Nowojorskie impresje 702… czyli ATL zniosła jajo…

41

ATL

Dziwny to zespół.  Nie mogę się zdecydować, co do ich szans na PO. Może być szóste miejsce, ale może też być i dziesiąte. Szczerze mówiąc – zajedno mi. Bez urazy fani Pierzastych.

Obiecałem jednak po pierwszym meczu z ATL sprzed kilku dni, który jeszcze tli się w mej pamięci, że pochylę się z lekka nad jastrzębim gniazdem. Moja wiedza o ATL jest tak powierzchowna, że w pierwszej chwili szeroko rozwarłem zaspane powieki. Rajon Rodno w ATL?. Dokręciłem obraz, kontrast, kolory. Osobnik tak samo zabrązowiony, tak samo kanciasty, w ruchach ciała zbieżny. Chyba coś bym słyszał. Nerwowe gmeranie po papierach. Aaaaa to ten syn nieślubny kanclerza Gerharda – Dennis Schroeder. Jest w nim chaos. Jest ziszczenie. Na razie więcej samo destrukcji, ale podoba mi się z tą szybkością pierwszego kroku. To nic, że w drugim trener Buldożer chcę gryźć emalię z czajnika. To się wytnie. I podkreśli wężykiem. Widzę potencjał. Potrzeba tylko dobrej tokarki.

Drugi szok przeżyłem. Co jest? Atlanta podebrała CHI to najbardziej wymuskane podbrodzie w lidze? Carlos Boozer Wielkim Żółtym Ptakiem? Zaraz. Znowu przerzucanie kartek jak w delirium. Pero Antić? 31- letni rookie z Macedonii? Powtórka na A. Sabonisa? Człowiek o gabarytach spławianego Dunajcem bala i fizjonomii wykidajły z baru Skoda? Czy to się może udać? Przyznaję. Gdyby do mnie podszedł oddałbym mu portfel. Może o to chodzi. Nie wiem.

Tyle było zaskoczenia. Reszta w S5 jakby bardziej znajoma.

J. Teague należy do tej cudownej klasy PG roku 2009. Powoli robi progres. Na Olimpiadę nie pojedzie ale do PLK też nie trafi. I pomyśleć mógł być Knicksem. Na szczęście włodarze zdecydowali się na tego przyszłego Hall Famera, Jordana Hilla, którego imię będzie się wymawiało na jednym oddechu z K. Malone’m, Timem Duncanem. Ufff. Facet jest zrywny jak motorynka na leśnej drodze. Ma ten tik, floaterkowy i nie boi się dostać po łapach przy wejściu pod kosz. Szacunek. Na koniec te wielkie sarnie, oczy takie ufne. Wymarzony target reklamowy Max Factora. D. Carroll to taki gracz, który bardziej przypomina bębniarz gdzieś na Karaibach, który wieczorami umila czas niemieckim sexturystkom, P. Millsap przeniósł się do ATL bo chyba zaczął się podejrzewać o to, że po pobycie w Salt Lake City w środku zaczyna robić się biały (to sól była Sapciu). On się fantastycznie porusza. Tak jakby miał przyczepione do nóg powietrzne poduszki. Przypomina to trochę pojedynek Kuno Lichtensteina z Maćkiem z Bogdańca na bagnie. A. Horford nigdy mnie do siebie nie przekona. Mam wrażenie, że on nosi koronkową bieliznę i pije ciepłe mleczko na dobranoc. Nie ma w sobie tej twardości korundu. K. Korver tylko lekko przyciemni włosy i zagra sobowtóra T. Cruise w Mission Impossible XVI, kiedy nieustraszony agent Ethan Hunt rzutem piłki z 16 metrów zatrzyma start bomby atomowej. Na razie Kyle walczy z rekordem największej liczby meczów z przynajmniej jedną celną trójką. Wczoraj dołożył 83 cegiełkę. Sześć by przejść do nieśmiertelności. Ależ tam muszą być ciche dni w domu Państwa Barrosów (jego serię oczywiście przerwali Knicks). Ławka ATL to są dla mnie jakieś twory bez imion i twarzy. Myślę, ze oni sami są dla siebie tak obcy, że na treningi jeszcze przychodzą z identyfikatorami. Paradoksalnie to oni zgotowali NYK piekło w 2Q i odlecieli lotem koszącym w siną dal. To ładnie, że S. Mack nadal walczy swoją ligową tożsamość. To jest szansa dla Koszarka. Myślicie, że B. Stevenson wciągnie go na pokład po tym jak wyrzucą go z gniazda? Bo wyrzucą, prawda?

Mecz

Gra NYK przypomina dostawy prądu w Bangladeszu w okresie powodzi. W jednej minucie wolframowy drucik żaróweczki rozświetla lepiankę drżącym światłem, w drugiej rodzina gromadzi się nad zniczem zrobionym z łoju makaka plamistego. Są chwile elektryzujące i jest totalny black-out. Obrona jest koszmarna. Oni są jak gąbką. Zasysają grę ofensywną przeciwnika jak wodę. Ten A. Bargnani z tą wysuwaną rączką na S. Novaka, ta próba gry i zatrzymania przeciwników groźnym spojrzeniem, ta wieczna pretensja, że T. Chandler nieobecny. Atak szarpany, nierówny. Ruch piłką sporadyczny jak śnieg w Tel-Awiwie. ATL rozważna, choć nie romantyczna. 8 zawodników skończyło mecz z punktową dwucyfrówką. Nie indywidualne popisy. Zespół głupku!

