
Przed sezonem celem dla San Antonio Spurs był powrót do playoffów po sześciu latach przerwy. Nikt nie miał ich jako kandydata do wielkiego finału. Nawet tuż przed playoffami trudno było uwierzyć, że tak młody i niedoświadczony zespół może realnie włączyć się w walkę o mistrzostwo. Osiągnęli więcej niż oczekiwaliśmy, ale jednak na koniec pozostaje lekkie rozczarowanie, bo przecież finały rozpoczynali już w roli faworytów. Po fantastycznych playoffach na Zachodzie, zderzenie z New York Knicks okazało się dla nich bardzo bolesne.
Głupie błędy na finiszu Game 2 czy katastrofalne oddanie 29-punktowego prowadzenia jeszcze długo będą ich prześladowały. W każdym meczu mieli dwucyfrową przewagę, a tylko raz udało im się wygrać. Na koniec Spurs dopadło to, co miało już wcześniej ich zatrzymać, czyli niedostatek shootingu i ofensywnych opcji, a także brak doświadczenia.
Gdyby zatrzymali się tuż przed finałami, przegrywając po 7-meczowym pojedynku z OKC Thunder, mówiłoby się tylko o tym, jak wiele kłopotów sprawili obrońcom tytułu, jak ogromny mają potencjał i fantastyczne perspektywy na przyszłość. Po finałach to oczywiście się nie zmieniło, ale nastroje są dużo gorsze, ponieważ oczekiwania wzrosły, a trzeba przełknąć gorycz porażki. Niezwykle bolesnej porażki.
Z drugiej strony, to chyba najlepsza lekcja, jaką mogli dostać. I o tym też mówił Victor Wembanyama zaraz po ostatnim meczu. Zyskali niezwykle cenne doświadczenie, które pomoże im stać się lepszymi zawodnikami i silniejszą drużyną. Zyskali dodatkową motywację, żeby odbić się po tym bolesnym finiszu. Od początku playoffów powtarzałem, że dla Spurs i Victora Wembanyamy jest jeszcze za wcześnie, wskazując, że nawet największe legendy musiały najpierw przegrać w playoffach, zanim weszły na sam szczyt. Ostatecznie Wemby dołączył do tego grona.
Ten sezon pewnie zapamiętamy jako moment, w którym zaczął przejmować NBA, ale na koronację musi jeszcze poczekać. W finałach nie był aż tak dominujący. Fenomenalny w obronie, ale brakowało mu sił, żeby utrzymać intensywność przez całe mecze, nie był też w stanie pociągnąć ataku w decydujących akcjach, zaliczył głupie podanie w plecy kolegi, spudłował potencjalnego game-winnera, a do tego tematem stawały się jego flagrant faule (odgwizdane lub nie). Na pewno nie tak wyobrażał sobie swoje pierwsze finały. Na pewno nie jest dla niego pocieszeniem, że w odróżnieniu od LeBrona Jamesa czy Shaquille O’Neala, jemu przynajmniej udało się uniknąć sweepu w debiucie na tej największej scenie. Ale na pewno też wyciągnie wnioski, dalej pracując nad swoją grą. A już zdążyliśmy się przekonać przez te jego trzy lata w NBA, że bardzo szybko się uczy i rozwija. Wróci mocniejszy i cała liga ma się czego obawiać. Przyszłość powinna należeć do niego.
1) San Antonio Spurs wyprzedzili „tradycyjny grafik” rozwoju drużyny, ale dobrze wiemy, że to jeszcze nie oznacza, że co roku będą meldować się w finale. Mają unikalnego supergwiazdora, bardzo obiecujących guardów i teraz przed nimi kluczowy moment, żeby jak najlepiej obudować ten trzon, zanim rosnące kontrakty ograniczą pole manewru.
