Bitwa o Los Angeles. Kiedy Clippers byli w natarciu

2
fansided.com

Fani Clippers mają powody do optymizmu, w szczególności Billy Crystal, który przez lata przechodził gehennę, kibicując “tej drugiej drużynie z LA”.  Jego ukochany zespół nie był (przynajmniej na papierze) tak mocny od dobrych kilku lat. Po raz pierwszy też pozornie mało znaczące dotychczas derby Los Angeles będą miały aż tak wielkie znaczenie dla układu sił w całej Konferencji Zachodniej.

Można nienawidzić Lakers z wielu powodów, wyśmiewać ich kanarkowo-fioletowe stroje (zwane również w niektórych kręgach “złotem i purpurą”), ale pod względem nie tylko koszykarskim, ale generalnie sportowym, Los Angeles zawsze należało do nich. To nigdy nie było miasto Dodgers, kiedyś Raiders, a już na pewno nie Clippers. I wie to każdy, kto chociaż raz miał okazję tam przebywać.

Szesnastu mistrzowskich tytułów, multum gwiazd, kilku widocznych pomników przed Staples Center czy wreszcie całej ery “Showtime” nie można przebić ot tak. Jeśli chodzi o NBA, Clippers zawsze byli – i póki co będą – ubogim krewnym Lakers.

“Przez bardzo długi czas byliśmy tą drugą drużyną w mieście. Kiedy graliśmy we własnej hali z Lakers, wyglądało to tak naprawdę jakby to oni grali u siebie, ale w wyjazdowych strojach.”

Tak wspominał przed laty tę nierówną walkę o popularność w Los Angeles Danny Manning, kiedyś wybrany przez Clippers z pierwszym numerem draftu w 1988 r.

Być może byłoby inaczej, gdyby fani Clips zdawali sobie sprawę z tego (a jest to fakt niezwykle istotny i wypada o nim pamiętać), że ich ulubieńcy to tak naprawdę znienawidzeni niemal od zawsze w tej części kraju Boston Celtics, dzięki czemu mogli by sobie tak naprawdę przypisać chociaż część ich bogatego dorobku.

W przyszłym sezonie powinniśmy być jednak świadkami czegoś, czego do tej pory kroniki NBA nie notowały. Zanosi się na to, że Clippers i Lakers nareszcie będą dla siebie równorzędnymi rywalami, a ich bezpośrednia rywalizacja może zadecydować o tym, kto ostatecznie znajdzie się w finale po tej stronie ligowej mapy.

Czy kiedykolwiek byliśmy świadkami czegoś podobnego? Właściwie to nigdy, a najbliżej byliśmy być może przed 13 laty, kiedy Clippers po blisko dziesięcioletniej przerwie powrócili do playoffs i od razu znaleźli się w półfinale konferencji. W tym samym czasie Kobe Bryant o mało co nie wysłał za burtę tych “7 seconds or less” Phoenix Suns z idącym po swoją drugą z rzędu nagrodę MVP, Stephenem Johnem Nashem. Było już 3-1 dla Lakers po czwartym meczu z dużą porcją Mamba Mentality, ale później Suns wzięli się do pracy i obyło się bez wpadki w pierwszej rundzie.

Niewiele jednak brakowało, a w playoffs mielibyśmy wówczas pierwsze w historii starcie Lakers z Clippers. Cóż za uśmiech w stronę logistyki całej serii, w której wszystkie mecze odbywałyby się w tym samym obiekcie. Wcześniej taka sytuacja nie byłaby przecież możliwa.

Jesienią 1999 r., kiedy otwierano Staples Center, gracze oraz cały sztab Clippers cieszyli się z tej przeprowadzki być może znacznie bardziej niż ich lokalni i bardziej utytułowani rywale. Lakers nie mieli przecież powodów do narzekań. Pamiętna hala The Great Western Forum trzymała się przecież wtedy całkiem nieźle mimo wieku. Miała (i nadal ma – choć dziś głównie przy okazji odbywających się tam koncertów) niepowtarzalny klimat i była chętnie odwiedzanym miejscem przez największe sławy Hollywood. Jej głównym mankamentem – obok brak luksusowych loży – była przede wszystkim lokalizacja. Dzielnica Inglewood to generalnie mało przyjazne miejsce, szczególnie po zmroku.

