Brakująca korona

Brakująca korona

Łatwo dziś o tym zapomnieć, ale był taki czas kiedy Sacramento Kings nie byli obiektem żartów w NBA. Patrząc na rok w kalendarzu można odnieść wrażenie, że było to dość dawno, ale na pewno sporo z nas potrafi jeszcze bez problemu z pamięci wymienić skład tamtej ekipy.  Kiedy DeMarcus Cousins wciąż podkradał mleko czekoladowe swoim mniejszym kolegom w podstawówce, Kings byli jedną z głównych ligowych atrakcji i od mistrzowskiego tytułu dzielił ich być może tylko jeden człowiek o nazwisku Tim Donaghy.

Gdyby spojrzeć na dokonania dzisiejszych Sacramento Kings – i to wcale nie samych graczy, ale przede wszystkim zarządu – można by uzyskać sporo materiału do potencjalnego scenariusza  drugiej części filmu „Semi-Pro”. Vivek Ranadive to naprawdę ciekawy gość. Nie kwestionuję jego wiedzy z zakresu biznesu. Nie znam się i zapewne nigdy nie będę miał takiej fortuny jak on. Ciężko jednak zachować powagę, gdy wspomni się jego pomysły z grą w obronie 4 na 5 czy właściwie samodzielne podjęcie decyzji w sprawie wyboru w drafcie Nika Stauskasa.

Niestety, Sacramento Kings przez sporą część swojej historii nie byli traktowani poważnie. Po opuszczeniu Cincinnati w 1972 roku, gdzie grali jeszcze jako Royals (Big O!), nie było wielu powodów do optymizmu. Znaleźli się szybko na ligowych peryferiach. Najpierw Kansas City-Omaha, a później już tylko Kansas City Kings byli w najlepszym razie typowymi średniakami. Jedynie pod koniec lat 70-tych otarli się o czołówkę, wygrywając w dwóch kolejnych sezonach po prawie 50 meczów (odpowiednio 48 i 47 w sezonach 1978/79 i 1979/80), kiedy pierwsze skrzypce grali u nich jeszcze tacy panowie jak Otis Birdsong czy Scott Wedman.

W stosunkowo niewielkim Kansas City, w stanie Missouri, nie było większych szans na stworzenie koszykarskiej potęgi na szczeblu zawodowym. W koszykówce liczyli się w okolicy tylko uczelniani Jayhawks. I tak w połowie lat 80-tych klub został przeniesiony do stolicy Kalifornii. Wiele to nie pomogło (właściwie ich wyniki były jeszcze gorsze niż w Kansas City) i Kings dalej byli pośmiewiskiem NBA. Na nic zdał się obiecujący początek kariery Otisa Thorpe’a oraz zawsze wymuskana fryzura Reggie’ego Theusa. Obaj zdążyli się zresztą ewakuować z Sacramento jeszcze przed końcem lat 80-tych.

Na przełomie lat zmieniali się gracze, trenerzy, nawet barwy zespołu, ale nie kierunek. Ten zwykle prowadził Kings na samo dno. Od momentu przeprowadzki, czyli od 1985 aż do 1996 roku drużyna tylko dwa razy zameldowała się w playoffs i za każdym razem odpadała w pierwszej rundzie.

Żadna szanująca się gwiazda nie marzyła o grze w Sacramento, a ewentualny transfer do tego miasta był traktowany jak najgorsze zesłanie. Z pewnością Mitch Richmond coś o tym wie, chociaż na pocieszenie firma EA Sports dała mu kiedyś okładkę w NBA Live 97. Jednak to nie przyjście, a dopiero odejście z Kings Richmonda można uznać za oficjalny początek nowej ery w tym klubie.


14 maja 1998 roku, czyli w okresie kluczowych rozstrzygnięć w playoffs w obu konferencjach, Richmond i Thorpe, który zakończył właśnie swój drugi epizod w Sacramento, zostali odesłani na przeciwny koniec kraju do Waszyngtonu w zamian za Chrisa Webbera.

