wcześniej nie był tak skuteczny przy obręczy i z półdystansu. Przestał być wyłącznie 3-and-D specjalistą. Stał się prawdziwym two-way graczem. Również scorerem, który bierze piłkę i dostarcza punkty nawet w izolacjach. Ma już w tym sezonie 63 zdobyte w takich sytuacjach, czyli więcej niż łącznie przez dwa lata w Houston.

Wygrywa także strzeleckie pojedynki z (coraz starszym) LeBronem. W trzech bezpośrednich starciach zdobył 76 punktów z fantastyczną skutecznością 73%, a Suns dwa razy wygrali. Choć oczywiście nie byłby sobą bez prowokacji i przepychanek z Jamesem. Jeden z tych meczów musiał opuścić przed czasem. W całym sezonie znowu jest liderem NBA w liczbie przewinień technicznych. To nadal Dillon.

Ale teraz nikt na niego nie narzeka. Wręcz przeciwnie, w Phoenix jest uwielbiany. Ishbia nazywa go „culture changerem” i niedawno wykorzystał medialne spekulacje transferowe, żeby dać jasny sygnał, jak bardzo cenią swojego skrzydłowego – „Nie zawracaj sobie głowy dzwonieniem… Suns nie są zainteresowani. Dillon nigdzie się nie wybiera.”

Brooks znalazł swoje miejsce.

Wspieraj Autora na Patronite Jednorazowe wsparcie (Przelewy24):
15zł   |   30zł   |   75zł   |   250zł  
Poprzedni artykułWake-Up: Game-winnery Mobleya i MPJ. Gorący Tyson. KD przyszedł z odpowiedzią. Clutch Harden
Następny artykułWake-Up: Rekordy trójek Warriors. Edwards vs Wemby. Kontuzja Williamsa. 25 punktów Pacers do przerwy

3 KOMENTARZE