
Minęły dni, miesiące, minął rok, a więc ponownie możemy spotkać się w tym miejscu w czerwcu i przyjrzeć się kilkunastu zawodnikom, którzy w najbliższych dniach rozpoczną de facto swoją oficjalną przygodę z NBA. Draft 2026 bowiem już za kilka dni i należy nadmienić, że będzie to Draft wyjątkowy właściwie podwójnie. Po pierwsze dlatego, że choć w samym Drafcie nic nie zmieni się w technikaliach w porównaniu do poprzednich lat, to jednak należy odnotować, że poprzedziła go ostatnia tego typu loteria. Walka ligi z tankowaniem trwa w najlepsze i kolejny rok przyniesie nam już konkretne zmiany. Czy na lepsze, czy na gorsze dopiero się dowiemy i jak mawia klasyk – czas pokaże.
Wyjątkowość tegorocznego Draftu wykracza jednak tylko poza wspomnianą loterię, a przede wszystkim dotyczy czegoś zupełnie innego. Chodzi mianowicie o to, że w roku 2026 mamy do czynienia z ogromną dozą talentu atakującego naszą ulubioną ligę koszykówki. Teraz spoiler dla tych wszystkich, którzy do tej pory nie interesowali się nikim więcej poza może dwoma – trzema prospektami. Mamy tutaj bowiem wyjątkowo dużo sosu. To będzie bardzo kaloryczne, choć jednocześnie fit – atletyczne danie dla NBA. Miałem w tym roku sporo przyjemności w przypatrywaniu się tym kilkunastu zawodnikom, którzy według mnie zostaną wybrani w pierwszej piętnastce i od razu zaznaczę, że pierwszy raz zdarzyło mi się, że chciałem niejako na siłę wcisnąć tutaj co poniektórych tylko po to, aby za chwilę pacnąć się w głowę i przesunąć w górę kogoś zupełnie innego. To taka miła odmiana w stosunku do poprzednich lat, bo choć w 2025 roku na ciekawych graczy nie można było narzekać i chociażby wyścig po nagrodę Rookie of The Year był jednym z najbardziej zaciętych w historii, a zawodnicy tacy jak Dylan Harper i VJ Edgecombe mogą w niedługim czasie stać się twarzami całej ligi, to jednak nawet tam nie mieliśmy aż tak dużej ilości wysoko ocenianych młodych koszykarzy. O 2024 roku nawet nie wspomnę, bo osobiście męczyłem się przy tym okrutnie. Trudno jednak się dziwić, kiedy po kompleksowej analizie analitycy wspólnie dochodzą do wniosku, że taki Zaccharie Risacher to w najkorzystniejszym scenariuszu poziom Harrisona Barnesa, przy zachowaniu całego szacunku dla tegoż. Drugi spoiler. Z pierwszej dziesiątki tamtego Draftu w tym roku w loterii znalazłoby się góra trzech. Wydaje się więc, że jest się czym emocjonować, choć jednocześnie należy sobie zdawać sprawę, że statystyki, analizy, cyferki i różnego rodzaju algorytmy nie obejmują rzeczy, które niekiedy przeważają nad być albo nie być w NBA. Mówię tutaj nawet nie o talencie jako takim, bo ten w umiarkowanym stopniu wydaje się być na swój sposób mierzalny, a przede wszystkim o szeroko rozumianym mindsecie, tym co konkretny zawodnik ma w głowie i czy jest to tylko i wyłącznie koszykówka. Ale to już trochę moja osobista wycieczka i powiedzmy szczerze, tylko delikatne przypomnienie dotyczące tego, że koszykówka jest tak samo nieprzewidywalna jak każdy inny sport. Na wielu płaszczyznach.
