Kolejny wolny agent znika nam z rynku. Choć tym razem mowa tutaj o zawodniku, co do którego raczej wszyscy mieli pewność, że ostatecznie pomimo rezygnacji z opcji gracza pozostanie w tej samej drużynie.
Mowa oczywiście o Draymondzie Greenie, który według doniesień Shamsa Charanii z ESPN będzie kontynuował swoją karierę w Golden State Warriors. Zgodnie z przewidywaniami weteran podpisze roczny kontrakt o wartości 27.7 miliona dolarów, a więc niemal co do centa taki, jak wspomniana powyżej opcja, której nie podjął dając Dubs możliwość walki o LeBrona Jamesa. Za rok w wieku prawie 38 lat ponownie będzie mógł szukać na rynku nowego kontraktu, a biorąc pod uwagę fakt, że teoretycznie wolnym agentem będzie mógł zostać również Stephen Curry, to kibice w San Francisco mogą szykować się wtedy na przełomowe dla organizacji lato. Choć jednocześnie należy podkreślić, że Steph ma jeszcze czas na podpisanie przedłużenia – za miesiąc dopiero zacznie tykać zegar w tym temacie – i wszyscy ci, którzy już teraz jedną nogą widzą go w rodzinnym Charlotte najprawdopodobniej będą musieli dalej patrzeć na niego rzucającego zza łuku w koszulce Warriors.
Green pozostaje zawodnikiem Dubs od samego początku swojej przygody z NBA, a więc od 2012 roku. W pierwszym sezonie tylko raz wystąpił jako starter, ale później sukcesywnie przekonywał do siebie najpierw Marka Jacskona, a później już Steve’a Kerra i jako trzecioroczniak znalazł się w pierwszej piątce najlepszych obrońców. Na przestrzeni całej kariery powtórzył to jeszcze czterokrotnie, dodał jeszcze cztery wyróżnienia w postaci drugiej piątki najlepszych obrońców, nagrodę DPOY, a także przede wszystkim – cztery trofea mistrzowskie.













Ciężko go lubić ale nie sposób nie doceniać. Wygrywający zawodnik, którego inteligencja boiskowa dalece przekracza umiejętności koszykarskie. Choć czasami odcina go zupełnie… i w sumie przegrał GSW tytuł z Cavs ;)