Już w najbliższą sobotę w Łodzi odbędzie się kolejna edycja Wielkiego Meczu Gortat Team vs. Wojsko Polskie, na który ponownie wybieram się z rodziną, dlatego przy okazji postanowiłem podzielić się z Wami tekstem, który napisałem dla moich synów. Chciałem nieco przybliżyć im postać naszego najlepszego koszykarza i spróbować też czegoś nauczyć. Spodobało się, więc dostałem od nich zielone światło, żeby po raz pierwszy na Szóstym Graczu opublikować tekst dla dzieci.

Autorką portretu Marcina Gortata jest doktorka_ilustratorka


NBA to najlepsza liga koszykówki na świecie, dlatego każdy koszykarz chciałby w niej zagrać, ale tylko ci najlepsi i najbardziej utalentowani mają na to szansę. Polska do tej pory miała tam jedynie trzech swoich reprezentantów. Pierwszy był Cezary Trybański, który niespodziewanie pojawił się w NBA, potem dużo większe nadzieje wiązano z obiecującym Maciejem Lampe, ale ostatecznie obaj niewiele grali i szybko okazało się, że są za słabi. Marcin Gortat był tym trzecim. On najdłużej musiał czekać i walczyć o to, żeby spełnić swoje marzenie, ale też dopiero jemu udało się odnieść sukces. Nie tylko był w NBA, stał się tam ważnym zawodnikiem.

Gortat gra na pozycji środkowego, na której występują najwyżsi zawodnicy ustawiani przeważnie najbliżej kosza, żeby kończyli akcje wsadami, walczyli o zbiórki po niecelnych rzutach, a w obronie starali się zablokować rywali. Marcin ma dwa metry i 11 centymetrów, czyli nie przejdzie bez mocnego schylenia głowy przez normalne drzwi. Taki wzrost oczywiście bardzo pomaga w koszykówce, jednak to, że ktoś jest wysoki wcale nie znaczy, że będzie dobrym koszykarzem. Poza warunkami fizycznymi potrzebny jest też talent, predyspozycje, umiejętności, rozumienie gry, charakter, wytrzymałość psychiczna i bardzo dużo treningów. Mówiąc krótko – wpływa na to mnóstwo rożnych elementów. Wiele niezależnych od nas, z którymi już się rodzimy, ale od nas zależy jak je wykorzystamy.

Marcin nie dostał się do NBA tylko dzięki temu, że jest wysoki, ale przede wszystkim dzięki ogromnej pracy jaką od samego początku wkładał w treningi, udoskonalając swoją grę, a także w ćwiczenia na siłowni, żeby jak najlepiej się wzmocnić i przygotować swoje ciało do każdego meczu. Oczywiście to można powiedzieć o każdym profesjonalnym sportowcu, bo każdy spędza mnóstwo godzin na sali treningowej. Bez tego nie osiągnie się wyników, ale niektórzy nawet na tym tle szczególnie się wyróżniają i tak jest właśnie w przypadku Gortata. U niego ta ciężka praca stała się jego znakiem rozpoznawczym w NBA. Dlatego też nazywają go Polską Maszyną – bo jest nie do zdarcia, działa jak dobrze naoliwiona maszyna, zawsze gotowy do gry na pełnych obrotach. Mówi się też na niego Polski Młot, bo uderza celnie i mocno wsadzając piłkę do kosza, albo blokując rywali.

Marcin od samego początku swojej przygody z koszykówką musiał robić więcej niż jego koledzy, ponieważ późno zaczął trenować. Początkowo uprawiał lekkoatletykę, był bardzo dobry w skoku wzwyż, a także uwielbiał piłkę nożną i marzył o zostaniu słynnym bramkarzem. Ale kiedy w końcu spróbował koszykówki, szybko poczuł, że to jest coś dla niego. Tak mu się spodobało, że wszystko inne przestało się liczyć. Miał sporo do nadrobienia, bo musiał wszystkiego dopiero się nauczyć. Nie brakowało mu jednak zapału i robił błyskawiczne postępy. Zaczął grać w drużynie ze swojego miasta – ŁKS Łódź, szybko został powołany do młodzieżowej reprezentacji Polski, wypatrzony przez trenera drużyny z ligi niemieckiej, a w wieku 21 lat zgłosił się do draftu NBA.

doktorka_ilustratorka

Draft to proces, podczas którego drużyny wybierają najlepszych i najbardziej obiecujących młodych zawodników. Na początku wybierani są gracze uważani za najbardziej utalentowanych, którzy w przyszłości mają stać się wielkimi gwiazdami koszykówki. To trochę tak, jak Ty czy ja wybieralibyśmy drużyny szykując się do gry z kolegami, kiedy dwóch kapitanów kolejno decyduje kogo chce mieć u siebie. Na koniec zostają ci najsłabsi. I wyobraź sobie, że Marcin podczas draftu w 2005 roku właśnie znalazł się w gronie tych najsłabszych. W sumie w dwóch rundach wybieranych jest 60 zawodników, a jego nazwisko wyczytano dopiero przy numerze 57. Tak więc jeszcze tylko trzech graczy było za nim.