A Trener Woo nadal zdziwiony.

5 spotkań przegranych w rzędu w MSG. Na trybunach już nie pomruki. Już przetacza się burza. Brakuje tylko gromu. Właścicielu czekamy!

Melo – cóż za piękna postawa osiągnięta już za życia. Kiedy zszedł z boiska to stał. Nadal. Jak Sowiński w okopach Woli. Zacnie. Dał się sfilmować. Kiedy kamera poszła w miasto, Jim Todd dał znać ręką, że już można spocząć i przestać robić szopkę. Wtedy Melo uwalił się na kupie ręczników. Wyglądał jak parobek po sianokosach. Brakowało tylko wielkiej gomóły sera w ręce. Tak. Tłamsił spod kosza, robił tę swoją corridę radosnego byczka, ale w przekroju meczu był jak Prometeusz. Ptak wyjadł mu wątrobę.

J. R. Smith – 3-18. Wszedł pod ręcznik i się zaplątał. Schylił głowę na ławce. Łkał. Udawał. W jego głowie zderzały się już dwa neurony, układając w głowie tweety, którymi poczęstuję w czasie wolnych B. Jenningsa. Z Chriśiem już to sobie wszystko rozpisali na korkowej tablicy. Przyatakują go wręcz strasznie. Jest plan. Siła braterstwa. JR przypal coś…

A. Bargnani – nie był zły. Po prostu nie dość dobry. Doceniam zaangażowanie, pojedynczą ofiarność w jedzeniu lasagne ale sumarycznie -FACET TY WIESZ CO TO JEST OBRONA?

R. Felton – znowu ma na potylicy fałdę, której nie powstydziłby się średniej wielkości morświn.

I. Shumpert – chciał poderwać, zrobić coś z niczego, ale przypomniał sobie, że jest przecież obrażony za ten roadshow, który z nim robią i ostatecznie tylko wydął mięsiste usta. Znikający Wilson Chandler staje mi przed oczami, jako żywy.

STAT szczerze mówiąc mam już dość narracji Birthdayboya, która przypominającej wywiad w TVN24 w którym bohater wywiadu siedzi jak baca na przyzbie i odpowiada rozentuzjazmowanej reporterce w kremowym płaszczyku, że całą rodzinę przysypało na przodku, babkę, dziadka, żonę i szwagra i on grobowym głosem mówi, że nie wie gdzie teściowa schowała pieniądze. Ja rozumiem frustracje, rozumiem rozgrywanie karty na współczucie, litość (mnie już palce mdleją od wysyłania smsów do Wiosek Dziecięcych – z dopiskiem dla Amare) ale są jakieś granice po których człowiek zaczyna ocierać się o śmieszność. Facet ogarnij się. Nie płacz. Nie masz kolan, za to zwinność hipopotama pluskającego się w bajorze na Jowiszu. Bezrobotny nigdy nie będziesz, bo hotelu Waldorff Astoria masz zawsze etat jako drzwi obrotowe. To jest już koniec. Płakanie, że w pięć minut to Ty nie możesz złapać rytmu jest żenujące. Wczoraj miałeś szansę – 14 min. 5 pkt. 2 zb. 2 faule. Wykorzystałeś. Czy najlepiej nie było dowalić mu minut, pozwolić złapać sto czternastą kontuzję i dać odejść do wieczności? Stos się usypie. Po za tym 100 lat życia chłopie!

T. Murry – pierwszy bilardzista tego sezonu. Spokojnie. Jest czas. W tym czasie J. Lin nadal kłócił się z woźnym o klucz pod prysznic.

K. Martin – to jest jednak menda. Widzieliście jak zrobił przyruch kolankiem i J. Teauge złożył się jak scyzoryk po tym jak dostał postrzał w klejnoty? Ten facet, jest naprawdę chory psychicznie. Jego trzeba izolować, nim stanie się nieszczęście.

MWP – jak francuski samochodzik – problem z hydrauliką w kolanie. Brat Metty (nadal Artest – dziwne, że cała rodzina nie poszła w pokój) lekko zamieszał tweetując – wiem dlaczego nie gra, ale… nie powiem. Zamieszony w rodzicielstwo Pana Zelta?

0
Poprzedni artykułŚwietny występ Irvinga przykrył zamieszanie w Cavs
Następny artykułKnicks handlują Shumpertem, na celowniku mają Rondo

41 KOMENTARZE

  1. Al Horford, podobnie jak cała liga spussiała. Hormony dostarczane z kurzych farm przez przybytki szybkiej potrawy zabiły twardość tych dzieciaków! Gdzie jest Kevin Willis się pytam!? Gdzie jego z każdym sezonem krótsze rączki?

    Lubię to: 0