W tamtym momencie jeszcze ciężko było jednoznacznie ocenić kto właściwie wyszedł lepiej na tym transferze. Dwa główne elementy tej wymiany były w końcu na zupełnie różnych etapach swoich karier.

Richmond był uznaną firmą, wiecznie tym drugim (lub trzecim, wliczając Clyde’a Drexlera) rzucającym obrońcą za Michaelem Jordanem. Z kolei Webber był młodym i niesamowicie utalentowanym silnym skrzydłowym. Właściwie prezentował pełen pakiet, jeśli chodzi  umiejętności. W tamtym czasie jedyną jego istotną wadą były rzuty wolne (55.3% w pierwszych pięciu latach kariery), których skuteczność poprawił jednak niedługo po przenosinach do Kings (65% na koniec kariery). Wciąż nie wiem, które miejsce zajmie na liście Macieja (mam przeczucie graniczące z pewnością, że tam się znajdzie [publikujący: powinien być wyżej niż Kevin McHale. Czy teraz mnie zamordujesz?]). Gorzej było poza boiskiem. Mimo uśmiechu a’la Magic Johnson miał trudny charakter i łatwo popadał w konflikty. W swoim ostatnim roku gry w Wizards doszło do tego także regularne problemy z prawem.  Aresztowano go za napaść, posiadanie marihuany oraz prowadzenie pod jej wpływem samochodu.  Zamiłowanie do palenia kosztowało go także utratę kontraktu z firmą Fila. Była też pewna sprawa o molestowanie seksualne tancerki na imprezie w domu Juwana Howarda. Ciągnęła się też za nim jak cień burzliwa przeszłość z czasów Michigan Wolverines.

Był to więc klasyczny przypadek transferu, gdzie z ogromnym ryzykiem wiązała się potencjalnie spora nagroda. A Kings nie mieli właściwie już nic do stracenia. Sezon 1997/98 zakończyli z dorobkiem 27 wygranych. Rok później mieli tyle samo, ale ich wartość – ze względu na skrócony sezon – była oczywiście dużo większa.

Po kolei – zasadniczy problem z Chrisem Webberem w Sacramento polegał na tym, że początkowo w ogóle nie chciał tam grać.

Patrz wyżej – nikt nie chciał tam grać.

Jeśli już Kalifornia, to tylko Los Angeles Lakers, ale mimo wielu plotek na przestrzeni także kolejnych lat, Webber nigdy do nich nie trafił.

Jednak od momentu transferu, do rozpoczęcia sezonu, minęło sporo czasu. Więcej niż przypuszczano. Wszystko za sprawą lokautu. C-Webb dał się jakoś przekonać, a w międzyczasie szeregi Kings zasili również inni gracze, którzy mieli stanowić trzon zespołu w kolejnych latach. Za ocean wybrał się w końcu Predrag „dla przyjaciół Peja” Stojaković, którego Kings wybrali w drafcie jeszcze w 1996 roku. Do zespołu trafił również jako wolny agent jego rodak Vlade Divac, a nowym trenerem został Rick Adelman. Z kolei jeszcze przed rozpoczęciem lokautu Kings postawili w drafcie z nr 7 na Jasona Williamsa z uczelni Florida. I jakby nie patrzeć, to chyba jednak głównie dzięki niemu zrobiło się o Kings naprawdę głośno.

Niepozorny biały chłopak z fryzurą rodem z serialu dla młodzieży z lat 80-tych swoim stylem gry szybko zawładnął sercami kibiców. Nigdy nie był jak „Pistol” Pete Maravich. Ba, nie był nawet blisko, aby znaleźć się w jakimkolwiek rankingu, choć pewnie koszykarscy laicy, którzy za swoje główne źródło informacji podawali wówczas „Bravo Sport” widzieli w nim kolejne wcielenie Johna Stocktona. W rzeczywistości ewentualne podobieństwo kończyło się na kolorze skóry.

