Przeskoczę wszystko

7
Chris Szagola / Newspix.pl
Chris Szagola / Newspix.pl

Czasem myślę sobie, że właściwie powinienem odpuścić sobie tego typu teksty. Ostatecznie wystarczy wspomnieć o tym, że LeBron i że Jordan, a jeszcze lepiej, że Kobe i ilość wejść, klików i komentarzy mnoży się jak Shawn Kemp. Szczerze i między nami, choć mam frajdę także z takiego “wspominania”, to bywa to czasem frustrujące, gdy bez echa przechodzą rzeczy, do których ja sam będę kiedyś wracał. Dlatego zastanawiałem się długo, czy po raz kolejny zapuszczać się tu w rejony, które nie do końca interesują szerszą publikę. Wiecie, mam taką małą pasję. Ta pasja to książki. Właściwie wszystkie książki, bo mam też taką przypadłość, że jeśli już coś zacznę czytać, to czytać też to kończę (po raz pierwszy więc przeczytam do końca coś napisanego przez Marcina Harasimowicza). Co dziwne dopiero po mojej pierwszej wizycie w Stanach, z której przywiozłem sobie walizkę różnych pozycji, zdałem sobie sprawę, że mogę łączyć moje dwie pasje.

Sprzedałem więc dom, samochód i ostatnią koszulę, żeby wejść w posiadanie największej kolekcji koszykarskich książek w Polsce. Żartuję. Nie zaszło to tak daleko, ale w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy udało mi się zgromadzić przyzwoitą biblioteczkę, którą teraz, w godzinach biedy, gdy na nic więcej mnie już nie stać, powoli pochłaniam. Często po przeczytaniu czegoś mam ochotę od razu o tym opowiedzieć, ale zazwyczaj nie wzbudza to większej ciekawości wśród moich przyjaciół. Cóż, pozostajecie mi wy, nawet jeśli nie zawsze są to seksowne tematy.

Po cichu marzę sobie, że może jednak zachęciłem kogoś, żeby przeczytał Davida Halberstama, Billa Simmonsa, Pete Axthelma, Billa Bradleya, Adriana Wojnarowskiego, czy Johna Stocktona (w ten sprytny sposób przemyciłem wam linki do wszystkich poprzednich “książkowych” artykułów). A jeśli tak, to wierzę, że warto wciąż do tego wracać.

No dobrze, właściwie chodzi bardziej o to, że skończyłem właśnie autobiografię Juliusa Ervinga i jestem podekscytowany. Podekscytowany w taki sposób, że może nawet czuję trochę to, co czuć musieli kibice oglądający go w nowojorskich boiskach, czy w lidze ABA.

Może dlatego, że się tego nie spodziewałem, bo autobiografie są najczęściej dużo słabsze od biografii przez brak dystansu do siebie ich autorów i autocenzurę, która nie pozwala się do niektórych rzeczy przyznać samemu sobie, a co dopiero czytelnikom, lub po prostu przez fakt, że pisane są samodzielnie przez ich bohaterów i z tego powodu literacko wypadają słabo. Taka – trochę rozczarowująca, choć wciąż urocza – była autobiografia Johna Stocktona, który napisał ją sam i całkiem świadomie cenzurował, uciekając od najmniejszej nawet kontrowersji. Erving tym czasem napisał książkę, w której próbuje szczerze opowiedzieć o swoim życiu. Szczerze znaczy w tym przypadku, ze wszystkimi szczegółami – wystawiającymi mu dobre i złe świadectwo. Do tego do pomocy zatrudnił Karla Taro Greenfelda, który w fantastycznym stylu (i “styl” jest tu idealnym słowem) składa życie słynnego koszykarza całość.

To prawdopodobnie są powody mojej ekscytacji: suma ciekawej postaci, kontrowersyjnych detali i świetnego stylu. Chcę jednak myśleć, że chodzi o coś więcej, o to, że padłem ofiarą, czegoś niezwykłego, co zawsze drzemało w Doktorze J, a co Peter Vecsey w rozmowie z samym zainteresowanym próbował zdefiniować w następujący sposób:

Kiedy grasz i robisz jakiś słodki ruch, w jakiś sposób dajesz ludziom posmakować, jak to jest być tobą.

Może ta specyficzna magia odnosi się nie tylko do gry, ale i do słów Juliusa Ervinga?

Z pewnością olbrzymie zasługi ma tu styl, na jaki zdecydowali się Erving i Greenfeld. Książka napisana jest w czasie teraźniejszym i co więcej styl zmienia się, gdy dostajemy wolny wstęp w kolejne etapy, dorastającego Juliusa. To coś, co trzeba docenić. Mały Julius mówi inaczej niż nastoletni Julius, a ten z kolei różni się od kolejnych Juliusów. Gdy Erving idzie na studia, zmienia się nieco jego słownictwo, gdy zaczyna “poznawać ulicę” również ma to wpływ na jego sposób opowiadania swojej historii. To fantastyczna literacko robota, bo sprawia, że zaczynamy czuć, jak jest w “jego butach”.

