Dniówka: Kolejny ryzykowny projekt Wolves

0
fot. YouTube

LaMelo Ball miał 16 lat, kiedy jego brat został wybrany do NBA z drugim numerem draftu. Lonzo został wybrany przez samego Magica Johnsona, z ogromnymi nadziejami, że stanie się kolejnym wybitnym rozgrywającym. Miał pomóc odmienić losy pogrążonych w kryzysie Los Angeles Lakers.

Miał być gwiazdą, ale w tamtym okresie nawet większą gwiazdą był jego ojciec. LaVar brylował w mediach opowiadając o wielkiej przyszłości swoich synów i przekonując między innymi, że Lonzo będzie lepszy od Stephena Curry’ego. Agresywnie też promował stworzoną przez siebie markę Big Baller Brand, która miała zmienić rynek obuwniczy. A zachęcony sukcesem Lonzo, nie czekał z wrzuceniem najmłodszego syna do profesjonalnej koszykówki.

Niedługo po tym, gdy Lonzo zadebiutował w barwach Lakers, LaMelo razem z najstarszym z braci LiAngelo polecieli grać na Litwę, gdzie dołączyli do drużyny BC Prienai. Później LaMelo był gwiazdą stworzonej przez ojca Junior Basketball Association (ligi mającej być alternatywą dla uniwersyteckiej koszykówki), a następnie podpisał kontrakt w lidze australijskiej. Grając w barwach Illawarra Hawks zdobył nagrodę dla najlepszego debiutanta i umocnił swoją pozycję przed draftem 2020.

Jego efektywny styl gry bardzo pasował do show, jakie chciał stworzyć LaVar, ale gdy przychodził do NBA, „pięć minut” jego ojca już minęło. Lonzo miał rozczarowujący początek kariery i po dwóch latach został wytransferowany z Lakers, buty Big Baller Brand okazały się kiepskiej jakości, JBA przetrwała tylko jeden sezon i generalnie wszyscy już mieli dość zamieszania, jakie LaVar robił wokół siebie i swojej rodziny.

Zamieszania, które wydaje się, że najbardziej mogło odcisnąć się właśnie na najmłodszym z Ballów, ponieważ jako dzieciak został ustawiony w świetle reflektorów i wrzucony szybko do koszykarskiego biznesu. Może właśnie przez to tak bardzo weszło mu w krew robienie show, że nadal nie potrafi odmówić sobie zbyt efektownych podań i szybko oddawanych, dalekich rzutów na rzecz rozsądniejszych decyzji. Ale to właśnie LaMelo okazał się być najlepszym koszykarzem w rodzinie.

Dołączył do NBA trzy lata po swoim bracie i od razu stał się gwiazdą Charlotte Hornets. Zgarnął nagrodę Rookie of The Year, a już rok później debiutował w All-Star Game. Lonzo w tamtym okresie był już bustem jako dwójka draftu – wybrany przed Jaysonem Tatumem i De’Aaronem Foxem – ale umacniał swoją pozycję jako bardzo dobry zadaniowiec. Rozsądny i wszechstronny rozgrywający, który mądrze prowadzi grę zespołu. Przeciwieństwo szalonego Melo.

Niestety kariery obu mocno popsuły kontuzje. Lonzo zupełnie wypadł z gry na ponad dwa lata, zmagając się z poważnym urazem kolana i mimo powrotu, jego dalsza kariera stoi pod dużym znakiem zapytania, bo ma za sobą bardzo kiepski sezon i od lutego pozostaje bez drużyny. Kolejne kontuzje kostek popsuły trzy sezony LaMelo, ale ostatnio wreszcie był zdrowy i świetnie prowadził zaskakująco dobrych Hornets. Przypomniał o swoich możliwościach i na tyle poprawił swoje notowania, że Minnesota Timberwolves sporo zapłacili, żeby go przejąć.