Kończę już ten mój pisany w uroczo – obrzydliwy wieczór majowy wstęp, a na koniec poruszę jeszcze małe kwestie techniczne. Pierwsza dotyczy statystyk zawodników jako takich, których z reguły starałem się wcześniej nie nadużywać i tym razem też chcę trzymać się tego kursu. Wolę obrazowe opisy ponad suche statystyki, bo te można przecież zamknąć w kilku kolumnach i dla insiderów to mogą być wszystkie informacje, jakich potrzebują. Jednocześnie przyznam, że w trakcie przygotowywania notatek sam zauważyłem niekiedy wprost nachalnie pchające się w tekst liczby, a pod koniec kwietnia zdałem sobie sprawę z tego, że chcąc nie chcąc zostałem mimowolnie ochrzczony w Kościele Najwyższego Percentyla. Pomimo sporej ilości tekstu istnieje też spore prawdopodobieństwo tego, że czyjąś mocną lub słabą stronę pominąłem. Na pewno nie celowo, ale wybrany przeze mnie format opisowy czasami ograniczał mnie w kwestii dodania kolejnych informacji o zawodniku tak, aby każdy z nich miał mniej więcej tę samą objętość. Druga rzecz to często i niekiedy gęsto wykorzystywane słownictwo pochodzące z języka angielskiego. Tak, owszem, da się po polsku i staram się jak najrzadziej korzystać ze zwrotów angielskich i polinglisz. Czy natomiast w tych konkretnych przypadkach trzeba, to już pozwolę zostawić sobie do swojej własnej oceny. I wygody, bo mimo wszystko pamiętajmy o jakim sporcie mówimy. Trzecia kwestia to natomiast dopasowanie zawodnika do konkretnego zespołu. Chciałbym trafić z każdym moim wyborem i chciałbym, żeby ten mock był traktowany jako pewnik dla wszystkich czytających, którzy napalą się już na Adaya Marę w swoim ulubionym zespole. Niestety liczba zmiennych, od których zależeć będzie ostateczna kolejność wykracza poza jakiekolwiek możliwości prognozowania i wystarczy tutaj wspomnieć o chociażby jednej wahającej się w sprawie konkretnego gracza organizacji, aby później kolejność żyła swoim nowym własnym życiem. O wszelakich ruchach transferowych w noc Draftu i wymianach Giannisa Antetokounmpo nawet nie wspomnę. Niemniej jednak zawodników opisuję w miarę możliwości pod konkretną drużynę z tego prostego powodu, że jest to dla mnie niekiedy łatwiejsze dla samej narracji, a wszystkim czytającym powinno ułatwić moją obrazowość. Zaczynajmy.
1. AJ Dybantsa, Washington Wizards
FORWARD, wiek: 19.5, wzrost: 205 CM, waga: 96 KG, wingspan: 213 CM, standing reach: 269 CM
35 GP, 34.8 MPG, 25.5 PKT, 6.8 ZB, 3.7 AST, 1.1 STL, 51% FG, 33% 3PT, 4.2 3PTA, 77% FT
Numero uno w większości tegorocznych mocków już od dłuższego czasu, a już na pewno od momentu, kiedy Washington Wizards wygrali loterię. Generacyjny talent w kontekście zdobywania punktów i all-around finezyjnego atletyzmu, który w teorii do żadnej z drużyn wybierających z pierwszymi numerami nie pasuje tak dobrze jak do ekipy Czarodziejów. Boston born, Brockton Maseczjusets raised AJ Dybantsa to skrzydłowy z warunkami fizycznymi stworzonymi do współczesnej NBA, długi i barczysty frame, ale bardziej slim niż masywny. Z dobrym balansem ciała, mobilnością i pierwszym krokiem, który wygląda wręcz nieprzyzwoicie jak na jego pozycję. To samo w kontekście pozycji można powiedzieć o dryblingu, pracy stóp i umiejętności wciskania się pod kosz, które sprawiają, że wydaje się praktycznie nie do zatrzymania, kiedy chce dostać się do obręczy. Jest prawdziwym motorem ofensywnym, jego usage w barwach BYU osiągnął wartość 33.5% – najwyższy percentyl – co wyraźnie mówi o tym, jak potężnym hubem w ataku Dybantsa może się stać już w pierwszych latach kariery na najwyższym poziomie profesjonalnej koszykówki. Na uniwersytecie zaliczył jeden z najlepszych strzelecko sezonów w wykonaniu pierwszoroczniaka w całej historii. Jest zagrożeniem praktycznie z każdego miejsca na parkiecie, a może stać się jeszcze większym, jeżeli dopieści swój rzut za trzy i ustabilizuje go na poziomie 38-40% trafień, co wydaje się być w jego zasięgu.