Rozpoczynamy od pierwszych wspomnień i już po chwili kilkuletni June, jak nazywa go rodzina, oznajmia, że kiedyś “przeskoczy wszystko”. Jesteśmy w kuchni, gdzie jego samotna matka przyrządza kurczaka, poznajemy jego chorowitego młodszego brata i piękną starszą siostrę. Razem z nim rozwalamy sobie kolano, grając w football i załamujemy się, myśląc, że już nigdy nie będziemy mogli skakać. Gramy pierwsze mecze koszykówki i zauważamy, że jesteśmy szybsi i skaczemy wyżej niż ktokolwiek inny. Nasze dłonie i ramiona rosną do nienaturalnych rozmiarów. Po raz pierwszy zauważamy kobiece piersi, bujające się pod koszulką koleżanki z boiska (“(…) tak, jakby istniały teraz dwa światy, jeden dokoła nas i drugi, podskakujący pod koszulką Juanity”). To my mamy dwanaście lat i zostajemy wykorzystani przez kilka lat starszą kuzynkę…

W między czasie zaś “gramy tysiące meczów i zdobywamy tysiące punktów”. 

Nie chodzi tu również o wzbudzanie taniej sensacji. Jeśli Dr. J pisze o intymnych spotkaniach z koleżanką z klasy, czy opisuje swoją pierwszą wizytę na południu kraju, to robi to, by wyjaśnić na głos, co go ukształtowało. Dlaczego miał taki, a nie inny stosunek do problemów rasowych (najczęściej unikał angażowania się w walkę o równouprawnienie, twierdząc, że jest produktem tego systemu), czy kobiet (które dzielił na dwie kategorie, te do łóżka i te do domu).

Oczywiście najciekawsza część książki rozpoczyna się w momencie, gdy Erving trafia do zawodowej koszykówki i zyskuje sławę i pieniądze. Nie ma dla niego tematu tabu. Pojawia się seks (dużo seksu), pojawiają się narkotyki (choć Julius nie brał, to miał różnych przyjaciół: “nigdy nie bierz do potrzymania torby Richarda Pryora. Cokolwiek tam jest, to złe nowiny”), pojawiają się sławni ludzie (ważna przyjaźń z Billem Cosby), pojawia się śmierć najbliższych. Julius Erving wiedzie niesamowite życie gwiazdy koszykówki lat 70, a my wiedziemy je wspólnie z nim. Dostajemy się do szatni, do samolotów, do hoteli. To były zabawne czasy i ta nasz mała podróż z Dr. J też jest bardzo zabawna. 

Po swoim wydaniu zeszłej jesieni, książka wzbudziła trochę kontrowersji, bo Erving szczerze wspomina w niej o tym, że zdarzyło mu się uderzyć swoją żonę (w samoobronie i jeśli wierzyć temu, co o niej pisze, to mogła to być samoobrona konieczna), czy każdej nocy mieć w łóżku inną kobietę. To takie typowe, ostatecznie kiedy niedawno Roland Lazenby wydał swoją biografię Michaela Jordana media przez kilka dni żyły cytatem z książki, w którym MJ przyznaje, że nienawidził białych ludzi (niewielu dziennikarzy – w polskich mediach również – wstrzymało się z komentarzem przez choćby 5 sekund, by przeczytać w następnej linijce, że Jordan wypowiedział te słowa w 1992 roku, opowiadając o swojej młodości).

Wspominam o tym na marginesie, bo tego typu wyznania sprawiają, że książka wydaje się jeszcze bardziej autentyczna (ostatecznie, co szkodziło Ervingowi usunąć jedno czy dwa zdania, by wyglądać lepiej? – a jednak tego nie zrobił). Dużo ciekawszą i istotniejszą częścią tej autobiografii są krótkie scenki, które Ervin i Greenfeld malują przed naszymi oczami i świadomie robią z nich “małe literackie obrazki”, czy też po prostu anegdoty, które mogłyby żyć swoim własnym życiem.

Julius szuka po nowojorskich boiskach Kareema, żeby sprawdzić, czy byłby w stanie z nim wygrać. Wreszcie spotyka go i zastaje z książką w ręku. Kareem nie ma zamiaru grac tego dnia. Nie ma nic do udowodnienia. Na pożegnanie podają sobie ręce:

Wtedy obaj robimy coś dziwnego tak, jakbyśmy, nawet kiedy nie gramy, musieli w jakiś sposób w czymś się zmierzyć. Przykładamy nasze dłonie do siebie. Moja jest większa,

Dr. J i Pistol Pete rozgrywają po treningach mecze jeden na jeden, w których stawką jest kolacja.

Gramy każdego dnia po treningu i wydaje mi się, że dzielimy rachunki za kolacje po połowie.

George Gervin idzie do kina z brzydką koleżanką dziewczyny, która podoba się Ervingowi (jego późniejszej żony), żeby ten mógł zostać z nią sam na sam.

– Fajna jest?

– Patrzę na nią. ‘Uhhh taa’. Jest fajną osobą, jeśli o to właśnie pyta Gerv.