Styl Williamsa był jak zapowiedź koszykówki XXI wieku. Showtime przyszłości. „White Chocolate” był jak hit numer 1 na liście przebojów „Billboardu” i „30 ton” jednocześnie. Był jak Jennifer Lopez na początku muzycznej kariery, czy nowa dziewczyna, która nagle pojawiła się w szkole po wakacjach i zawładnęła umysłami dojrzewających nastolatków. I tak jak prężyłeś przed nią swoje małe muskuły podczas klasowych bitew w dwa ognie, tak z utęsknieniem czekałeś na najświeższe akcje Williamsa w programach NBA. Jego koszulka biła rekordy popularności w NBA Store, a jeśli nie lubiłeś oglądać meczów Sacramento Kings na przełomie wieków, mogłeś narazić się na gniew lokalnych łobuzów w ortalionowych uniformach i stać się ofiarą popularnych niegdyś „oklasków”.

Kings z zupełnie bezbarwnej drużyny stali się tą najchętniej oglądaną. Skrócony sezon pozwolił im też na uzyskanie dodatniego bilansu (27-23) i w konsekwencji powrót do playoffs. Z siódmego miejsca postraszyli Utah Jazz i odpadli dopiero po pięciu meczach (ostatni w Salt Lake City po dogrywce 99:92). Spora była w tym zasługa m.in. Pana Karla Malone’a.

Nie to było jednak najważniejsze. Kings byli w grze. Nie byli atrakcją jednego sezonu i wydawało się, że mają przed sobą jasną przyszłość. Webber ogarnął się ze swoich problemów i niespodziewanie został nawet najlepszym zbierającym ligi, kończąc wieloletnią dominację Dennisa Rodmana w tej kategorii (inna sprawa, że Lakers zwolnili Rodmana jeszcze przed końcem rozgrywek). Był też świetnym uzupełnieniem dla Divaca.

Głównym problemem wśród potencjalnie kluczowych graczy Sacramento byli Corliss Williamson oraz Tariq Abdul-Wahad (urodzony jako Olivier Saint-Jean). Obaj musieli grać na nie swoich pozycjach i nie szło im to najlepiej. „Big Nasty” zawsze był klasycznym przykładem zbyt niskiego silnego skrzydłowego i słabiej radził sobie dalej od kosza. Wbrew swojej ksywie, był jednak na tyle miły, że oddał Webberowi swój numer na koszulce.

Z Abdul-Wahadem było jeszcze gorzej. Należał do tej niechlubnej listy rzucających obrońców, którzy po prostu nie umieli rzucać. Rywale mogli śmiało zostawiać go wolnego za linią rzutów za 3 punkty i udać się na podwójnego drinka z Gatorade’a. W 236 meczach w NBA trafił tylko 18 z 76 trójek. W dodatku przez sporą część kariery był też na bakier z rzutami wolnymi i często trafiał na listę kontuzjowanych. Nie nagrał się w NBA zbyt długo i karierę zakończył właściwie jeszcze przed trzydziestką (choć Mavs spłacali jego kontrakt do 2007 roku). W Dallas nie wspominają go zresztą zbyt dobrze. Mark Cuban stwierdził kiedyś, że Francuz interesował się absolutnie wszystkim, tylko nie grą i treningami. Niekoniecznie miał tu na myśli skłonności do imprezowania. Abdul-Wahad był od dzieciństwa miłośnikiem sztuki i poświęcał tej pasji sporo czasu. Ostatecznie pozostał jednak przy koszykówce i dziś jest trenerem drużyny Lincoln High w San Jose.

Niemal równo 17 lat temu Kings wymienili swojego (nie)rzucającego obrońcę na Nicka Andersona z Orlando Magic. Podpisano też kontrakt z Billem Wenningtonem. Z nim na pokładzie musiało się przecież udać. A co z Webberem? W kolejnym sezonie postanowił już za życia skorzystać z rady trenera Bobby’ego Knighta. Poprawił skuteczność rzutów wolnych o 30 punktów procentowych, co było rekordowym wtedy progresem. O ile wcześniej można było jeszcze na upartego kwestionować jego obecność w ścisłej elicie silnych skrzydłowych, to od tej pory siedział już przy samym barze z Timem Duncanem, Kevinem Garnettem i Malone’em. Był niczym Goro lub Kintaro w „Mortal Kombat”, za nim stali już tylko Shang Tsung i Shao Kahn. Z komorniczą skutecznością dostarczał ponad 24 punkty, 10 zbiórek, 4 asysty (często w „sabonisowym” stylu) w pakiecie z blisko 2 blokami i przechwytami. Na jego grę patrzyło się z przyjemnością. Internet na szczęście o niej nie zapomniał. Bez problemu znajdziesz najlepsze występy Webbera z czasów Kings , a nawet dawniejsze perełki.


