5 na 5: Najbardziej bullshitowe narracje w NBA

20
fot. AP Photo

Dziś pytają Rafał i Kuba, a pytania są klasa. Dziękujemy Wam bardzo. Pamiętajcie, że możecie zadawać nam pytania na redakcja@szostygracz.pl Mogą one dotyczyć (niewielu) spraw bieżących i wszystkiego innego.


1. Rafał pyta: Które serie playoffowe z przeszłości polecilibyście do obejrzenia/nadrobienia w czasach gdy liga nie gra?

Michał Kajzerek: Oglądałem ostatnio serię finałową Detroit Pistons z Los Angeles Lakers z 1988 roku. Znakomity był wówczas Isiah Thomas. Zrozumiałem, dlaczego pominięcie go w składzie na Igrzyska Olimpijskie w Barcelonie było takim przestępstwem i zrozumiałem też w jaki sposób funkcjonowało tamte środowisko. Nie było przyjaciół, nie było ściskania się przed meczami, nie było braterstwa poza własną drużyną. Powrót do serii z lat 80 jest znakomitym doświadczeniem dla młodego fana koszykówki. Doświadcza czegoś, czego nie mógł doświadczyć oglądając basket 2020.

Maciej Kwiatkowski: Kobe vs Duncan. W drugiej części karier obu mieliśmy ten matchup tylko w finałach konferencji w 2008 roku, dlatego tak trudno jest nam czasem rozstrzygnąć, który z nich faktycznie był lepszy. Po co jest więc Koronalokaut, jak nie po to, żeby przeżyć i to sprawdzić? A jak łatwiej to sprawdzić, niż oglądając obu grających na przeciw siebie? W dodatku mecze Spurs na parkiecie, którego instakolory wyprzedziły swoje czasy?! Mamy na Youtube serie z 1999, 2001, 2002, 2003 i 2004 roku, a w tle całkiem niezłego centra w primie.

Piotr Sitarz: Clippers-Spurs z 2015 roku. Seria ostatecznie pełna dramaturgi, a gdyby sięgnąć głęboko to być może kluczowa dla obecnego kształtu NBA. Mistrzowie odpadli w pierwszej rundzie, Kawhi w gruncie rzeczy dopiero zaczynał mimo zdobycia nagrody MVP Finałów rok wcześniej, za to Clippers wygrali po to, żeby zacząć drugą rundę bez Chrisa Paula, wygrać trzy z czterech pierwszych meczów z Houston i ostatecznie przegrać 3-4. Ta seria to zapowiedź prime’u Kawhia, który jednak nie miał wybitnej serii – fatalne w ataku mecze numer 6 i 7 – i zapowiedź końca LobCity. Ponadto polecam cokolwiek Indiany z Roy’em Hibbertem w prime-time i dowolną serię twojego ulubionego zespołu, jeśli go długo w playoffach nie było.

Adam Szczepański: Spurs-Mavericks z 2014. San Antonio Spurs w drodze po swoje ostatnie mistrzostwo mieli zaskakująco trudną przeprawę w pierwszej rundzie, gdzie zmierzyli się z drużyną Monte Ellisa. To przede wszystkim był fantastyczny pojedynek trenerski Ricka Carlisle’a z Greggiem Popovichem, który trwał siedem meczów. Potem przez kolejne rundy Spurs przegrali już tylko cztery razy. Inną ciekawą i zapomnianą serią z pierwszej rundy był pojedynek Celtics-Bulls z 2009 roku. Celtics, co prawda bez Kevina Garnetta, ale ze świetnym Rajonem Rondo w starciu z debiutującym D-Rose’m i siedem emocjonujących meczów, z których pięć skończyło się różnicą nie większą niż trzy punkty.

