Pokochać Billa Laimbeera

6
freep.com

Dzisiaj coś dla fanów Detroit. Będzie o tych złych, znienawidzonych, przeklętych, ale jednak mistrzowskich Pistons. Przyjrzymy się bliżej karierze najgorszego z awanturników – Williama Laimbeera Jr.

Można prowadzić długie dyskusje o tym, kto był najlepszym graczem w latach osiemdziesiątych. Każdy mógłby przedstawić szereg argumentów na korzyść Larry’ego, Earvina, Mosesa, Mike’a, a może nawet i Bernarda, ale pewnie i tak ciężko będzie o konkluzję. Dużo łatwiej byłoby o wspólne wnioski, gdybyśmy zaczęli zastanawiać się, kto był najbardziej znienawidzonym graczem tamtej dekady. Możesz założyć się o parę najlepszych kapci, że najczęściej pojawiającym się nazwiskiem byłoby: Bill Laimbeer.

To wystarczający powód, aby poświęcić mu osobny tekst na Szóstym Graczu. Tym bardziej, że Laimbeer wprost ubóstwiał odgrywanie czarnego charakteru na ligowych parkietach. Był skandalistą jakich mało. W czasach gdy Pistons byli już na szczycie NBA, można go było ujrzeć z kapeluszem na głowie właśnie w tym z najciemniejszych z kolorów. Nie było więc żadnego tuszowania swojej negatywnej roli. Próżno było szukać w garderobie Laimbeera muszek jak u Bruce Bowena, chociaż modus operandi mieli przecież całkiem podobny.

Niech najlepszą laurką jaką można wystawić Laimbeerowi będą słowa Billa Simmonsa, który jako zagorzały fan Bostonu od małego wprost nienawidził centra Pistons:

“(Laimbeer) miał tylko 7 sezonów ze średnią double-double. Nie potrafił podawać, biegać, skakać, ani kozłować, no i przede wszystkim był dupkiem. Mimo to, uwielbiałbym go, gdyby tylko grał dla moich Celtics.”

Ostatnie zdanie jest tu oczywiście kluczowe. Od zawsze jest tak, że często nie znosimy zawodników grających nie czysto, do momentu, gdy nie przejdą na “właściwą” stronę barykady. W przełożeniu na dzisiejsze czasy, warto pomyśleć o tym, choćby na przykładzie Draymonda Greena.

Laimbeer nie był oczywiście pierwszym brutalem w dziejach NBA. Kontynuował tradycje poprzedników – począwszy od Clyde’a Lovelette’a czy “Jungle” Jima Loscutoffa po całą plejadę krewkich i nie rzadko wąsatych panów z ABA.

Pisanie o dokonaniach Billa Laimbeera nie jest żadną gloryfikacją przemocy czy gry niezgodnej z duchem fair play. To po prostu jeden z przykładów na to jak można obrócić panujące przepisy na swoją korzyść. Za swoje występki Bill i pozostali “Bad Boys” nie otrzymywali w końcu zbyt surowych kar. Ograniczały się one najczęściej do grzywien. Według wyliczeń Davida Halberstama w “Playing for Keeps”, Pistons w swoim pierwszym mistrzowskim sezonie wpłacili na konto ligi 29 100 dolarów, z czego 11 000 było efektem działań Laimbeera, Mahorna i Rodmana. Dla porównania, drudzy na liście Portland Trail Blazers byli ukarani na łączną kwotę tylko 10 500 dolarów.

Brak zawieszeń, a nawet wykluczeń z meczów, w których doszło do przepychanek, sprawia, że te niespełna 30 000 dolarów można traktować jak coś na wzór kaucji czy wpisowego  aby zostać mistrzem NBA. To całkiem udana inwestycja. I tak jak dziś James Harden bez ograniczeń korzysta z przepisów, które, delikatnie mówiąc, ograniczają grę na kontakcie, tak Pistons trenera Chucka Daly’ego bez skrupułów brali garściami ze standardów, które były na porządku dziennym w ich czasach.

Ostatecznie zwycięzców się nie sądzi, a już w szczególności dwukrotnych mistrzów NBA. Tym bardziej, że niewiele brakowało, a dziś pod kopułą hali Little Caesars Arena wisiałby nawet o jeden baner więcej. Pistons byli przecież o krok od zdobycia tytułu już w 1988 r.

__________________________________

Chcesz czytać dalej?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, zapraszamy do naszej sekcji z darmowymi artykułami, gdzie będziesz mógł przekonać się, że naprawdę warto.

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni49 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni159 zł

42

KOMENTARZE

  1. ja uwielbiam Billa, Pistons z czasów BB to była moja pierwsza miłość, gówniarzem byłem i oglądałem relację z finałów z Portland bodajże w TVP. Imponowała mi ich siła fizyczna, spokój i taka aura jak obecnie od Putina – czyli “don’t fuck with us”. To było coś niesamowitego i biło z 14″ telewizora, Laimbeer był kwintesencją tego zespołu, Isiaha kochałem.
    A potem przyszli Knicks Rileya, sprali tyłki Pistons chyba w 1992 roku i bezpowrotnie zmieniłem barwy, byłem zdrajcą i moje serce zaczęło bić dla NY. Isiah się zemścił potem na mnie i podobnych 15 lat później jako GM, a wcześniej Dolan, niszcząc moje życie jako kibica.
    Imho – BL nie ma zycia i przyszlosci w NBA ze względu na to, że go nienawidzi taki MJ i Magic, a oni mają duzo do powiedzenia w obecnej lidze. Zresztą myślę, że kobiety obecnie są twardsze niż te pussies z NBA, Bill jako trener na treningu rozwaliłby chyba cały skład takiego Houston mimo 50+ lat.
    Król jest jeden – MJ, ale swoje księstwo ma też Bill i nie mozna mu tego odmówić.

    Lubię to: 14