Kajzerek: Gracz, którego chciałbym widzieć więcej

Kajzerek: Gracz, którego chciałbym widzieć więcej

Jeśli Twój algorytm na TikToku nie zamienił się w wersję dla stulejarzy, to niektóre treści mogą zwoje poruszyć i zapędzić w ciekawy rejony internetu. Tak właśnie wydarzyło się w moim przypadku, gdy trafiłem na highlighty Jasona Williamsa połączone z takimi typowymi dla shortsów “catchy” wypowiedziami rywali oraz kolegów byłego koszykarza. Wiedziałem, że był postacią nietuzinkową, ale sposób jego prezentacji w tym krótkim klipie był jak mixtape AND1 kręcony prosto z parkietów najlepszej ligi świata.

Z całą pewnością był zjawiskiem, ale czy był przy okazji dobrym koszykarzem? Okazuje się, że niezłym, niemniej całą swoją bazę budował na tym, co potrafił zrobić z piłką w rękach. Mało kto grał z taką fantazją, polotem i beztroską. Owszem, doprowadzał czasami trenerów do białej gorączki, ale nigdy nie był szczególnie zdyscyplinowanym graczem. Najgorsze co mogłeś zrobić, to zamknąć go w klatce systemu i zabrać piłkę. Można odnieść wrażenie, że “White Chocolate” stworzył osobną kategorię; własny ekosystem, w jakim funkcjonował od początku do końca kariery, po drodze zdobywając mistrzostwo NBA.

Na dłoni miał napis „White boy”, przy czym każda pojedyncza litera znajdowała się na innym palcu, a kciuki pozostawały nietknięte. Potem stało się to inspiracją dla wielu dzieciaków wcielających się w Williamsa w trakcie podwórkowych gierek z kolegami. W latach 2000 był idolem dla wielu białych point-guardów szukających inspiracji i swoistego wzoru do naśladowania. Williams zachęcał sposobem bycia i tym street-ballowym zacięciem, które pomogło mu przyciągnąć i budować fan-base. Biali koszykarze nie wyglądali jak Williams i zdecydowanie nie grali tak jak on.

Z piłką w rękach był prawdziwym magikiem. Patrzył w jedną stronę, podawał w zupełnie inną, zostawiając obronę w blokach. Czasami piłka przelatywała między nogami obrońców, innym razem mijała ich tuż przed oczami. Miejsce, w które trafiało podanie, oraz sposób, w jaki piłka się tam znalazła, zależały wyłącznie od tego, na co Williams miał ochotę w danym momencie. Był pozbawiony bojaźni i robił rzeczy, za które wielu trenerów sadzałoby zawodników na ławce. Niektórzy oczywiście byli przekonani, że przesadza i jest atencjuszem. Popisywał się przede wszystkim podaniami, a nie zdobywaniem punktów. Mimo to zawsze można było odnieść wrażenie, że każdy chciał grać właśnie z nim.

– Nigdy nie dostanie uznania, na jakie zasługuje jako jeden z tych rozgrywających, ale zdecydowanie był kimś wyjątkowym w swojej erze i bez wątpienia należał do najlepszych guardów swoich czasów – powiedział niegdyś Kevin Garnett.

Dla wielu był miejską legendą, bo mix-tape’y nie były aż tak powszechne. Opowiadano o nim na boiskach. W 2005 roku pojawił się YouTube i wówczas wracano do jego nagrań z Sacramento, gdzie był zdecydowanie najlepszą wersją “White Chocolate”. Jednym z najbardziej charakterystycznych cross-overów Williamsa był ten z 1999 roku, gdy ruszył w kontrze mając naprzeciw Gary’ego Paytona – jednego z najlepszych defensorów w historii NBA. Zostawił Paytona przyklejonego do parkietu. Zagranie było spektakularne. Publiczność w Seattle zareagowała tak, jakby Williams na ten ułamek sekundy założył koszulkę Sonics.

Na niektórych nagraniach widać, że gdy Payton wracał na drugą stronę parkietu, uśmiechał się do Williamsa przyznając w ten sposób, że ktoś właśnie całkowicie ograł „The Glove”. Upokarzał wielu rywali i czasami robił to pozbawiony skrupułów. Był też całkiem niezły trash-talkerem. Nie cofał się nawet przed mistrzami tej sztuki, bo sam potrafił skutecznie wyprowadzić kontry lub podjudzać. Był jednym z tych zawodników, po których obejrzeniu chciało się wyjść na zewnątrz i popracować nad własną grą albo chociaż spróbować użyć tego łokcia.