W tym momencie znajdują się jeszcze w świetnej pozycji pod względem finansów, ponieważ około $43 miliony dzielą ich od progu podatku przed uzupełnieniem pięciu wolnych miejsc w składzie. Ale już w te wakacje wypełnią formalność, czyli podpiszą maksymalne przedłużenie z Wembanyamą, co oznacza, że przed nimi ostatni sezon z jego niską, debiutancką pensją. Potem przyjdzie czas na nową umowę Stephona Castle’a, następny będzie Dylan Harper i wydatki Spurs poszybują w górę. Normalny cykl życia drużyny. Dlatego tak ważne będzie wykorzystanie tego najbliższego roku i elastyczności, jaką nadal dysponują.
2) Harrison Barnes jest ich jedynym wolnym agentem z dziesiątki najlepszych strzelców drużyny. Sezon zaczynał w pierwszej piątce, ale kończył przesiadując ostatnie mecze finałów. Miał zapewnić potrzebne doświadczenie w playoffach, był jednak zupełnie nieprzydatny. W wieku 34 lat wydaje się już tylko weteranem do niewielkiej roli z ławki i nawet jeśli Spurs będą chcieli go zatrzymać, nie powinno to być kosztowne.
3) Dużo ciekawsza jest sprawa kontraktu Juliana Champagniego, który zastąpił Barnesa w wyjściowej piątce. Jest dużym odkryciem Spurs, którzy trzy lata temu przejęli go z listy zwolnionych i obecnie ich najlepszym dystansowym snajperem. Dlatego też dotychczas był na korzystnym kontrakcie. Spurs mogą go jeszcze zostawić na niskiej pensji, dysponując opcją drużyny za $3mln, ale stał się zbyt ważnym zawodnikiem, żeby ryzykować czekaniem na wolną agenturę.
Jest niemal pewne, że już teraz uzgodnią nowe warunki. Mogą podjąć opcję i od razu podpisać przedłużenie, albo zrezygnować z opcji i dogadać zupełnie nowy kontrakt. To drugie rozwiązanie wydaje się bardziej rozsądne, ponieważ pozwoli im skonstruować kontrakt, w którym zapłacą mu więcej teraz, a gdy wydatki drużyny będą rosły, jego pensja będzie się obniżała. To jest właśnie jeden z tych ważnych elementów planowania na przyszłość.
4) Na rynku wolnych agentów będą mieli do dyspozycji pełne midlevel exception warte $15 milionów (Maciek sugeruje im Rugi’ego Hachimurę albo Kristapsa Porzingisa), a także biannual exception za $5.5mln, żeby poszukać shootingu i poprawić ławkę.
5) W drafcie będą wybierać z 20 numer, korzystając z prawa swapu z Atlantą Hawks (z wymiany Dejounte Murraya).
6) All-Star De’Aaron Fox w finałowej serii zdobywał tylko 12.8 punktów. Jest jednym z najbardziej doświadczonych zawodników w ekipie z San Antonio i został ściągnięty tutaj, żeby jako drugi gwiazdor pomagał Wemby’emu, ale w tym najważniejszym momencie totalnie zawiódł. Grał słabo i popełniał kluczowe błędy. Ale trzeba też pamiętać, że nie był w swojej optymalnej dyspozycji, ponieważ od finałów Zachodu grał z kontuzją kostki. Zanim opuścił z tego powodu dwa mecze, notował średnio 18.8 punktów ze skutecznością 46% z gry. Od czasu kontuzji już tylko 12 i 35%
Dlatego też w San Antonio nikt nie zamierza przereagowywać. Nie myślą o handlowaniu Foxem. Nie stracili wiary w niego i dalej chcą, żeby był ich rozgrywającym. Choć oczywiście biorąc pod uwagę jak szybko rozwija się Dylan Harper, prędzej czy później trzeba będzie rozładować backcourt. Ale to jeszcze nie ten moment. Notowania Foxa są zbyt niskie (zaraz wejdzie w życie podpisane rok temu przedłużenie za $229mln/4), a też to był dopiero pierwszy sezon drużyny w tym składzie, więc Spurs chcą sobie dać czas.