Niekiedy zdarza mu się wstrzymać piłkę o moment za długo, ale sposób w jaki nawiguje broniącymi go rywalami zasługuje na uznanie. Szuka odpowiednich ścieżek do kosza przy pomocy mobilności, balansu i deakceleracji podczas driveów. Tworzy potężną grawitację w izolacjach po atakowanej stronie parkietu i wykorzystuje to do może nie najbardziej kreatywnych, ale skutecznych prób podań. Może natomiast poprawić wyczucie tego odpowiedniego momentu, w którym obrona się na nim skupia, a dodatkowa sekunda na oddanie rzutu będzie w tym przypadku kluczowa zarówno dla niego, jak i jego partnerów w ataku. Jako finiszer był jednym z najlepszych w NCAA, ale jego główną bronią i tak pozostawały rzuty z midrange, gdzie rzucał 12 razy na sto posiadań – 95 percentyl – i trafiał ponad 46% takich rzutów, co klasyfikowało go w 91. Potrafi bardzo umiejętnie korzystać z pick-and-rolli jako quasi-rozgrywający, lubi otrzymywać piłkę w post, a izolacje to dla niego młyn na wodę zwłaszcza, gdy kryją go mniej mobilni przeciwnicy. Nie ma praktycznie sposobu na zdobywanie punktów, którego AJ nie używał i w którym nie był realnym zagrożeniem. Wracając natomiast do jego usage’u, należy w pierwszych latach obserwować, czy Dybantsa sam siebie postrzega już teraz jako główną broń drużyny w ataku, czy też niejako zmusiła go do tego sytuacja na uczelni, gdzie mimo wszystko nie miał wsparcia, jakie na pewno otrzyma w NBA. Tylko 20% jego rzutów pod koszem było asystowanych, tylko 25% rzutów oddawał zza linii trzech punktów po otrzymaniu podania od kolegów. To też jednak dowód na to, jak wybitnie dobrym kreatorem jest dla samego siebie, a w grze na najwyższym poziomie, przy większej pomocy od partnerów może na tym tylko skorzystać. Wspomniane już trójki to na pewno nie element, który woła o pomstę do nieba, jednak nie jest to już tak zabójcza broń w jego arsenale jak midrange i atakowanie paint. Miał za łukiem sporo górek i dołków, ale nie jest to na tym etapie kariery nic, co nie mogłoby być skategoryzowane jako teachable i do poprawy. Na przestrzeni ostatnich miesięcy 19-latek zapracował sobie na sporo porównań do najlepszych koszykarzy w historii, jednak do mnie najlepiej przemawia to, do którego on sam odnosił się jakiś czas temu. Anicet Dybantsa nie ukrywał, że sam widzi i czuje w sobie rytm i styl, jaki do NBA wnosił kilkanaście lat temu Tracy McGrady.
Zawodnik zdobywając w szkole ponad 25 punktów na mecz teoretycznie nie powinien mieć nawet czasu na kreowanie kolegów, ale Dybantsa na tym etapie kariery nie odstaje również jako playmaker. Wielu komentatorów widzi tutaj duży i bezbolesny upside, kiedy skrzydłowy będzie otoczony lepszymi egzekutorami. Pracy wymagać będzie natomiast selekcja rzutowa i ogólnie podejmowanie decyzji jako rzucający. Zdarza mu się podejmować zbyt szybkie i nieprzemyślane decyzje, bez rozeznania się w sytuacji na parkiecie. Jako drybler czasami zbyt mocno opiera się na swoim atletyzmie, co może skutkować problemami, kiedy obrońca lepiej zmatchuje się z nim fizycznie – zaznaczam w kalendarzu jego spotkania przeciwko braciom Thompson. Sam ma w swoich kieszeniach wszystkie narzędzia do tego, aby w niedługim czasie stać się przyzwoitym obrońcą, choć na ten moment jest to raczej kwestia teorii i przełożenia jego warunków fizycznych na tę stronę parkietu. W BYU potrzebowano go przede wszystkim w ofensywie i to tam skupiał swoją energię, choć nie można mu też całkowicie odmówić zaangażowania w obronie. To jak długo potrwa jego transformacja w two-way playera, to raczej kwestia tego, czego będzie się od niego wymagało w pierwszych latach kariery w NBA. AJ w tym roku ma wyjątkowo elitarną konkurencję do walki o pierwsze miejsce w Drafcie, ale niezależnie od tego, z którym numerem ostatecznie zostanie wybrany, nie powinien mieć żadnego problemu z wkomponowaniem się do dowolnej drużyny.