Z drugiej strony – pojawiają się głosy, że “White Chocolate” był przehype’owany i gdyby “był czarny”, na nikim jego sztuczki nie robiłyby takiego wrażenie. Brzmi fair, ale tylko dlatego, że nie było wielu białych potrafiących na koźle to, co potrafił Williams. Pryzmat koloru skóry wydaje się krzywdzący, zarówno dla Williamsa, jak i wszystkich czarnoskórych dryblerów, którzy mu nie ustępowali.

Trafił do NBA z siódmym numerem w drafcie 1998 roku. Sacramento Kings widzieli w nim showmana, który pomoże sprzedać więcej biletów. Już debiutancki sezon Jasona był imponujący. Otoczony takimi zawodnikami jak Chris Webber, Peja Stojaković i Vlade Divac, zdobywał średnio 12,8 punktu, notował blisko dwa przechwyty oraz sześć asyst na mecz. W głosowaniu na najlepszego debiutanta sezonu zajął drugie miejsce – wyprzedził Paula Pierce’a, ale przegrał z Vincem Carterem.

W 2011 roku Williams został wytransferowany do Memphis Grizzlies, którzy w tamtym czasie występowali jeszcze jako Vancouver Grizzlies. Zespół nie był w stanie nawiązać walki z czołówką konferencji, ale Williams nadal przyciągał uwagę swoim nietuzinkowym stylem. W 2005 roku został wytransferowany do Miami Heat. Zdobywając średnio 12,3 punktu na mecz, Williams był trzecim najlepszym strzelcem zespołu, za Dwyane’em Wade’em i Shaquille’em O’Nealem. Po pokonaniu Dallas Mavericks w sześciu meczach, White Chocolate zdobył swoje jedyne mistrzostwo w karierze.

Po sezonie 2005/06 zaczął wychodzić ze swojego prime’u. Spędził jeszcze dwa sezony w Miami, zanim w 2008 roku zakończył karierę. Nie był jednak na to do końca gotowy i przyznał się do błędu, gdy w 2009 roku wrócił do gry i występował w Orlando Magic, dla których rozegrał wszystkie 82 mecze sezonu zasadniczego. Karierę zakończył w 2011 roku, ponownie w Memphis. Jego elbow-pass jeszcze długo żył swoim życiem i do tej pory komentatorzy przywołują Williamsa za każdym razem, gdy tylko komuś się ta sztuka powiedzie… lub nie. Wtedy jest traktowany jako przykład do naśladowania dla nieszczęśnika, który nie dał sobie rady z wyzwaniem.

To typowo street-ballowa zagrywka. Williams z dużą gracją przeniósł ją na parkiety NBA i zbudował na tym wiele highlightów. Klasyczna nonszalancja połączona z dużą pewnością siebie. Wielu trenerów uderzyłoby w czerep, gdybyś próbował w ten sposób rozwiązać posiadanie meczu NBA, ale “White Chocolate” wiedział, że ma przepustkę; że jako jeden z nielicznych może sobie pozwolić na fantazję obarczoną ryzykiem. Zawsze miał duże cojones i robił to wszystko bez choćby cienia wątpliwości w swojej grze. Zawsze sprawiał wrażenie gościa gotowego na konsekwencje podejmowanego przez siebie ryzyka.

Po zakończeniu kariery grał jeszcze w lidze BIG3, ale problemy z kolanami zaczęły mu coraz bardziej doskwierać. Skupił się na prowadzeniu zajęć indywidualnych, a przede wszystkim spędzał czas z trójką swoich dzieci. W dobie TikToka i całej masy dzieciaków, które żyją na dynamicznych formach przekazu, “White Chocolate” poniekąd zyskał nowe życie, tym razem w internecie, gdzie ludzie znów zachwycają się tym, jak oryginalną był postacią. Nie miał skutecznego rzutu z wyskoku, nie był najszybszym zawodnikiem ani nie wyróżniał się siłą. To właśnie swoją kreatywnością odróżniał się jednak od innych rozgrywających – zjednywał sobie kibiców i sprawiał, że gwiazdy ligi wyglądały przy nim momentami wręcz nieporadnie.

Był niczym żywy obraz określenia „human highlight reel”. Krytykowany za podejmowane ryzyko, ale oglądałeś jego mecze i siedziałeś na trybunach z wypiekami na twarzy czekając na to, co Williams wymyśli w każdym kolejnym posiadaniu, gdy tylko piłka przyklejoną miał do dłoni.

Dyskusja 6G

Komentarze 1

Masz coś do dodania? Wskakuj do rozmowy.

SygiBoy09.09.2026, 23:17

Jak wasze wrażenia?

Szósty Gracz na bieżąco

Włączyć powiadomienia?

Damy Ci znać o nowych tekstach, podcastach i materiałach 6G. Po kliknięciu potwierdź zgodę w oknie swojego urządzenia.

Możesz zmienić decyzję w sekcji „Powiadomienia 6G” w stopce.