Maciej Staszewski: Thunder vs Spurs 2011. Warto sobie przypomnieć jak niesamowity potencjał mieli tamci Thunder i jak się przegryźli przez Spurs, młodością, atletyzmem i jednoczesnym progresem Duranta, Hardena i Westbrooka. Seria jest świetna i oglądając ją dzwoni ci w głowie potężne “What if?!”. Inne warte przypomnienia to Lakers Shaqa i Kobego vs Portland i Sacramento. Po śmierci Bryanta i wiele lat po emeryturze O’Neala tamte serie mają dodatkowy smaczek.

2. Rafał pyta: Które Finały NBA w XXIw wspominacie najlepiej?

Kajzerek: Zdecydowanie finał Warriors z Cavaliers i powrót ekipy z Ohio. LeBron James stojący na drodze do zrealizowania marzenia i celu, o którym tak często mówił. To było fantastyczne sportowe przeżycie i autentycznie cieszyłem się, że mogę być świadkiem tak historycznej chwili. Jeśli kiedykolwiek będę miał okazję opowiadać o moich top sportowych momentach w życiu, to tamte finały będą jedną z pierwszych rzeczy, które przyjdą mi do głowy. Zwroty akcji, pasja z jaką podchodził do tego LeBron, upór Curry’ego i Thompsona. Fantastyczne.

Kwiatkowski: Cavaliers vs. Warriors 2016. Nie widziałem nikogo lepiej grającego w koszykówkę niż LeBron James na końcu tych Finałów. Zmienił w nich kariery dwóch najbardziej zagrażających mu w ostatniej dekadzie Stephena Curry’ego i Kevina Duranta.

Sitarz: Finały 2016. Najlepsze mistrzostwo w historii koszykówki. Historyczne występy indywidualne – back-2-back mecze Jamesa na 41 punktów – historyczne zagrania, intensywna narracja, dramaturgia, a sam rezultat okazał się mieć przecież ogromne znaczenie dla legacy trzech genialnych koszykarzy: Jamesa, Curry’ego i także Kevina Duranta. Pełen pakiet.

Szczepański: Finały 2006. Najbardziej pamiętnymi Finałami są niewątpliwie te z 2016 roku, ale dla mnie najbardziej wyjątkowe były te rozegrane 10 lat wcześniej. Ostatni tytuł Shaqa, eksplozja Dwyane’a Wade’a, Pat Riley na ławce i niesamowity comeback, który rozpoczął się w momencie, gdy wydawało się, że Miami Heat przegrają już trzeci mecz z rzędu. Po tamtych Finałach postanowiłem, że zacznę pisać o NBA.

Staszewski: 2004. Moi skazywani na porażkę Pistons wpieprzyli znienawidzonym faworytom z Los Angeles, którzy mieli w pierwszej piątce pięciu Hall od Famerów. I to jak wpieprzyli. Gdyby nie cudowny odpał Kobego w drugim meczu seria skończyłaby się 4-0. Ben Wallace w piątym meczu przy +20 rzucał za 3, a ja darłem się tak, że moi rodzice w środku nocy wstali i widząc moje szczęście nawet mnie nie opieprzyli. Pięć palców jednej pięści bijącej po mordzie pozłacanych cwaniaków z LA. Co za cudowny moment.

3. Kuba S. pyta: Jaka jest najbardziej bullshitowa narracja z NBA (teraz lub przeszłości)?

Kajzerek: Moim zdaniem ta, która mówi o tym, że “82 mecze to za dużo”. Nie rozumiem tego, bo od 70 lat gramy w ten sposób rozgrywki NBA i nagły przypływ urazów gwiazd spowodował, że ktoś zaczął krzyczeć kompletnie bez sensu. Problem nie polega na intensywności gry, lecz na chorym dla wielu pościgu za absolutną perfekcją. Młodzi gracze od 14. roku życia zabijają się na siłowni o to, by ich ciało było jak najlepiej przygotowane do profesjonalnej kariery. Całkowicie pomijają w tym aspekt naturalnego dorastania, dojrzewania do pewnych fizycznych wyzwań. Najpierw łamią bariery, a po kilku latach łamią kości, bo ich ciało przestaje znosić narzucany rygor. Terminarz NBA nie jest problemem, problemem stał się system szkolenia, który po prostu jest dla dzieciaków niezdrowy i nie pozwala ich ciałom normalnie dojrzewać.