2. Darryn Peterson, Utah Jazz
GUARD, wiek: 19.5, wzrost: 194 CM, waga: 90 KG, wingspan: 207 CM, standing reach: 261 CM
24 GP, 29 MPG, 20.2 PKT, 4.2 ZB, 1.6 AST, 1.4 STL, 1.6 TOV, 44% FG, 38% 3PT, 6.9 3PTA
Jeżeli w dniu Draftu nie doświadczymy żadnego shakeupu na samym szczycie, a Washington Wizards postawią ostatecznie na AJ’a Dybantsę, to wybór Utah Jazz powinien sprowadzić się do jednej kwestii. Czy do naszego skompletowanego dopiero co frontcourtu chcemy dodawać kolejnego wysokiego w postaci Camerona Boozera, czy raczej postawimy na jednego z najbardziej utalentowanych i unikatowych guard-prospektów ostatnich lat? W mojej opinii Darryn Peterson stworzy z Keyonte Georgem niezwykle ciekawy duet guardów, a Jazz potencjalnie staną się jedną z najbardziej niewygodnych drużyn do pokonania w całej lidze. Jest w tym wszystkim jednak jedno, lecz bardzo duże Ale. Peterson musi bowiem na nowo stać się tym eksplozywnym młodym koszykarzem, którym był w szkole średniej, a przede wszystkim musi zostawić za sobą swoje problemy zdrowotne. To elitarny zawodnik na niemal każdym polu, ale jeżeli od początku swojej przygody w NBA nie będzie miał w sobie tego atletycznego dynamitu i raz po raz będzie narzekał na urazy, to jego wpływ na najlepsze koszykarskie parkiety może być dużo mniejszy, niż co poniektórzy zakładają. Problemy z mięśniami uda, skręconą kostką, kolanami, a przede wszystkim nawracające skurcze całego ciała mogą też po analizie medycznej spowodować, że ostatecznie Peterson wyląduje poza pierwszą trójką w tym roku. Na ten moment nie kupuję jego tłumaczeń dotyczących przyjmowania zbyt wysokich dawek kreatyny jako przyczyny skurczów, chyba że jest to skorelowane z jakimiś innymi zaniedbaniami, o których nie wiemy, a które mogą zostać w NBA momentalnie wyeliminowane.
Kluczowa sprawa przy patrzeniu na tego młodego guarda to fakt, że w swoim jedynym sezonie dla Kansas Jayhawks wyglądał on diametralnie inaczej od Darryna Petersona ze szkoły średniej. W NCAA brakowało mu szybkości, przyspieszenia i ogólnie motoryki do której przyzwyczaił wszystkich przez poprzednie lata. Przez to bardzo często wyglądał sztywno na nogach i nie sposób było nie odczepić mu w pewnym momencie łatki combo guarda, którą przyklejono mu kilka lat temu. Tylko 20% jego prób rzutów miało miejsce przy obręczy, co wygląda jak żart biorąc pod uwagę jego ogólny atletyzm i warunki fizyczne. Tutaj trzeba jednak podkreślić umiejętności Petersona w przystosowaniu się do tego, co w danym momencie oferowało mu jego własne ciało. Z guarda dominującego piłkę bardzo szybko sam potrafił przekształcić się w off-ball gracza, a fakt, że nawet pomimo swoich ograniczeń z ostatnich miesięcy pozostawał jednym z najlepszych zawodników uniwersyteckich dużo mówi o jego talencie i umiejętnościach. Oraz ogólnie o jego rozumieniu gry w koszykówkę jako takiej. Zanotował bardzo szybki i bezbolesny progres rzutowy stając się dużym zagrożeniem zza łuku. Ma naturalną umiejętność kreowania sobie przestrzeni i szukania odpowiednich kątów, co w połączeniu z szybkim releasem daje bardzo dobre wyniki jako scorer. Podkreślmy to raz jeszcze. Nie tak dawno nie traktowano go jako seryjnego dostarczyciela punktów spoza pomalowanego, a to może sugerować, że nie boi się pracy nad sobą i ma w sobie ogromny potencjał jako efektywny strzelec. Może sugerować, choć wiadomo, że ostatecznie nie musi. Jeżeli jednak założymy, że problemy zdrowotne mu odpuszczą, a atletyzm jest w pełni do odzyskania, to seryjne atakowanie obręczy może na nowo otworzyć wiele drzwi zarówno jemu, jak i jego nowym kolegom dzięki wytwarzanej przez niego potężnej grawitacji.
Peterson nie przystępuje do Draftu z łatką superobrońcy, ale i tutaj progres wydaje się być zauważalny. Ze względu na jego dobre warunki fizyczne, długi wingspan, a także ogólny instynkt i pewnego rodzaju agresywność, może przekształcić się z czasem w bardzo ciekawego defensora. To nie typ gracza w stylu Jrue Holidaya i nigdy do takiego miana nie będzie aspirował, ale posiada odpowiednie instynkty defensywne i jako defensor z pomocy powinien z czasem stać się pewnym punktem drużyny. Jego mała liczba asyst może zastanowić niektórych nad tym, czy 19-latek będzie w stanie z czasem przeobrazić się w bardziej uniwersalnego guarda, ale też warto zwrócić tutaj uwagę na fakt, że Peterson musiał niejako na siłę zmienić swój profil w ostatnich miesiącach. Pomimo wciąż ogromnego usage’u grał bez piłki więcej niż przewidywano, a oddanie mu jej w pewnym momencie w ręce może sprowadzić się do tego, że jego umiejętności playmakingowe zaczną szybko nabierać kształtu. Nie wydaje się jednak dysponować więcej niż przeciętnym czytaniem gry, co ostatecznie może spowodować, że nigdy nie stanie się rozgrywającym na więcej niż 5 – 6 asyst w meczu, co przecież i tak nie musi być w stosunku do niego ogromnym zarzutem.
