Flesz: Już czas. Rockets powinni zmienić cały swój styl

6
fot. ESPN

Mike D’Antoni ma jeszcze więcej sreber niż LeBron James, tylko że nigdy nie wygrał. Jest ofensywnym geniuszem, który w środę skończy 68 lat, ale podobnie jak jest to z trenerem Seattle Seahawks, nie czujesz tego. To jest młode “68”, w dużej mierze dlatego, że chociaż sukcesy w ostatnich latach Golden State Warriors ozłociły jego krucjaty z Phoenix Suns, to D’Antoni sam nigdy nie wygrał. Co więcej, nie ma obecnie trenera w NBA, który tyle poświęca dla wygrywania. Jeżeli kiedyś w czasach pracy w Lakers i Knicks D’Antoni miał przypiętą słusznie łatkę trenera, który potrafi uprawiać tylko jeden styl, teraz ma na klacie rewers.

Najpierw, w swoim pierwszym sezonie w Houston zaczął oczywiście od pokazania, że potrafi nawet Jamesa Hardena nagiąć – z 7.5 asyst na mecz doszedł do 11.2 i wygrał klasyfikację – do bycia zawiadowcą ofensywy w typie Steve’a Nasha. Mało kto się tego spodziewał. W kolejnym sezonie, po rozczarowaniu serią z San Antonio Spurs, którą zmęczony Harden kończył czołem w klepkach parkietu, D’Antoni rekalibrował Rockets wokół Hardena i sprowadzonego Chrisa Paula, czyniąc z tej pary podobnych – wtedy –  do siebie graczy funkcjonalny i szybko elitarny team, który przebił oczekiwania, wygrał 65 meczów w sezonie regularnym i był o zdrowy krok Paula od pokonania w play-offach Golden State Warriors.

Z kanonady pick-and-rolli Nasha, Jeremy’ego Lina, z iluzji backdoor cutów Leandro Barbosy z podań Shawna Mariona, z pozorowanych koszyczków Borisa Diawa i jego giannis-wjazdów, po latach przymuszania się do narzucanej przez menedżment gry parą Pau-Dwight, po latach trenowania wielkiego “ja” Kobiego i Carmelo, team Mike’a D’Antoniego przeistoczył się dziś w hiperbolę wolnego, rozklepywanego i izolacyjnego stylu, który w 2016 roku pomógł Cleveland Cavaliers wygrać wszystko. To wciąż jest jedyny, znany styl gry, który pokonał Warriors w ostatnich pięciu sezonach, tylko że uprawiając go D’Antoni piętnaście lat po tym jak prowadził najbardziej ubóstwianą drużynę ligi, dziś prowadzi zespół, który stylistycznie trudno jest  oglądać mecz w mecz – przez to prawdopodobnie najbardziej hejtowany team w NBA.

Tu możesz raz jeszcze przypomnieć i uwypuklić to jak ten styl gry uprawiany jest po to, żeby pokonać to co niepokonane, przypomnieć że jest to cel, który uświęca środki, że to co Rockets robią, to najlepszy sposób na osiągnięcie sukcesu – że to jedyny sposób na osiągnięcie sukcesu! – ale możesz też przypuszczać, że ci wszyscy ludzie, którzy nie mogą tego oglądać mają poniekąd rację.

Jestem z tymi ludźmi – od kilku dobrych meczów zastanawiając się czy mogę wyłączyć mecz Rockets, który przecież widziałem już wielokrotnie, więc chodzi tylko o wynik – ale jestem też oczywiście z tą pierwszą grupą. Myślę jednak, że niezależnie co Kevin Durant zrobi w lipcu, Daryl Morey powinien pozwolić D’Antoniemu rekalibrować zespół raz jeszcze.

Dlaczego?

Bo dziś już wszyscy wiemy, że Mike D’Antoni może to zrobić.


Ten sezon jest pierwszym, gdy coś, co przez lata było moją, analityczną mantrą zaczyna się zmieniać.

Moje oczy powoli otwierają się na nowe.

To koncepcja, że wszystkie te bartony, clarksony, wszystkie te randle, russelle, rossy, lavine’y, że wszystkie te “puste kalorie”, wszyscy ci dobrzy, ale nie świetni strzelcy, którzy jednego dnia potrafią zdobyć 25 punktów z 16 rzutów, żeby przez dwie kolejne noce rzucić 16 punktów z 25, nie podawać, nie wymuszać fauli i nie bronić – że cała ta szeroka grupa zawodników przecenianych, może być w przyszłej dekadzie bardziej wartościowa w NBA, niż była w mijającej i zwłaszcza w poprzedniej (Iverson, Carmelo, Kobe).

Generalny klucz dla powodzenia takich graczy polega na zainspirowaniu ich do tego, żeby czuli się częścią drużyny – a nie chlali w pokoju hotelowym, jeździli na końcu autobusu, czy sprawdzali swoje mentions na Twitterze po każdym meczu – a nas zainspirowali do tego, żeby próbować raz jeszcze mierzyć się ze wszystkimi złymi konsekwencjami ich dzikiej, egotycznej selekcji rzutowej. Nie wsadzać się w pudełka, nie być tak ustrukturyzowanymi drużynami, tak czystymi, tak efektywnymi. Wiem, że to generalnie brzmi jak anty-koszykówka, ale intuicyjnie myślę, że nagradzanie, motywowanie nieprzewidywalności czy wreszcie emancypacja takich właśnie graczy może w przyszłej dekadzie przynieść więcej dobra niż zła.