Trafił do drużyny Orlando Magic, ale to też jeszcze nie oznaczało, że będzie grał w NBA. Przed nim nadal była długa droga do przejścia, dlatego potrzebował mnóstwo cierpliwości i samozaparcia. Gracze wybrani z tak odległymi numerami w drafcie rzadko dostają się od razu do składu zespołu. Drużyny obserwują ich, to jak będą się rozwijali w kolejnych latach i czy staną się na tyle dobrzy, żeby wziąć ich do siebie. Duża część z tych zawodników nigdy nie zagra w NBA. Dlatego nikt nie dawał Marcinowi wielkich szans, że akurat jemu się uda. Magic byli zainteresowani, ale od początku wiedzieli, że nie jest on jeszcze gotowy. Po letnich rozgrywkach, podczas których sprawdzani są młodzi zawodnicy, odesłali go z powrotem do jego drużyny w Niemczech, aby tam kontynuował szkolenie.

Rok później Marcin wrócił do Stanów Zjednoczonych na następne wakacyjne rozgrywki i miał nadzieję, że tym razem przekona trenera, żeby wziął go drużyny. Ze swoją drużyną z Kolonii zdobył mistrzostwo Bundesligi, grał coraz lepiej i dobrze zaprezentował się także podczas letnich meczów. Niestety nadal nie wystarczająco dobrze, żeby dostać się do Magic. W tamtym momencie zaczął poważnie obawiać się, że nigdy może nie zagrać w NBA. Trochę zwątpił, ale w żadnym wypadku nie zamierzał rezygnować. Był zdeterminowany, żeby osiągnąć swój cel, dlatego zamiast się załamywać, jeszcze ciężej trenował. W końcu przyniosło to efekty. Po kolejnym udanym sezonie w lidze niemieckiej, świetnie spisywał się podczas letnich rozgrywek i wreszcie otrzymał kontrakt od Orlando Magic. Został trzecim Polakiem w NBA.

Od wyboru w drafcie dwa lata czekał na ten moment. Ale to nie był koniec, bo teraz musiał uzbroić się w cierpliwość czekając na swój pierwszy występ. Początki jego kariery w NBA nie były obiecujące, ponieważ w swoim pierwszym sezonie przez bardzo długi czas w ogóle nie grał i tylko z ławki rezerwowych obserwował mecze swojej drużyny. I znowu pojawiły się wątpliwości. Czy mu się uda? Marcin jednak nie marnował czasu. Nieustannie ciężko trenował, a miał się od kogo uczyć, ponieważ najlepszym zawodnikiem Magic był Dwight Howard, który gra na tej samej pozycji środkowego i był wówczas jedną z największych gwiazd NBA. Marcin codziennie miał okazję rywalizować z Howardem na sali treningowej i podpatrywać go w czasie meczów.

Ostatecznie musiał przeczekać aż 60 meczów drużyny, zanim dostał szansę i wreszcie na chwilę pojawił się na boisku. Było to w pojedynku z New York Knicks w marcu 2008 roku. Jego Magic z ponad 20-punktowym prowadzeniem pewnie zmierzali po wygraną. Do końca meczu pozostawały tylko nieco ponad dwie minuty, dlatego trener postanowił dać odpocząć swoim najlepszym zawodnikom. Sięgnął w głąb ławki rezerwowych, wywołując do gry Marcina. Młody środkowy z Polski wreszcie po raz pierwszy wyszedł na parkiet najlepszej koszykarskiej ligi świata. Po chwili gry otrzymał podanie od kolegi ustawiony tyłem do kosza, obrócił się do swojego rywala, po czym minął go tuż przy linii końcowej boiska i spod obręczy zdobył swoje pierwsze punkty w karierze.

W drugim roku w NBA Marcin grał już regularnie, będąc pierwszym zmiennikiem Howarda i ważnym rezerwowym Magic. Jego drużyna dotarła aż do wielkiego finału i walczyła o mistrzostwo, przegrywając ostatecznie z Los Angeles Lakers. Później Gortat z każdym rokiem już tylko umacniał swoją koszykarską wartość. Grał w Phoenix Suns miał sezon, w którym był nawet najlepszym strzelcem drużyny. Później przez kilka lat był jednym z najważniejszych zawodników silnych Washington Wizards i nawet pojawiał się wśród kandydatów do Meczu Gwiazd. W sumie rozegrał 12 sezonów w NBA.

Nikt nie przypuszczał, że będzie aż tak dobry, ale tylko Marcin wiedział jak ciężko potrafi pracować, żeby osiągnąć ten najwyższy poziom.

25

KOMENTARZE

  1. Przeczytane starszemu (7 lat) zamiast książki „na dobranoc”. Powiedział, że było ok. Zdziwiony że Gortat grał kiedyś w Orlando :)
    BTW. Sztuka pisania książek/opowiadań dla dzieci wcale nie jest łatwa. Trzeba połączyć w miarę proste i ciekawe dla dzieci treści z takim doborem słów żeby wszystko nie było też zbyt infantylne.

    Lubię to: 2