3. Cameron Boozer, Memphis Grizzlies
FORWARD, wiek: 19, wzrost: 204 CM, waga: 115 KG, wingspan: 217 CM, standing reach: 274 CM
38 GP, 33.4 MPG, 22.5 PKT, 10.2 ZB, 4.1 AST, 1.4 STL, 2.5 TOV, 56% FG, 39% 3PT, 3.6 3PTA, 79% FT
Oczywiście, że Memphis Grizzlies rozpoczynając swoją przebudowę woleliby loterię wygrać, ale można powiedzieć, że i tak mają dużo szczęścia. W teorii z numerem trzecim powinien być jeszcze dostępny zawodnik, który w innych latach spokojnie wybierany mógłby być z jedynką, a draftowanie kogoś z takim potencjałem powinno cieszyć każdego w organizacji i to niezależnie od tego, który numerek będzie miał przypisany. Panuje przekonanie, że Miśki postawią właśnie na Camerona Boozera, czyli syna Carlosa – wieloletniego weterana NBA, dwukrotnego All-Stara i właściciela jednej z najbardziej pamiętnych fryzur w historii ligi. Cameron od dzieciaka czerpał więc inspirację ze swojego ojca i zarówno on, jak i jego brat Cayden zdawali sobie sprawę z tego, że wychowując się w sportowo nacechowanej rodzinie mają ułatwione zadanie w dążeniu do koszykarskiego topu. Cayden właśnie ogłosił, że wraca do Duke na kolejny uczelniany sezon, a Cam jest gotowy na NBA. Gotowy razem z wszystkimi swoimi supermocami, a przede wszystkim z kombinacją koszykarskiego skilla, który idzie w parze z niesamowicie dojrzałym przewidywaniem i rozumieniem gry. Oglądając Boozera występującego w koszulce Blue Devils można czasami było zapomnieć, że ten niespełna 19-latek potrafi w tak wyrachowany i szachowy sposób postrzegać wszystko to, co dzieje się na parkiecie.
Boozer to na pierwszy rzut oka power forward w tak zwanym starym stylu. Ciężki, bardzo silny i niemożliwy do przesunięcia głaz, który szybko się w NBA spodoba, bo to naprawdę bardzo ładny głaz. Zarówno mentalnie, jak i fizycznie wydaje się o kilka lat wyprzedzać swoich rówieśników. Przyglądanie się z bliska karierze swojego ojca i jego mentoring na pewno miały wpływ na to pierwsze, a drugie przyszło niejako naturalnie, kiedy ma się tak dobrze dziedziczone warunki fizyczne. Co prawda nie ma tutaj co oczekiwać ponadprzeciętnego atletyzmu, szybkości, czy przyspieszenia, ale dla wszystkich tych, którzy lubią zawodnika w stylu kotwica parkietu Boozer powinien być ultra ciekawym koszykarzem. Przy czym pamiętajmy, że to kotwica z gatunku tych niezmordowanych i nie wiedzieć czemu, dość mobilnie poruszających się od linii do linii. Maksymalizuje swoje mocne strony i jednocześnie jak najlepiej minimalizuje te aspekty gry, w których nie czuje się najlepiej. Boiskowej inteligencji i sprytu może pozazdrościć mu większość młodych koszykarzy, a w NBA znajdziemy nawet kilku weteranów, którzy mogliby się od niego uczyć. Porównywany jest do Kevina Love’a z wczesnych lat swojej kariery, a więc zacznijmy od tego, w czym Cameron faktycznie go przypomina. Przede wszystkim mowa tutaj o zbiórkach, gdzie wykorzystuje swoją ponadprzeciętną siłę i umiejętne boxouty do zgarniania niemal wszystkiego, co nie wpada do obręczy. Siła wydaje się być katalizatorem dla większości jego ruchów, pod koszem dzieli i rządzi, przy okazji skanując każdy centymetr parkietu i wykorzystując w ten sposób błędy w ustawieniu rywali. Kocha grę w post, masowanie się i przesuwanie przeciwników przy pomocy swoich szerokich barków i kolumnowatych nóg. Połączenie sprytu z techniką i brutalną siłą pozwala mu na łatwe dostawanie się pod kosz. Nie potrzebuje tam nawet wiele miejsca, bo w razie problemu i tak sam sobie je stworzy odbijając wszystkich od siebie. Na tym etapie kariery na plus można mu zaliczyć sprawne rolowanie do kosza, kończenie przy obręczy zarówno prawą, jak i lewą ręką, a także właśnie tą ultra rzadką przy jego warunkach fizycznych lepkość i chwytliwość dłoni. Boiskowa inteligencja i czucie gry pozwalają mu na szybkie czytanie podwojeń. Jak na fizycznie archetypowego silnego skrzydłowego ma wyjątkowo rozwinięte umiejętności jeżeli chodzi o playmaking. Ogólnie gra, a więc i podaje piłkę partnerom w sposób inteligentny. Chce ułatwić im zdobywanie punktów, a nie skupiać się na szukaniu efektownych zagrań. Ma zadatki na bardzo dobrego stretchera rozciągającego grę. Rzuty zza łuku działają i są powtarzalne nawet pomimo tego, że niektórzy zwracają uwagę na specyficzną mechanikę.