„Chcemy dalej pracować razem, dalej się rozwijać — oczywiście zarówno indywidualnie, jak i jako drużyna. To pierwszy raz, kiedy naprawdę przechodzimy przez coś takiego, więc z pewnością jest to doświadczenie, na którym możemy budować przyszłość.” De’Aaron
7) W trakcie finałów dużo było zachwytów nad Harperem – na które sobie zapracował – ale też trzeba docenić bardzo dobre playoffy w wykonaniu Stephona Castle’a. Oczywiście zdarzyły mu się kiepskie momenty, jak problem ze stratami na początku serii z Thunder czy tylko 3/17 z gry w dwóch ostatnich meczach finałów, ale miał również 23 punkty w wygranym Game 3 w MSG i był najlepszym strzelcem Spurs w serii z Wolves.
W całych playoffach zaliczał średnio 18.2pkt, 5zb i 6.1ast. Poprzednimi 21-latkami ze statystykami na poziomie 15-5-5 byli Anthony Edwards, Luka Doncić i Jayson Tatum. A tylko Tatum z tej grupy grał dłużej niż w pierwszej rundzie.
Jego rzut pozostaje problemem (ledwie 26% za trzy w dwóch ostatnich rundach), ale jest fantastycznym two-way zawodnikiem, który w każdej kolejnej rundzie zajmował się pilnowaniem najlepszych rywali – Deni Avdija, Anthony Edwards (oraz Julius Randle), Shai Gilgeous-Alexander i Jalen Brunson.
Spurs mają trzech gwiazdorów przyszłości.












Jakby mi (nie obiektywnemu kibicowi Spurs) ktoś przed sezonem powiedział, że SAS zrobią 62-20, odeślą obrońców tytułu na wakacje na ich parkiecie i zagrają w wielkim finale to bym zapytał co bierze.
Teraz mówi się tylko o porażce w finałach i o tym jak zawiedli liderzy, ale był to fantastyczny sukces drużyny. Jeden z najlepszych sezonów Spurs jakie pamiętam.
Świetne czasy dla kibiców SAS nastały :)
no dokładnie, dlatego tak ważne jest to co jest już powtórzone któryś raz, gdyby SAS odpadki z OKC byliby „zwycięzcami”, a że przegrali finały, i to jeszcze w takim dość marnym stylu, to odbiór jest inny. Trzeba to dobrze w głowie ułożyć, bo takie postrzeganie na 1 rzut oka jest tak mylne, że aż zabawne.
Ogólnie to pomysł z Hachimurą super, tylko pytanie czy nie trzeba by było przepłacić by go mieć. Ja ciągle uważam, że najlepsza opcją byłby Portis z Milwaukee. Oddać w zamian Korneta i pick 20 tegorocznego draftu i powinno się udać.
Zdecydowanie za wysoka cena za kogoś takiego jak Portis. Nie oddajesz picku #20 za role playera na 15–20 minut w meczu. Nie wspominając już o tym, że pomimo kiepskich finałów Luke był świetnym zmiennikiem w RS.
Tylko czy San Antonio bardziej jest potrzebny kolejny młody gracz, czy nie bardziej doświadczony (mistrzostwo z Bucks), wysoki gracz, mogący grać razem z Wembym na 4 lub bez Wembyego na 5. Grożący rzutem za trzy.
Nie musi to być za Korneta, tylko nie widzę innego kontraktu, który mozna dać w zamian. Chyba, że po prostu można wrzucić kontrakt Portisa w cap space i dać w zamian pick.
Champagnie trzeba anulować opcje zespołu i podpisać 4-letni spadający kontrakt.
Na pewno przyda się jakiś 3 ograny rozgrywający, którego będzie można wpuścić w razie kontuzji w play-off bo tego zabrakło w tym roku.
Rynek jest tak słaby w tym roku, więc jedyne możliwe wzmocnienia sądo zrobienia poprzez trade.
Najbardziej potrzebny shooting z pozycji 4-5 (Portis).
Rezerwowy strzelec na pozycję 2, ktoś w stylu Kennarda, Shameta.
i 3 rozgrywający Jevon Carter, Jose Alvarado?
Portis to byłaby świetna opcja nawet za ten pick. Tu już już nie ma co szukać młodości z tak odległym pickiem. Może jeszcze Beasley?
Odległe picki to są w drugiej rundzie lub w trzeciej dziesiątce pierwszej ;)