Hornets zrezygnowali z niego, mimo że przez ostatnie lata był ich największą gwiazdą i teraz nadal najlepszym zawodnikiem drużyny, która zanotowała najlepszy wynik od dziesięciu lat. Woleli skorzystać z wysokiej wartości transferowej, niż dalej planować swoją przyszłość z Ballem. Bo nie stał się wymarzonym franchise playerem. Nie tylko obarczony jest dużym ryzykiem kontuzji. Częste są także zarzuty o brak dojrzałości, ciągle za dużo kiepskich decyzji na parkiecie i brak wystarczającego zaangażowania w obronie. Przez sześć lat nie wprowadził Hornets do playoffów, dlatego nie jest postrzegany jako gracz wygrywający. Choć trzeba mu oddać, że gdy tylko zdrowie pozwalało Ballowi rozegrać ponad 60 meczów, drużyna zawsze była na plusie. To były jednak ledwie dwa takie sezony.

Nie da się zaprzeczyć, że jego obecność na parkiecie robi różnicę. Sprawia, że inni spisują lepiej i właśnie na to stawiają Wolves. Zależało im na zawodniku, który wprowadzi piłkę w ruch, będzie obsługiwał kolegów świetnymi podaniami i doda energii do tej często zawodzącej ich ofensywy. Odkąd Mike’a Conleya dopadła starość, w ostatnich dwóch sezonach nie mieli nikogo rozdającego średnio więcej niż 5 asyst. Nie było też nikogo poza Antem, kto rozgrywałby średnio co najmniej 2.5 pick-and-rolli na mecz. Za dużo spadało na barki Edwardsa. Teraz wreszcie dostanie dużą pomoc. Ball odciąży go, zajmując się prowadzeniem gry, będzie rzucał loby do Rudy’ego Goberta i też powinien ułatwić Jadenowi McDanielsowi jego dalszy ofensywny rozwój.

Wolves potrzebowali rozgrywającego i postanowili mocno zaryzykować, sięgając po obiecujący talent Balla. Fantastycznie podaje, rzuca za trzy i ma dobre warunki fizyczne, żeby nie być problemem w obronie. Trudno znaleźć gracza dysponującego taką kombinacją. Wierzą, że pomoże drużynie, a oni pomogą rozbłysnąć jego gwiazdorskiemu potencjałowi.

„To rozgrywający z prawdziwego zdarzenia, a takich dziś naprawdę trudno znaleźć. Widać, jak duży wpływ ma na swoich kolegów z drużyny. Myślę też, że to odpowiedni moment. Przeszedł już naprawdę wiele, ale wciąż ma dopiero 24 lata. Wierzymy, że pomoże wynieść naszą drużynę na wyższy poziom, a jednocześnie mamy nadzieję, że my również pomożemy rozwinąć się jemu.” Tim Connelly

Załatwili Edwardsowi partnera, który został wybrany w tym samym drafcie. Obaj w sierpniu skończą 25 lat i dopiero przed sobą powinni mieć najlepszy okres swoich karier. Taki duet daje niezwykle obiecujące perspektywy na kolejne lata. Póki co, mają jednak zupełnie inne doświadczenia, bo podczas gdy Ant z każdym rokiem umacnia swoją pozycję w lidze, notowania LaMelo najwyższe były na początku jego kariery. Podczas gdy Ant od pięciu lat regularnie występuje w playoffach, Melo jeszcze nigdy nie zagrał na tym etapie (zresztą tak samo jak jego brat). Podczas gdy w Charlotte zrezygnowali z Balla, w Minnesocie robią wszystko, aby zapewnić Antowi jak najlepsze warunki.

Wolves nie chcą dopuścić do sytuacji w przyszłości, w której ich gwiazdor będzie zastanawiał się nad przeprowadzką. Ale, żeby to zrobić zapłacili wysoką cenę w wymianie i równocześnie mocno przemeblowali swój skład. Dwa finały Zachodu zrobili dysponując silnym frontcourtem i świetną obroną. Teraz natomiast oddali Naza Reida i Juliusa Randle’a, żeby stworzyć gwiazdorski obwodowy duet.

Możliwości LaMelo-Ant wyglądają super interesująco. Na pewno nie zabraknie im pewności siebie i będą elektryzujący nie tylko na parkiecie. Ale to będzie duża zmiana dla obu, bo Ant nigdy nie grał z takim rozgrywającym, a Melo zawsze miał swój zespół. Również cała drużyna będzie musiała przestawić się na nowe granie, z nagle z dużo skromniejszym wsparciem pod koszem. Początki mogą być trudne i o tym też mówił już Edwards:

„Z pewnością czekają nas wzloty i upadki. W pierwszym roku wspólnej gry może być nawet więcej tych drugich. Ale będziemy świętować jedno i drugie. Będziemy cieszyć się zarówno z sukcesów, jak i wyciągać wnioski z trudniejszych momentów.”