Pamiętajmy, że Boozer jest wciąż niezwykle młodym koszykarzem i wiele swoich mocnych stron może jeszcze poprawić, a te słabe aspekty gry zniwelować. Na tym etapie kariery jego chyba największą bolączką wydaje się być natomiast atletyzm. Bazowanie na sile na poziomie uniwersyteckim przynosiło rewelacyjne wyniki, ale może zostać skonfrontowane w starciach z silniejszymi, wyższymi i cięższymi przeciwnikami w NBA. Jest bardzo sztywny i nie ma tej potrzebnej niekiedy giętkości. Mogą z czasem pojawić się obawy o to, czy jego jakby wiecznie napięte ciało sprosta wyzwaniom, jeżeli chodzi o unikanie kontuzji. W obronie brakuje mu mobilności i szybkości stóp, aby móc kryć bardziej zwinnych zawodników, co w połączeniu ze słabym bronieniem obręczy daje ogólny obraz dobrego obrońcy w NCAA, ale raczej sufitowo średniego defensora w NBA.
4. Caleb Wilson, Chicago Bulls
FORWARD, wiek: 20, wzrost: 206 CM, waga: 96 KG, wingspan: 214 CM, standing reach: 274 CM
24 GP, 31.3 MPG, 19.8 PKT, 9.4 ZB, 2.7 AST, 1.5 STL, 1.4 BLK, 2.0 TOV, 58% FG, 26% 3PT, 1.1 3PTA
Trenerze, ja zadunkuję nad nim, nad nim i nad tamtym jeszcze też. A tamten najmniejszy w ostatniej akcji mi uciekł, to nad nim zadunkuję teraz dwa razy, dobrze trenerze? Wsadzenie Caleba Wilsona do szufladki z napisem atletyczny świr byłoby jednak szalenie krzywdzące. Bo freshman z Uniwersytetu Karoliny Północnej jest faktycznie szalenie atletyczny, ale na pewno nie jest świrem. Wymarzony kandydat dla wszystkich drużyn, które chciałyby mieć w dunker spot kogoś z wyjątkowo chwytliwymi dłońmi, kogoś, kto potrafi tam kończyć ponad 76% prób i przy tym mieć absurdalnie wysoki Free Throw Rate na poziomie blisko 62%. Odpowiedni wzrost, jeszcze lepszy wingspan, a do tego giętkość i umiejętność ustawiania się pod koszem to w połączeniu z potężnym verticalem broń momentami nie do zatrzymania.
Ponadto Wilson to pomimo swoich warunków fizycznych całkiem szybki i zwinny koszykarz. Ktoś ładnie powiedział, że przemieszcza się po parkiecie z gracją jelenia i dokładnie tak jak sobie to wyobrażacie, niekiedy wystarczą mu dwa – trzy kroki, aby przesunąć się niemal o pół boiska, a tam to już wiadomo – wróć do pierwszego zdania tego opisu. Jest młodym graczem, ale już teraz niezwykle świadomym swoich możliwości i czerpie z nich pełnymi garściami. To nie jest typ wyskakujący z ekranu tylko po to, żeby zrobić sobie z kimś plakat. On już teraz używa swoich warunków fizycznych we wszystkich możliwych okazjach, a najlepiej niech obrazuje to 2.8 zbiórki atakowanej tablicy, gdzie walczy o każdą możliwość zdobycia punktów. Zarzutem może być w jego przypadku skromna masa – spokojnie, nadrobi to – ale nawet to nie wydaje mu się przeszkadzać w zbieraniu piłek i szukaniu kontaktu w ataku. W NBA będzie polował na mismatche tak jak w barwach UNC, gdzie niżsi zawodnicy nie stanowili dla niego żadnej przeszkody, a wyżsi tylko wtedy, gdy mieli ponadprzeciętną jak na swoje warunki fizyczne mobilność. A gdy jeszcze na pewnym etapie kariery będzie miał w swoim zespole centra rozciągającego grę i wyciągającego wysokiego rywala spod kosza, to rany o rany. Hulaj dusza, piekła nie ma. Jeżeli natomiast wspominamy już o rozciąganiu gry, to no cóż. Nie można mieć wszystkiego i ten kiepski procent na małej próbie nie bierze się znikąd. Generalnie im bliżej kosza, tym w przypadku Wilsona lepiej, choć trzeba mu oddać, że rok w barwach Tar Heels przepracował solidnie pod kątem swoich rzutów z midrange. Solidnie wygląda też jego rzut z linii osobistych, a ładna mechanika sugerować może, że w przyszłości stanie się co najmniej przyzwoitym strzelcem, którego nie sposób będzie zostawić bez krycia.
