Kosze na Drzewach: Thank God I’m a Country Boy

16
fot. DailyHive.com

Zacząłem pisać Kosze Na Drzewach w MVP, ponieważ bardzo chciałem. Maciek Lipowiecki mi na to pozwolił i nie pytał dlaczego, i jestem mu za to bardzo wdzięczny. Najpierw bardzo chciałem opowiedzieć historie graczy pochodzących z Alaski, potem o tym w jaki sposób Luol Deng wydostał się z Wau w Sudanie. Bardzo chciałem napisać kilkanaście akapitów o jedynym koszykarzu NBA, który urodził się i wychował w stanie New Hampshire (to Matt Bonner i powinieneś to wiedzieć), byłem i do dziś jestem dumny o tym co napisałem o sierotach po Katrinie. Potem zacząłem pisać o koszykarzach z małych miast, z tycich miejsc na mapach, o gościach którzy przeszli maraton żeby dostać się do NBA, o typach z miejsc, które dziś już nawet nie istnieją (to nie jest jeszcze prawdą, ale mam historię o Eduardo Najerze, i napiszę ją, przyrzekam). Chciałbym pisać o miejscach podupadłych, wyludnionych, miejscach, które swoje najlepsze dni mają już dawno za sobą. Dziś nie ma dnia, żebym nie czytał kilkunastu stron książek o legendach futbolu wywodzących się z kiedyś stojącej hutniczym i górniczym przemysłem, a dziś popadającej w ruinę trochę naszej, emigranckiej Zachodniej Pensylwanii. Równie dobrze mógłbym jednak czytać o legendach piłki z naszego Śląska, czy o Nowej Fundlandii, jak i Darłowie. To rozwinęło się w tę stronę.

Ostatnim razem pół roku temu napisałem w tym cyklu uśmiechniętą historyjkę o Mike’u Budenholzerze, o fragmencie jego życia spędzonym w Szkocji i o rowerze, którym jeździł po pewnym duńskim, małym miasteczku. Nie wiem skąd to wszystko wzięło się we mnie. Ta chęć żeby pisać o sporcie ze strony B współczesnego świata. Sam nie wychowywałem się przecież na łąkach, tylko w 11-piętrowym bloku przy Królowej Jadwigi, nie biegałem po ogrodach, polach, jak moja mama w jej czasach młodości, tylko między fundamentami powstających pod koniec lat 80-tych bloków, a potem między nimi, żeby tylko nie ściąć zakrętu i nie wyrypać czołem. Nie bujałem się na huśtawce, nie wspinałem się i nie chodziłem po drzewach na drugim brzegu Parsęty jak ojciec. Tylko słuchałem i do dziś nadal jeszcze słucham o tym, i cieszę się, że mogę słuchać, i słuchać chcę i będę.

Nigdy nie mieszkałem przez czas dłuższy niż miesiąc w mieście mniejszym niż 80 tysięcy mieszkańców. Ale wiem już, że nie potrzebuję znać wszystkich odpowiedzi. Jeszcze nie teraz. One przyjdą. Z czasem. Blisko pół roku temu po 20 latach mieszkania w dużych polskich miastach wróciłem do swojego, mniejszego. Od pięciu miesięcy szukam domu. Szukam i szukam, wyprawiając się na jakieś dziwne piesze wycieczki po mieście i za miasto, w których konkurowałbym ze strachami na wróble gdyby to nie była zima, wyglądając wysoko i dziwnie, przemierzając czasem bardzo długie dystanse od wsi do wsi, chodząc, patrząc, stojąc, przyglądając się, przełamując wrodzoną nieśmiałość pytaniami zadawanymi w tych niewielu jeszcze istniejących sklepach, słuchając, czytając znaki, czytając tablice nielicznych wydarzeń anonsowanych na pół roku w przód, tablice ogłoszeń w tycich pomorskich wsiach, oglądając deszcz spadający po drzewach, oddychając, myśląc nie o przyszłości, nie o przeszłości, ale o byciu teraz – będąc. Ale myśląc też o historii, zwykłej ale prawdziwej historii. Tym razem chciałem napisać dobrą.

(Napisałem ten tekst miesiąc temu; dziś kupiłem już dom, kilkaset metrów od gęstego lasu, z widokiem na wielkie morenowe wgłębienie, jar w którym leży i moje wyludniające się i upadające miasto)

Jeden znak stopu, jeden tyci sklep. Gans, Oklahoma. 10 km obok Sallisaw. Tak, tego “Sallisaw” z trzeciej serii “True Detective” i okazał się to całkowity przypadek, gdy miesiąc później redaguję ten tekst. Ale mniej więcej powinieneś wiedzieć jak ludzie mówią, o czym mówią i jaki jest stosunek piasku do asfaltu. Pracujesz w gospodarstwie, jeśli jesteś szczęściarzem i masz gospodarstwo. Pracujesz w drewnie, jeśli masz klientów. Byłeś kowalem, dziś jak reszta mieszkańców próbujesz nie popaść w nałóg. Miałeś sklep, dziś sam jeździsz do jednopiętrowej blachy za miastem. Gans, jak miliony tych małych miasteczek “prawdziwej” Ameryki – bo wybudowanej w miejscu rezerwatów przegonionych lub wyrżniętych Indian – przecina linia kolejowa, po której co trzeci dzień przetacza się cargo. W burzliwe dni częściej można trafić tornado.