W prostych słowach: to podejrzenie wynika z ligi coraz szybszej, coraz bardziej ofensywnej, coraz bardziej nieprzewidywalnej (coraz trudniejszej do obstawiania), coraz bardziej trójkówej, coraz gorzej chroniącej obręcz. W jeszcze prostszych słowach: to podejrzenie wynika z ligi, która w czasach skracającego się czasu atencji nowego pokolenia, słusznie idzie po highlighty i po highlightowych graczy. Warunki gry w przyszłej dekadzie mogą sprzyjać im bardziej, niż te: warunki mijane przez nas z każdym sezonem i zostawiane w tylnym lusterku.

Harden i CP3 nie wybierają się nigdzie – ich kontrakty nie wybierają się nigdzie – i to świetna informacja dla Rockets, bo mają dwóch Hall-of-Famerów pod długimi umowami.

Mają dwóch Hall-of-Famerów w szatni. Jeden jest w swoim primie i jest bardziej elastycznym stylistycznie graczem, niż ta wersja, którą dziś oglądasz. Temu byłemu liderowi asyst zdarzy się czasem napomknąć, że wolałby wprawiać piłkę w ruch częściej, wolałby uczestniczyć w swingu jej, w którym Durant uczestniczy, grać z większym razem, niż być tylko najlepszym ślimakiem z piłką w historii limakologii. Ten drugi gracz jest już od dwóch sezonów w schyłku swojej kariery, ma gigantyczny kontrakt, ale dodaje twojej drużynie nieprawdopodobne wartości intelektualne na każdym kroku. Największą z nich jest ta wartość w szatni: umiejętność wytłumaczenia reszcie graczy co się dzieje.

Nie chodzi tak bardzo o pieniądze. Oczywiście, możesz wydać ich nieco – bo tylko nieco ich masz – żeby spróbować wskrzesić karierę gracza dostępnego nagle tanio we free agency. Żeby dla przykładu raz jeszcze zrewitalizować karierę Tyreke’a Evansa po jego fatalnym roku w Indianie. Nie musisz jednak sięgać wcale do free agency żeby takich graczy znaleźć. W historii koszykówki jeszcze żaden gracz nie był rozczarowany tym, że zespół zachęcał go do objęcia większej roli ofensywnej.

A graczy, którzy mogliby znaczyć więcej już w swojej szatni masz: możesz zachęcić Clinta Capelę i stworzyć mu warunki, żeby używał w meczach umiejętności, które rozwija na treningach (to nie tak przecież, że Capela na treningach ćwiczy tylko rolowanie do kosza i podskakując odbija sobie piłkę o tablicę w tym przeklętym ćwiczeniu), możesz stworzyć Ericowi Gordonowi więcej sytuacji, w których to on drybluje piłkę w pick-and-rollu, w których to on rozrzuca ją. Masz nawet niespełnionego i głodnego, a dziś do bólu przykładnego Austina Riversa, który może grać picki dla ciebie. Możesz nawet obrócić głowę w prawo i na końcu ławki znaleźć MVP Finałów G-League Isaiaha Hartensteina – wysokiego z nowoczesnymi umiejętnościami, którego wydraftowałeś kilka lat temu. Może jesteś w stanie pójść nawet na rynek wymian i tanio sprowadzić np Jamesa Johnsona po jego złym roku w Miami.

To jest coś, co Rockets właśnie powinni zrobić teraz po dwóch latach grania tego samego. Po dwóch najdłuższych latach, przerywanych rzutami wolnymi. Po, chcąc nie chcąc, rozkładających zespół latach, które najprawdopodobniej nie przyniosą sukcesu. Powinni rekalibrować się, żeby wydłużyć karierę Hardena i żeby bardziej wykorzystać głodny i młody umysł D’Antoniego. Wtedy, myślę że dadzą sobie większą szansę wygrania w play-offach, niezależnie od tego czy Durant będzie w Warriors, czy nie będzie.

33

KOMENTARZE

  1. Jest duża szansa, że po odejściu Duranta, Houston nie będzie musiało tak grać. Tylko czy na pewno Harden chce odejść od tego stylu? Nie wiem, chyba mu odpowiada nabijanie statsow.

    Liga zrobiła się gonitwą za heroballem. Styl gry większości drużyn to teraz taki urban streetball. Dwa podania, zasłona, rzut. Taki highschool basket, tyle że z elitarnymi strzelcami i atletami.

    Lubię to: 6
  2. Ciężko powiedzieć co Rockets powinni zrobić w te wakacje, głównie z CP3 na którego tacy Lakers zawsze będą chętni (zamiast niego spróbować ściągnąć Middeltona lub nawet Kembe) ale wiem co na pewno powinni zrobić w serii z Warriors, nim ją przegrają w 5 meczach. Wziąść przykład z Warriors i podostrzyć grę, tak jak to robią bardzo skutecznie Warriors. Nie pozwalać bezpiecznie wylądować po rzucie, cały czas wywierać presję nie tylko na zawodnika ale i na jego zdrowie. Wtedy ta seria się wyrówna. Oczywiście jeśli sędziowie będą te sytuacje traktować identycznie dla obu drużyn.

    Lubię to: 14
  3. Nie wiem czy zgadzam się z przedstawioną tezą, ale muszę napisać, że warsztatowo tekst świetny, czytałem z prawdziwą przyjemnością. Świetna robota.

    Lubię to: 24