20-latek ma zadatki na dobrego defensora, ale tutaj też będzie potrzebował więcej pracy. Zarówno nad swoimi kilogramami, aby bronić wyższych i cięższych zawodników, jak i pod względem schematów, bo zdarza mu się zbyt mocno opierać się na swoim atletyzmie zamiast na trzymaniu się rzeczywistych potrzeb defensywnych. Musi nabrać nawyków, a wtedy będzie można mówić o nim jako o realnej i ponadprzeciętnej wartości w obronie. Tak samo możemy zapatrywać się w kontekście jego playmakingu, który istnieje – prawie trzy asysty na mecz nie wzięły się znikąd – jednak mógłby stać się realną alternatywą chociażby w post. Zbyt często bowiem Wilson przy podaniach pracuje zero – jedynkowo i nie szuka lepszych rozwiązań niż te, które założył sobie na przykład w początkowym momencie akcji. Lub w momencie, kiedy dochodzą do niego podwojenia, a przeskoczenie rywalowi nad głową akurat w tej chwili nie wchodzi w grę. Tak czy inaczej, gdyby spiąć wszystkie niedociągnięcia Wilsona i założyć, że większość z nich będzie w NBA mniej lub bardziej, ale do wyuczenia, to otrzymujemy koszykarza bardziej niż śmiało pukającego do pierwszej trójki Draftu. Praktycznie w każdym innym roku moglibyśmy mówić o nim w kontekście wyboru numer jeden.
5. Brayden Burries, Los Angeles Clippers
GUARD, wiek: 21, wzrost: 193 CM, waga: 98 KG, wingspan: 198 CM, standing reach: 250 CM
39 GP, 29.8 MPG, 16.1 PKT, 4.9 ZB, 2.4 AST, 1.5 STL, 1.5 TOV, 49% FG, 39% 3PT, 4.6 3PTA
Jeden z największych wygranych Draft Combine może dołączyć do jednych z największych wygranych loterii Draftu. Pierwsza czwórka w tym roku wydaje się być już ustabilizowana i raczej pewna, a miejsca kolejne to już raczej tak zwana wolna amerykanka. W tak mocno nacechowanej talentem klasie guardów wiele zależeć może od widzimisię decydentów wśród konkretnych organizacji. Teoretycznie Los Angeles Clippers po oddaniu Ivicy Zubaca i dodaniu do składu Dariusa Garlanda mogliby być bardziej zapatrzeni na wydraftowanie wysokiego koszykarza, jednak nie wydaje się prawdopodobne, aby z tak wysokim numerem postawili na Nate’a Amenta, Yaxela Lendeborga, czy Adaya Marę i ostatecznie pójdą w jak najgłębsze pokłady talentu. Tym bardziej, że na drugi rzut oka Brayden Burries obok Garlanda wcale nie wydaje się być jakimś niedopasowaniem, bo jedna z najjaśniej świecących gwiazd minionego sezonu na uniwersytecie Arizona to być może jeden z najbardziej wszechstronnych graczy w tym roku. Jest bowiem typem zawodnika, który wydaje się być gotowy do gry w wielu systemach, potrafi robić użytek ze swoich warunków fizycznych przy zdobywaniu punktów, a przy tym nie będzie musiał w dużym stopniu zabierać piłki z rąk Garlanda, aby być w pełni efektywnym i użytecznym.
