Najgorszy właściciel NBA? Przez bardzo długi czas nie było tu nawet dyskusji, wybór był łatwy i wręcz oczywisty: Donald Sterling. Jego Los Angeles Clippers regularnie byli pośmiewiskiem ligi. Najbardziej dobitnie obrazuje to ledwie siedem playoffowych występów przez 33 lata rządów Sterlinga. A także tylko siedmiu All-Starów przez cały ten okres.
Fatalnie zarządzał swoją drużyną. Na wszystkim starał się oszczędzać, a rachunek finansowy zawsze był ważniejszy niż wyniki na boisku. Był znany ze swojego skąpstwa, a także z rasistowskich poglądów, ale nawet to, jak traktował swoich ciemnoskórych zawodników, długo uchodziło mu na sucho. Dopiero nagranie jego rasistowskich wypowiedzi w 2014 roku wywołało skandal, który pozwolił NBA uwolnić się od tego ohydnego typa. Adam Silver właśnie przejął funkcję komisarza i od razu musiał zmierzyć się z tak poważnym kryzysem. Zareagował bardzo zdecydowanie, wyrzucając Sterlinga z ligi i nakładając na niego dożywotnie wykluczenie.
Najgorszy właściciel zniknął z NBA, a w jego miejsce od razu pojawił się wręcz wymarzony partner dla komisarza i całej ligi. Steve Ballmer – jeden z najbogatszych ludzi świata – wyłożył dwa miliardy dolarów, żeby przejąć klub i zbudować tu zwycięski zespół. Ale różnicą nie była tylko kwestia podejścia do finansów. Niemal pod każdym względem Ballmer jest przeciwieństwem toksycznego Sterlinga. Jest niezwykle pozytywną osobą. Zaraża wszystkich swoim entuzjazmem i energią.
Ballmer stał się niemal modelowym przykładem właściciela. Zaangażowany w sprawy drużyny, regularnie obecny na meczach i inwestujący nie tylko w zawodników, ale w całą organizację. Wybudował nawet supernowoczesną halę. Clippers stali się kompletnie innym klubem niż byli za poprzedniego właściciela. I stali się zespołem wygrywającym. Mają obecnie serię już 14 kolejnych sezonów na plusie.
Wszystko się zmieniło, nastały dużo lepsze czasy… Ale minęło 12 lat i Clippers niemal wrócili do punktu wyjścia, bo ich właściciel znowu znalazł się w centrum afery i został surowo ukarany.
Poprzednio rasista. Teraz oszust.
Clippers – tu nie może być normalnie.
Ballmer był gotowy zrobić wszystko dla drużyny i zrealizowania mistrzowskiego marzenia. Aż za dużo, bo jak się okazało, skłonny był również oszukiwać. Wykorzystał swoje ogromne środki finansowe, żeby obchodzić zasady salary cap i płacić pod stołem. Raport z dochodzenia nie pozostawia żadnych wątpliwości co do jego roli w całym procederze. Nie wyśmiał niedorzecznych oczekiwań Wujka Dennisa. Wręcz przeciwnie, obiecał mu, że Clippers będą „kolektywnie pracować” aby pomóc Kawhiowi Leonardowi „osiągnąć jego cele finansowe” (co skrupulatnie w swoich notatkach zapisał Lawrence Frank – jego notatki okazały tak pomocne dla śledczych, że pomogły również jemu samemu w uzyskaniu mniejszego wymiaru kary ).
To wyszło z samej góry. Właściciel wskazał swoim podwładnym kierunek działania, Gillian Zucker zajęła się realizacją. Ale jeszcze rok temu Steve pojechał do ESPN, żeby przekonywać, że nic nie wie o umowie Leonarda z Aspiration, zapewniać, że jego klub zawsze przestrzegał ligowych reguł. Znowu dał przykład: działamy według zasady „nigdy się nie przyznawaj”. I nawet po opublikowaniu raportu, Clippers nadal upierają się przy swojej wersji, udając niewinność.
Nie dość, że oszust, to jeszcze bezczelny kłamca.
Ballmer musiał czuć się niezwykle pewnie decydując się na tamten występ w ESPN. Musiał być przekonany, że dobrze wszystko zakamuflowali albo że NBA po prostu nie zrobi mu krzywdy. Tego też – że mu się upiecze – obawialiśmy się od czasu wybuchu afery. W końcu to zdecydowanie najbogatszy właściciel, niezwykle wpływowa postać w NBA, mająca świetne i bliskie relacje z Silverem. Ale nawet jeśli Komisarz chciał go chronić, raport ze śledztwa nie pozostawił mu takiej możliwości. Wina Ballmera jest zbyt oczywista. Silver musiał stanąć na straży ligowych zasad i dać jasny sygnał, że nawet najbogatszy właściciel nie może sobie wykupić innych warunków. Tym bardziej że łamanie zasad tworzących fundament funkcjonowania ligi to grzech najcięższego kalibru.
Jeśli chodzi o samą NBA, jego przewinienie jest nawet większe niż Sterlinga. On jednak został wyrzucony z ligi. Pytanie, czy sam Ballmer będzie chciał w niej pozostać? Na razie jego adwokat grozi sądową wojną, ale wejście na tę ścieżkę sporu z NBA, czyli także przeciwko pozostałym 29 właścicielom, sprawi, że z jednej z najbardziej wpływowych osób w NBA może zaraz stać się jej wrogiem numer jeden. Bo taka ciągnąca się sprawa nie będzie sprzyjała ani wizerunkowi, ani interesom ligi.
Przypomnijmy, że w 2000 roku Glen Taylor także otrzymał roczne zawieszenie za aferę Joe Smitha. On jednak przyznał się do winy, pogodził się z bolesnymi konsekwencjami dla Minnesoty Timberwolves i odczekał ten rok poza ligą. Potem jeszcze przez długi czas pozostawał właścicielem i odgrywał także niezwykle ważną rolę we władzach NBA, dwukrotnie będąc przewodniczącym Board of Governors. Wolves tymczasem za „dobre sprawowanie” otrzymali z powrotem dwa z odebranych im początkowo picków.
Ballmerowi trudno będzie przyznać się nie tylko do winy, ale i do kłamstw. Jeśli jednak chciałby dalej działać w NBA, powinien wziąć przykład z Taylora. Chyba, że woli próbować za wszelką cenę postawić na swoim przed sądem. Nawet za cenę pozostania w NBA. Może po tym wszystkim odechciało mu się Clippers? To dobry czas na sprzedaż klubu.
Z drugiej jednak strony, przecież nie tylko Clippers, to również jego Intuit Dome. Ta hala to jego ukochany projekt, z którego jest niezwykle dumny. Stworzył halę, którą wkrótce miał udekorować mistrzowskimi banerami. Teraz te wielkie plany jeszcze bardziej się oddaliły. Nie udało się z gwiazdorskim składem, a przez następne lata Clippers będą mieli problem z brakiem picków. Zamiast budować wymarzoną drużynę, najpierw Ballmer będzie musiał przede wszystkim posprzątać obecny bałagan. Ale jeszcze może podjąć próbę odbudowy siebie oraz drużyny. Nie musi odchodzić z NBA w atmosferze skandalu, jak jego poprzednik.