W 2000 roku drugi sezon z rzędu Kings byli najbardziej ofensywną drużyną w lidze, ale za to ich obrona była już tylko trzecia od końca. Stąd też bilans 44 wygranych dał im dopiero ósme miejsce w playoffs, gdzie trafili na Lakers. Była to pierwsza odsłona ogromnej rywalizacji nie tylko o prymat w Pacific Division, ale już wkrótce w całej lidze. Wtedy jednak nikt nie dawał Kings większych szans. Lakers mieli najlepszy bilans w NBA (czwarty najlepszy w historii) i przede wszystkim dominującego na środku Shaqa. Kings nie mieli na niego żadnej odpowiedzi ,ani wtedy, ani także w kolejnych sezonach. Diesel już w meczu otwarcia zaliczył efektowne 46 punktów, 17 zbiórek oraz 5 bloków. Uspokoił się nieco w drugim spotkaniu (23 punkty, 19 zbiórek, 6 asyst), ale za sprawą Kobiego Bryanta Lakers i tak mieli na koncie dwie wygrane. W pełni zasłużone, bo tak  dla formalności Tim Donaghy nie sędziował żadnego z tych meczów…

Kings nie złożyli jednak broni i wygrali oba mecze u siebie. Głównie za sprawą Webbera, który nie przestawał znęcać się nad kryjącym go A.C. Greenem. O sensacji w pierwszej rundzie playoffs nie było jednak mowy i Lakers z łatwością dokończyli dzieła u siebie (113:86 w piątym meczu).

Sezon 2000/01 Kings rozpoczynali już w innym, wyraźnie podrasowanym składzie. Williamson złapał szybki lot do Toronto, a na lotnisku Sacramento International Airport witano w tym czasie Douga Christiego. Wakat w pierwszej piątce na pozycji niskiego skrzydłowego zajął Peja i od razu poprawił średnią punktów z niespełna 12 do ponad 20 na mecz. Kings mieli też coraz lepszą ławkę. Jako wolny agent trafił do nich Bobby Jackson, a swoją karierę w NBA rozpoczynał też turecki skrzydłowy nazwiskiem Hidayet Turkoglu.  A tak przy okazji Chris Webber zaliczał właśnie swój sezon życia i był poważnym kandydatem do nagrody MVP.

55 zwycięstw było najlepszym wynikiem w historii klubu od… 1964 roku. Kings poprawili zresztą to osiągnięcie rok później, kiedy wygrali nawet 61 razy. W playoffs 2001 doczekaliśmy się kolejnej serii z Lakers, tym razem w półfinałach konferencji. I chociaż Kings nie zaimponowali jakoś szczególnie w pierwszej rundzie (3-1 z Suns), to wszyscy liczyli na konkretną batalię. Po ciekawym i emocjonującym początku, było jednak nudno jak na premierze książki „Jak zostać sławną” Czesi z Klanu. Lakers przejechali się po Sacramento Queens jak walec i wygrali 4-0. Jedynie w trzecim meczu ani Shaq, ani Kobe nie przekroczyli bariery 40 punktów.


Latem 2001 dobiegła końca przygoda uwielbianego przez streetballowców J-Willa, który grał tragicznie w serii z Lakers. W dniu draftu oddano go wraz z Nickiem Anderson do będących w trakcie przeprowadzki do Memphis, Grizzlies, w zamian za Mike’a Bibby’ego i Brenta Price’a.  I była to świetna wymiana. Kilka miesięcy później Kings mieli najlepszy bilans w lidze, mimo że przez sporą część sezonu musieli grać bez kontuzjowanego Webbera. Ten nie miał jednak powodów do zmartwień. Najwyżej do mruczenia za sprawą Tyry Banks.