Najważniejsze jednak, że Ant jest zadowolony. Od czasu wymiany spędza sporo czasu ze swoim nowym kolegą, budując relację, która ma pomóc im jak najlepiej rozumieć się na boisku.

LaMelo dostaje szasnę na nowe otwarcie i sprawdzenie się wreszcie w naprawdę silnej drużynie, ale będzie miał teraz najwięcej do udowodnienia. Musi potwierdzić, że warto było po niego sięgnąć, że może pomóc Edwardsowi, dostosować się jako drugi gwiazdor i być zawodnikiem wygrywającym. Wolves zanim zdecydowali się na trade, rozmawiali z jego byłymi trenerami i kolegami z drużyny, żeby dowiedzieć się jak najwięcej o Ballu i upewnić się, że można na niego postawić. Steve Clifford podkreślał, że jest świetnym człowiekiem i zawodnikiem chcącym być trenowanym. Koledzy wskazywali nie tylko na jego pozytywną aurę, także wysoką etykę pracy i coraz większą dojrzałość.

To wszystko jednak nie zmienia faktu, że Wolves podjęli ogromne ryzyko.

„Ryzyko to wyłącznie presja, którą sami na siebie nakładamy. Bo jakie jest ryzyko, jeśli nie wygrasz? Wolałbym zostać zwolniony za to, że próbowałem, niż siedzieć tutaj i wykonywać swoją pracę wyłącznie w trybie przetrwania.”

Tim Connelly lubi takie wyzwania. To kolejny już jego niezwykle odważny transfer, a wcześniejsze przyniosły dobre efekty.

Cztery lata temu pracę w Minnesocie rozpoczął od szokującej wymiany po Rudy’ego Goberta. Zapłacił ogromną cenę, żeby zabrać go z Utah Jazz i początkowo wyglądało to dość kiepsko. W pierwszym sezonie drużyna długo nie mogła się rozkręcić, kontuzje przeszkadzały Gobertowi i Karlowi Townsowi budować zgranie, tymczasem w Salt Lake City świetnie spisywał się debiutant Walker Kessler (ostatecznie trzecie miejsce w głosowaniu na ROY), którego oddali wraz z pakietem picków. Ale już w drugim roku Gobert ponownie był najlepszym obrońcą NBA, a Wolves po 20 latach przerwy wrócili do finałów konferencji.

Wymiana okazała się win-win dla obu zespołów. Wolves stali się kontenderem, Jazz zebrali cenne assety, które pomogły im w przebudowie. Dzięki tamtej wymianie, cztery lata później Jazz mają Keyonte George’a (wybrany z oddanym pickiem), Jarena Jacksona Jr. (oddali za niego dwa picki, które dostali od Wolves), a do tego dwa pierwszorundowe picki i swapy (które właśnie otrzymali za Kesslera).

Win-win transakcją długo była również zamiana Townsa za Juliusa Randle’a, zanim KAT nie zdobył mistrzostwa, a Wolves nie pozbyli się kontraktu Randle’a. Dopiero czas pokaże, jak potoczy się to w przypadku Balla. Na razie, miesiąc po wymianie, mimo że w NBA wydarzyło się dużo szalonych rzeczy w te wakacje, nowy gwiazdorsku duet Wolves wydaje się być jedną z najbardziej intrygujących historii kolejnego sezonu.


Szósty Gracz istnieje dzięki wsparciu osób takich jak Ty. To dzięki Wam możemy każdego dnia tworzyć nowe treści, pisać i opowiadać o NBA. Jeśli cenisz naszą pracę, wesprzyj nas na Patronite lub przekaż jednorazową wpłatę.
Wspieraj Autora na Patronite Jednorazowe wsparcie (Przelewy24):
15zł   |   30zł   |   75zł   |   250zł  
Poprzedni artykułWake-Up: Grecka lekcja. Draymond bez weta. Finansowy ścisk w Philly. ATL zainteresowana Allenem
Następny artykułDo naszych Czytelników