Burries nie jest guardem wybitnie atletycznym, brakuje mu trochę tego vertical pop, ale to co dała mu Matka Natura potrafi wykorzystywać bardzo przyzwoicie. Zwłaszcza w transition, kiedy uwielbia atakować obręcz, ale nie tylko. Generalnie jest bardzo dobrym finisherem, który nie musi zapakować nad kimś piłki, aby kończyć akcję w efektowny sposób. Choć mimo wszystko zadunkować umie i lubi. Ma duży arsenał jeżeli chodzi o możliwości zdobywania punktów przy obręczy i bardzo często potrafi robić to na pełnej prędkości. Bierze dokładnie to, co daje mu w danym momencie obrona rywala. Na kombajnie zwrócił na siebie uwagę swoją nie tylko boiskową inteligencją, ale przede wszystkim dojrzałością w patrzeniu na koszykówkę, a to może być dla wielu zespołów niezwykle ważne w kontekście oceniania jego przydatności na kolejne lata. Dla Wildcats występował głównie jako druga, czy nawet niekiedy trzecia opcja w rozegraniu, dlatego powinien całkiem nieźle odnaleźć się u boku Garlanda. Tym bardziej, że Burries to zawodnik niezwykle zaangażowany w obronie, wykorzystujący swoje przewagi – przede wszystkim siłę i mobilność – do krycia zawodników na pozycjach 1-2 lub potencjalnie nawet 1-3. Nie poluje agresywnie na przechwyty, ale umiejętnie czyta linie podań, co później przy wykorzystaniu swojej szybkości ułatwia mu życie w kontratakach. Stara się w obronie, ma odpowiednie reakcje i jest tutaj niezwykle wszechstronny. Do tego łatwo obsługuje kolegów podaniami, choć raczej nie ma zadatków na generała parkietu. To jednocześnie typ zawodnika od którego trener zaczyna ustalanie składu, świetnie odegra przydzieloną mu na parkiecie rolę i nigdy nie będzie z żadnej niezadowolony. Chcesz żeby postał w rogu i trafiał trójki? Nie ma problemu. Serwowane raz po raz akcje pick-and-roll, gdzie ze swoim secure handlingiem czuje się jak ryba w wodzie? Jak najbardziej i z pocałowaniem ręki. „Brayden, a w tym nadchodzącym meczu masz w ogóle zapomnieć o zdobywaniu punktów, bo masz się stać defensywną bestią, bulterierem, czy innym wściekłym bykiem i uprzykrzyć życie temu jednemu konkretnemu przeciwnikowi”. „Proszę wskazać tylko rywala trenerze, a ja załatwię resztę”. Cokolwiek zaplanuje szkoleniowiec, powinien być z 21-latka zadowolony. Do tego dokłada oddanie na tablicy i ogólnie nie boi się żadnego kontaktu, czy to w trakcie atakowania pomalowanego, czy też w obronie. O umiejętnościach zdobywania punktów przez Burriesa można powiedzieć w zasadzie to, co ogólnie o nim samym. Jest uniwersalnym i wszechstronnym strzelcem. Nie boi się rzucać zza łuku, robi to chętnie nawet w asyście i trafia tam więcej niż dobre 39% na prawie pięciu próbach. Mamy też tutaj wspomniany p&r jako ballhandler plus oczywiście główną broń, czyli szybkie ataki obręczy w transition.
Do czego w zasadzie więc można by się tutaj przyczepić? Ogólnie do niewielu rzeczy, chociaż można wskazać na niekiedy wręcz serynie pudłowane trójki, czy nadużywanie swojej szybkości, co niekiedy wyprowadza go w miejsce na parkiecie, gdzie trudno jest piłkę oddać – nie mówiąc już o rzucie. To ogólnie raczej małe rzeczy, jeżeli chodzi o słabe strony. Jednak to na co najczęściej wskazują komentatorzy i analitycy, to fakt, że Burries rzeczywiście jest niesamowicie wszechstronnym koszykarzem, ale jednocześnie nie ma tej choćby jednej umiejętności, której można byłoby przykleić łatkę elitarna. W dzisiejszej NBA to może, choć nie musi ostatecznie stać się problemem. Po parkietach najlepszej koszykarskiej lidze świata biega wielu tego typu graczy, a niektórzy są nawet gwiazdami swoich drużyn i ulubieńcami kibiców.
Dalsza część Top15 w kolejnych dniach.
O najlepszych prospektach tego draftu rozmawialiśmy również w 6G TV: Na tydzień przed Draftem (+ S.Bielas)












Burries to odważny typ do LAC, bo śledząc konta związane z nimi to raczej któryś z dwójki Brown Jr lub Wagler
Wow, Boozer, przy takim samym wzroście co Dybantsa i Wilson, jest od nich o 20 kg cięższy
I ma nazwisko po starym. Czyli według moich standardów nie będzie miał tu łatwo.