Julius pyta starszego kolegę z drużyny Walta Szczerbiaka (ojca Wally’ego), jak dochowuje wierności swojej żonie, a ten mówi mu, że musi być silny dla prawdziwej miłości, by chwilę później… samemu próbować umówić się z siostrą Ervinga:

Pytałeś mnie o radę. Nigdy nie powiedziałem, że sam jestem wierny.

Julius Erving był Jordanem przed Jordanem i Carterem przed Carterem. Był kimś, kto przeniósł koszykówkę nad obręcze. Być może jedną z największych zbrodni przeciwko (sportowej) ludzkości było to, że ABA nigdy nie dała rady zapewnić sobie kontraktu z jakąkolwiek ze stacji telewizyjnych, a więc ogromna większość jego higlightów z czasów, gdy był w swoim fizycznym prime pozostała jedynie w pamięci naocznych świadków. Z drugiej strony to też przyczyniło się do powstania jego legendy tworzonej przez przekazywane sobie z ust do ust historie (pod koniec istnienia ABA mówiono o tym, że NBA godzi się na przyłączenie drużyn z tej ligi właściwie przede wszystkim po to, by wreszcie dostać Ervinga).

Nam pozostało kilka highlightów z późniejszych lat jego kariery. Mówią one nam jednak tyle: Wow, dlaczego nie mogliśmy oglądać go wcześniej?

Często mam wrażenie, że Erving (mistrz i MVP obu lig) jest trochę zapomniany. Pewnie dlatego, że o kilka lat wyprzedził swoją generację i tak, jak Larry Bird czy Magic Johnson byli już gwiazdami na całym świecie, Dr. J skończył karierę chwilę przed światową ekspansją NBA i złotymi latami telewizji. Po przeczytaniu tej książki jednak, przede wszystkim, mam poczucie, że Julius Erving jest inteligentnym i wrażliwym facetem, który z ogromnym dystansem podchodzi do swojego życia i zastanawia się na głos nad powodami i konsekwencjami swoich czynów.

Erving od dziecka miał jedną przypadłość. Obsesyjnie starał się organizować świat dokoła siebie: układał swoje zabawki w równe rzędy, w czasach szkolny jego długopisy zawsze miały swoje przypisane miejsca w piórniku. Na odrobinę chaosu pozwalał sobie jedynie na koszykarskim parkiecie. To była jego ucieczka o rygorów swojego umysłu. Podobnie jest z tą książką. Erving skrupulatnie dokumentuje tu swoje życie, organizuje wydarzenia i układa je “w rządki”, by potem choć na chwilę przemienić się w Doktora J i zacząć malować swoje impresje.

W gruncie rzeczy “Dr. J – the autobiography” nie jest po prostu książką o koszykarzu. To większa historia. Opowieść o ikonie swoich czasów, o kimś, kto wyprowadził ten sport z “wieków ciemnych” i o całej epoce lat 70. w USA (swoją drogą jest tam też fragment o Polsce tamtych czasów, w której “nie było nawet papieru toaletowego”). Warto wydać kilkadziesiąt złotych. Do tego ładnie wygląda na półce, bo tytuł na okładce wytłoczony jest złotem. Pełnia stylu – nie mogło być inaczej. Chodziło przecież o Juliusa Ervinga i Dr. J.


__________________________________

Chciałbyś mieć dostęp do większej ilości takich artykułów?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, przeczytaj więcej darmowych artykułów, a przekonasz się, że naprawdę warto.

__________________________________

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni49 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni159 zł

2

KOMENTARZE

  1. Zastanawiałem się, czy czytać ten wpis, czy nie czytać… Musiałem przeczytać – na szczęście mało spojlerów, które mogłyby popsuć radośc z czytania, a wręcz jeszcze zachęca do lektruy.

    Pewnie jeszcze troche czasu minie, zanim uda mi się zdobyć tą książkę, ale jest to dla mnie pozycja obowiązkowa.

    Mnie również zawsze dziwiło jak idol Michaela Jordana jest tak bardzo mocno marginalizowany kiedy mówi się o legendach ligi, skoro wszystkie ‘większe’ gwiazdy w wywiadach wynosiły go na piedestał.

    Postać troche zapomniana, ale może dzięki temu nie przesłodzona, nadal owiana dozą tajemnicy, wręcz legendy, którą mało kto widział na oczy.

    Bogu dzięki jest jeszcze na YT pare highlightów, da się gdzieś znaleźć pare spotkań z jego udziałem – co prawda już nie z ABA, ale pokazujących jak wielką postacią był na parkiecie i jak interesującą poza nim.

    Obok Chamberlaina, Billa Russella jeden z najważniejszych fundamentów dzisiejszej ligi, na którym kolejne piętra postawili Magic, Bird, Jordan,a dzisiaj buduje LeBron.

    Lubię to: 0
  2. Wiesz, Przemek, mógłbyś pisać same takie artykuły. Jeden z lepszych jakie czytałem na 6G, a subskrybuję Was od samego początku. I dla takich tekstów będę subskrybował nadal.

    Lubię to: 0