A co mogli powiedzieć Clippers? Grali prawdopodobnie w najobskurniejszym wówczas obiekcie – wysłużonej Los Angeles Memorial Sports Arena – którą otwarto jeszcze w 1959 r. i raczej rzadko modernizowano, może jedynie przy okazji Igrzysk Olimpijskich. Klimat sztywny jak w kostnicy.

Były też okazjonalne występy w nieodległym Anaheim, gdzie byli wtedy dla tamtejszych mieszkańców jedyną sportową atrakcją obok hokejowych Mighty Ducks. Gwiazd filmu czy muzyki na trybunach było jak na lekarstwo. Zamiast Jacka Nicholsona czy Denzela Washingtona, można było wypatrzeć jedynie wspomnianego Billy’ego Crystala.

Generalnie zresztą losy tego klubu od momentu przeprowadzki do Kalifornii w 1978 r. (zaczynali w Buffalo jeszcze pod nazwą Braves) nie należały do najłatwiejszych. Najpierw w San Diego (już jako Clippers – to nie żadni “Postrzygacze owiec”; nazwa odnosi się do statków cumujących w tamtejszym porcie), gdzie próbowano bezskutecznie budować skład m.in. wokół lokalnej gwiazdy, wtedy już niestety z reguły kontuzjowanego Billa Waltona, a później w Los Angeles, gdzie sytuacja wyglądała jeszcze gorzej.

Zespół został tam przeniesiony w 1984 r. za sprawą kontrowersyjnego Donalda Sterlinga, który kupił Clippers ledwie kilka lat wcześniej, notabene za namową człowieka, z którym robił regularne interesy na rynku deweloperskim – Jerry’ego Bussa. Słaba frekwencja w hali San Diego Sports Arena (w tamtym czasie przedostatnie miejsce w lidze pod względem liczby sprzedanych biletów) była idealnym pretekstem do “ewakuacji”.

Sterling przeniósł zresztą swój klub, nie czekając nawet na zgodę NBA i pozostałych właścicieli. Po początkowej groźbie rekordowych kar finansowych i procesów, skończyło się jednak głównie na pogrożeniu palcem ze strony świeżo upieczonego wówczas komisarza Davida Sterna. Sterling, a właściwie Donald Torowitz, zapłacił ostatecznie 6 milionów dolarów kary za swój występek, ale koniec końców faktycznie przeniósł zespół do swojego rodzinnego miasta.

Od tego momentu Clippers stali się wręcz klubem przeklętym. Pod względem organizacyjnym i wewnętrznej atmosfery prawdopodobnie nie było wówczas gorszego miejsca  w NBA. Gra dla Sterlinga przez lata była właściwie jak robienie przysiadów w szambie sięgającym po uszy.

__________________________________

Chcesz czytać dalej?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, zapraszamy do naszej sekcji z darmowymi artykułami, gdzie będziesz mógł przekonać się, że naprawdę warto.

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni49 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni159 zł

38

KOMENTARZE

  1. Bardzo dobry artykuł. Świetnie się czytało.
    Choć odnoszę wrażenie że jeszcze dużo wody upłynie w LA River zanim Clipps będą traktowani na równi z Lakers i nie pomogą w tym ani Leonard który czmychnie po 2 sezonach ani PG. Chyba że uda im się Miśka po drodze zgarnąć w co wątpię

    Lubię to: 10
  2. “Gra dla Sterlinga przez lata była właściwie jak robienie przysiadów w szambie sięgającym po uszy.”
    Dawno nie widziałem równie obrazowego i plastycznego porównania. xD

    Lubię to: 9