Kwiatkowski: Michael wygrałby 8 tytułów, gdyby nie przestał grać. Rockets, czyli mistrzowie 1994 i 1995, wygrali w sezonach regularnych 1991-93  5 z 6 meczów przeciwko Bulls. Hakeem był poważniejszym problemem dla Chicago, niż MJ dla Houston.

Sitarz: Ta o tym, że w NBA się nie broni, albo obrona nie jest już taka, jak kiedyś. Nerwy mnie tłuką kiedy o tym słyszę, dlatego skończę tutaj. (Bonus po ochłonięciu: narracja o tym, że Warriors 2014-16 zepsuli koszykówkę, bo zaczęli tak odważnie rzucać za trzy punkty. Na litość boską… To jeden z najpiękniej grających zespołów w historii, który zbudował się na ruchu graczy, ruchu piłki, inwersji ofensywnej, switchowaniu w obronie, świetnym schematom w transition i wykorzystaniu w kontrach linii za trzy punkty… Otwórzcie oczy, póki wam się nie zamknęły).

Szczepański: Że niektóre mistrzostwa mają „gwiazdkę”. Toronto Raptors z zeszłego roku, bo nie było Kevina Duranta, a też kontuzji doznał Klay Thompson. Albo Golden State Warriors z 2015, bo LeBron James grał bez Kyrie’go Irvinga i Kevina Love’a. Okoliczności im sprzyjały, co do tego nie ma żadnych wątpliwości, ale tego potrzebuje prawie każdy mistrz i prawie każdy na którymś etapie playoffów dostaje taką losową pomoc, jak kontuzja w ekipie rywali, albo inne korzystne zdarzenie (jak choćby rzut Ray’a Allena w 2013 czy zawieszenie Draymonda Greena w 2016). Każdy mistrz musiał zapracować na swój tytuł i nie powinniśmy tego deprecjonować dodaniem jakichkolwiek „gwiazdek”.

Staszewski: Kiedyś (w latach 80/90) koszykówka była lepsza. Nie wiem jak można współcześnie obejrzeć choć jeden, choćby najlepszy mecz z czasów Birda, Magica i Jordana i tak twierdzić. Jest różnica kilku klas jeśli chodzi o talent, wytrenowanie, atletyzm, przygotowanie i sens samej gry. Tylko narracji było więcej, ale sam sport to jak Commodore przy Macu Pro. Nie ma o czym gadać.

4 Kuba S. pyta: Którego zawodnika absolutnie nie znosisz oglądać (z dowolnego powodu)?

Kajzerek: Jamesa Hardena. Nie ma w jego grze niczego ładnego, jego ruchy są zautomatyzowane, doskonale wiesz co zrobi i doskonale wiesz, że skończy się to rzutem po step-backu, wjazdem pod kosz lub przewinieniem. Jest bardzo przewidywalnym graczem, ale cenię w nim to, że mimo tej przewidywalności, rywale nadal nie potrafią go złamać i on cały czas ufa schematom, które dla swojej gry przygotował. Nie zmienia to faktu, że nie znoszę sposobu, w jaki gra, jest toporny, ciężki w nim dostrzec choć gram artyzmu.

Kwiatkowski: Nie ma takiego. Musiałbym pisać coś na siłę. Jeżeli nie lubię jakiegoś rozczarowującego gracza, bo wiem kim już jest i niewiele się w jego grze zmienia, to najzwyczajniej nie zwracam na niego uwagi. Miałem tak np przez dwa ostatnie sezony Timberwolves z Andrew Wigginsem. Zresztą ci akurat postojowi gracze potrafią na siebie uwagi nie zwracać. Na szczęście też rozwój analityki w ostatnich dziesięciu latach wygonił z ligi tych gunnerów, tych którzy dziabią nieefektywnie na dużej ilości rzutów i nic innego robić nie potrafią dobrze.