Przyszła wiosna i playoffy. Nie były to najprzyjemniejsze czasy do śledzenia NBA. Sytuację ratowała w Polsce głównie stacja DSF. W przypadku Sacramento na początku obeszło się bez większych emocji. Dość łatwo wygrane serie z Utah Jazz (3-1) i Dallas Mavericks (4-1). Wszyscy fani i tak czekali jednak na pojedynek z Lakers. Doczekali się – chociaż końcowy rezultat z pewnością odbiegał od marzenia, aby trofeum Larry’ego O’Briena trafiło w końcu do stolicy Kalifornii.

Afera Tima Donaghy’ego to z pewnością jedna z mroczniejszych historii spod znaku NBA. Obawiam się, że nigdy nie dowiemy się jak było naprawdę i czy Donaghy działał sam, czy też był może zaledwie trybikiem jakiejś większej machiny. Tego typu typu skandale są niestety równie stare co zawodowy (oraz w przypadku USA – także uczelniany) sport. Michał opisał już kiedyś historię Jacka Molinasa. To właściwie gotowy scenariusz na film.

Tamtą serię każdy może ocenić na swój sposób. Z jednej strony zawsze byłem zdania, że jeżeli jesteś lepszy od swojego rywala, to nie zmienią tego nawet pojedyncze decyzje sędziowskie i swoją postawą przesądzisz o końcowym sukcesie. Może wystarczyło po prostu zebrać piłkę w końcówce czwartego meczu zanim trafiła ona w ręce Roberta Horry’ego? Z drugiej strony, oglądając tamte mecze, nie trudno odnieść wrażenie, że niektóre decyzje sędziów były dość kontrowersyjne i podjęte na niekorzyść Kings. Jednak idąc o krok dalej – czy faktycznie ewentualny tytuł Sacramento Kings w 2002 roku oznaczałby jakąkolwiek stratę dla ligi? W przeciwieństwie do San Antonio Spurs, którzy zdetronizowali przecież Lakers ledwie rok później, była to jedna z najpopularniejszych i najchętniej oglądanych drużyn. Nikt nie mówił o Kings, że są „nudni”. Było dokładnie odwrotnie. Jeśli faktycznie NBA miałaby maczać palce w ustawianiu serii, to jaki sens miałoby „pozwalanie” Spurs na zdobywanie kolejnych tytułów, przy mizernej oglądalności finałów? Te z 2007 roku przeciwko Cavaliers przyciągały mniej widzów, niż bijący wówczas rekordy popularności serial „Rodzina Soprano”.

To co najgorsze dla Kings nie wydarzyło się jednak wiosną 2002 roku, a dopiero rok później. To zapomniana dziś nieco seria w półfinałach konferencji przeciwko Dallas Mavericks. Dwie bardzo ofensywne ekipy, sporo znanych nazwisk, kilka zaskakujących występów (m.in. Nick Van Exel rzucający z ławki dla Mavs średnio ponad 25 punktów, w tym 40 w trzecim spotkaniu) i maksymalny siedmiomeczowy maraton. Ostatecznie to Mavs byli górą, ale losy serii zostały właściwie rozstrzygnięte już na jej samym początku.

Wprawdzie Webber wrócił do gry w kolejnym sezonie, a do składu doszedł nawet Brad Miller (w tamtym czasie dwukrotny All-Star,) to jednak zespół nie wydawał się już tak mocny. Spurs walczyli o obronę tytułu, w LA podjęto projekt z The Beatles po dodaniu Karla Malone’a i Gary’ego Paytona, a w międzyczasie w siłę urośli także Minnesota Timberwolves i to właśnie oni wbili gwóźdź do trumny ambitnych planów w Sacramento. Zespół rozleciał się w ciągu kilku kolejnych sezonów, a reszta – jak mówią – jest historią.