Krótka historia. 20. marca 1998 roku nasz bohater rzuca 30 punktów, Michael Jordan ciche 24 punkty bez asyst. Sześć dni temu w lutym tego roku Shaq powie Berry’emu Tramelowi z News Oklahoma “Two guys I could never figure out. Muresan and that damn Big Country.” Inne wspomnienia o Bryancie Reevesie znajdziesz w wyjątkowej i jedynej w swoim rodzaju – i mam tu na myśli światowy internet, nie polski; dowiedziałem się o tym robiąc research przed swoim teksem – dwu-(raz i dwa)-częściowej pracy Piotrka Kolanowskiego o Vancouver Grizzlies.

Ale tym razem będzie o obrazie i dźwięku. W zasadzie to będą właśnie obraz i dźwięk. Będą dwa momenty, które mogą zapaść Ci w pamięć. Pierwszy, podobny do naszego pierwszego spotkania z wyspą Jurassic Parku, i będziesz dokładnie wiedział, gdy ten moment nadejdzie. Drugi, znacznie dłuższy, i nie mogę naprawdę napisać o czym jest. Przepraszam, nie chciałbym w ogóle spoilować, ale to jest cena, którą musisz zapłacić za to, że właśnie dowiadujesz się o tym 43-minutowym, nagradzanym teraz co festiwal, bardzo współcześnie zrealizowanym fragmencie sztuki “Finding Big Country” – ona go znajdzie. I “ona”, Kathleen S. Jayme, będzie tutaj drugą gwiazdą. Będzie słodka, będzie tak dziewczęco naturalna i w gruncie rzeczy to ona sprawi, że to wszystko zaistnieje i to ona wypełni brakujące miejsca swoją osobą. Nie ma drugiego dokumentu takiego jak ten – mogę Cię o tym zapewnić.

“Failing is tough, but if you dont fail at something, you cant succeed at it either”

Powie w pewnym momencie nasz bohater. Jej kluczowym pytaniem do niego będzie natomiast “Gdzie byłeś przez wszystkie te lata?”

I wtedy on odpowie:

__________________________________

Chcesz czytać dalej?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, zapraszamy do naszej sekcji z darmowymi artykułami, gdzie będziesz mógł przekonać się, że naprawdę warto.

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni49 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni159 zł

51

KOMENTARZE

  1. Te dwa pierwsza akapity i to zdjęcie na czołówce – damn kid…powieść to mało powiedziane :) Przefajnie się to czyta, tu i teraz w ten piękny słoneczny smogowy dzień ??

    Lubię to: 6
  2. Ja wiem, że to portal o koszykówce, ale z chęcią poczytałbym/posłuchał (palma?) co skłoniło Maćka do przeprowadzki do mniejszego miasta/wsi. To byłby naprawdę fajny felieton.

    Sam odczuwam jakiś dziwny pociąg do jednego z warmińskich miasteczek, chociaż nie dzieje się tam kompletnie nic, to jednak siedzi mi w głowie. Od nazywania takich uczuć są właśnie pisarze :-).

    Lubię to: 18
  3. Bardzo fajny wpis.

    Natomiast jedna uwaga: takie bezkrytyczne idealizowanie chlopomanii jest troche dziecinne.

    Koles jest obrzydliwie bogaty(good for him!) wiec moze sobie pozwolic na wszystko – takze na to, zeby pogrzebac w grzadkach dokladnie tyle ILE MA OCHOTE i dokladnie wtedy KIEDY MA OCHOTE.

    To nie do konca tak, ze wstaniesz sobie rano, nakarmisz prosiaka, poprzerzucasz przez pol godziny sianko, a potem spokojnie popierdujesz na werandzie, pijac herbate, ogladajac zachody slonca i smakujac Tolstoja.

    Prawdziwe zycie na wsi(TM) to jest brod, smrod i W CH.I CIEZKIEJ ROBOTY. W lecie 16-18h fizyczny zapierdol od switu do poznej nocy nie jest niczym nadzwyczajnym.

    Pozdrawiam!

    Lubię to: 35
    • Masz racje, ale wiadomo, że na wsi są dwa światy…”nowobogaccy”, którzy pielą grządki to dla frajdy i “ludzie pierwotni” żyjący z tego…
      Więcej takich dokumentów! Mniej kompletnie nic nie wnoszących laurek o Iversonach i Carterach.
      Marsz po mieście w koszulce i z flagą nieistniejącej drużyny…niezwykle smutne.

      Lubię to: 1
  4. Bardzo ciekawy dokument. Tekst oczywiście również. A „Big Country” znalazł swoje miejsce na świecie i fajnie jest to pokazane. Po prostu robi to co lubi, cieszy się z małych rzeczy, a kasa zarobiona w NBA mu to umożliwia.
    Czyli, szukajmy swoich „małych szczęść”! (nawet jak nie graliśmy w NBA) :)

    Lubię to: 2
  5. Drogi Autorze, Macieju, za wcześnie na ten dom, za wcześnie. Chyba że masz kogoś kto tam będzie mieszkał kiedy w końcu porzucisz swoją strefę komfortu i będziesz dla Nas pisał o NBA czy NFL ale prosto z USA, choćby z ‘Twoich’ Charlotte.

    Lubię to: 0