Z dawnych składów Kings jedynie dwóch graczy sięgnęło ostatecznie po mistrzostwo – Stojaković (2011 z Mavs) oraz Williams (2006 r. z Heat). Ten drugi zresztą wciąż nie daje za wygraną i mimo czterdziestki na karku regularnie jest widywany w akcji. Ostatnio przy okazji tegorocznej edycji The Basketball Tournament, gdzie jego kolegą z zespołu był… Mike Bibby. Kto wie, może nawet teraz byliby niezłym wsparciem dla Darrena Collisona w Sac-Town?

Dyskusja 6G

Komentarze 12

Masz coś do dodania? Wskakuj do rozmowy.

the_pi@o2.pl13.08.2016, 17:45

Richmond drugim rzucajacym obronca za Jordanem? Reggie Miller anybody?

Pitras13.08.2016, 20:53

Reggie Miller nie, ale Clyde Drexler już chyba tak

Piotr Kolanowski13.08.2016, 21:23

Fakt, dla spokoju mogłem też wspomnieć o Millerze. Ze względu na grę w jednym klubie, serie z Knicks, game winnery itd. jego kariera robi lepsze wrażenie i milej się ją wspomina, ale… Uważam, że postawienie Richmonda jako tego drugiego nie jest wcale nadużyciem i ostatecznie ich osiągnięcia wcale aż tak od siebie nie odbiegają (z oczywistych względów nie mam wcale na myśli mistrzostwa z LAL z 2002 r.).

Pomijając sam styl gry w ataku, gdzie Richmond był znacznie wszechstronniejszy (m.in. ze względu na budowę i siłę – spokojnie grał też tyłem do kosza), jego indywidualne osiągi też są lepsze. Pierwsze z brzegu: był jednak debiutantem roku i – co może najbardziej dziwić – pięć razy był w składach All-NBA (2 razy w trzeciej piątce i 3 razy w drugiej) przy tylko 3 nominacjach Millera (za każdym razem tylko trzeci skład).

Nie ma też co ukrywać, że Reggie był dużo bardziej jednowymiarowym graczem, ale nie chcę nazywać go przereklamowanym, bo jednak bronią go występy w playoffs.

Z drugiej strony Richmond miał na pewno pecha, że właśnie swoje najlepsze lata spędził w tak słabym klubie jak Sacramento, przez co jego kariera wygląda jak wygląda.

Patrząc na całokształt – Drexler na pewno zjada ich obu.

the_pi@o2.pl13.08.2016, 23:51

Miller był z kolei chyba znacznie lepszym defensorem od Richmonda. Ale fakt, nie ma znaczącej przewagi żadnego z nich.

Paszczak13.08.2016, 19:08

Mimo wszystko highlighty Williams robia wrażenie :)

rzepka13.08.2016, 21:24

świetny tekst, zostawiam komętkę aby pokazać że przeczytałem z zainteresowaniem. Więcej takich artykułów, proszę

Pikiel14.08.2016, 11:34

Wyjatkowo zgadzam sie z Rzepka :)

the_pi@o2.pl13.08.2016, 22:28

Jeszcze drobna uwaga – pewnie sporo czytelników to wie, ale chyba warto dodawać, że wtedy pierwszą serię grało się do trzech zwycięstw (przegrana po pięciu meczach nie wiedząc tego ma kompletnie inny wydźwięk).

Piotr Kolanowski14.08.2016, 12:55

Dobry punkt :) Będę miał na uwadze.

Mac13.08.2016, 23:16

ehh, szpanowało się podaniem z łokcia, piękne czasy.. a ile razy zjebki były od trenera jak nie wyszło w ważnym meczu :)

Bubu Zwierz14.08.2016, 10:40

Świetny art i miłe wspomnienie Kings.
Trochę brakuje takich wpisów, szczególnie podczas koszykarskiej posuchy (ekhm…Rio…bleh).

Top 100 Mack?

marekdbor@o2.pl15.08.2016, 05:24

Elo

Szósty Gracz na bieżąco

Włączyć powiadomienia?

Damy Ci znać o nowych tekstach, podcastach i materiałach 6G. Po kliknięciu potwierdź zgodę w oknie swojego urządzenia.

Możesz zmienić decyzję w sekcji „Powiadomienia 6G” w stopce.