Sitarz: Żadnego? Kiedyś Will Barton, ale przestał mnie irytować. Może Rajon Rondo z piłką w dłoniach, chociaż nie zwracam na niego tak dużej uwagi, jak na graczy, których ma wokół siebie. Może Mike Conley, gdyż stał się karykaturą siebie z dawnych lat, no ale czas upływa. Nie wiem. Koszykarze raczej nie wywołują u mnie tak mocnych uczuć, bo staram się zawsze zrozumieć z czego wynikają ich decyzje. A w procesie czystej analizy gry miejsca na emocje po prostu nie mam.

Szczepański: Nie ma zawodnika, którego aż nie znosiłbym oglądać, ale… Jeśli miałbym wymienić gracza, którego w tym momencie najbardziej nie lubię to jest nim Dewayne Dedmon. Wziął dużą kasę od moich Sacramento Kings, a potem zapomniał jak grać i jeszcze narzekał na brak minut. Bardzo nie lubiłem oglądać go w barwach Kings.

Staszewski: Reggiego Jacksona i Collina Sextona. Pierwszego nie cierpię serdecznie za pewność siebie, styl gry, minę pewniaszki z jaką walił kolejną kluczową cegłę w tych rozczarowujących Pistons. To nawet nie jego wina, że grał kontuzjowany, ale stał się dla mnie ucieleśnieniem tej złej epoki w Detroit i już zawsze będzie mi się z nią kojarzył. A Sexton mnie elementarnie wkur…wkurza, jak każdy taki pajac z piłką każdego big mana w historii świata. Nie mogę przez niego patrzeć na Cavs, chcę go bić w imieniu Kevina Love.

5. Ulubiona klepka na boisku?

Kajzerek: Standardowy pick-and-roll. Jest spoko, bo przecież nikt nie zareaguje na wyjście zza zasłony podwojeniem czy zmianą krycia. Dostajesz zasłonę i nagle masz wystarczająco dużo miejsca i czasu, by wytrzeć nos, zaparzyć kawę i dobrze się nad kolejną decyzją zastanowić.

Kwiatkowski: Trójka na wprost kosza, do metra w lewo. Nie rzucałem za trzy aż do 2018 roku, gdy wróciłem do gry po dziesięciu latach przerwy. Zacząłem to robić, bo nasza czwórka wtedy jeszcze nie rzucała za trzy, a na naszych treningach aż roi się od innych centrów. Profesor Huciński raczej by tego nie pochwalił: najbardziej lubię, gdy mogę prawy nadgarstek wyrzucić leciutko w prawo – czyli rzucając z miejsca na wprost kosza, nieco w lewo. Rezultaty to co innego, bo nawet na treningach nie trafiam 40% z tego miejsca, ale podziemne prądy wodne i energia kosmosu mówią, że to jest ta klepka.

Sitarz: Wszystkie te, które przesuwają mi się pod nogami kiedy jestem w transition. To chyba najlepsza odpowiedź, ponieważ długo nie sprawdzałem rzutu. Natomiast, jako że spodziewam się, iż nie jest dobry, to dodałbym miejsca, z których w ataku pozycyjnym podaje się piłkę. Czyli high-post, łokieć i low-post. Lubię podawać i bardzo dużo widzę na boisku: i koszykarskim i piłkarskim. IQ to jedyna rzecz, którą będąc na skraju atletycznego prime mogę się szczerze pochwalić.

Szczepański: Za trzy ze szczytu. Nie to, że stamtąd jakoś świetnie trafiam, ale to był zawsze rzut, który najczęściej trenowałem grając na podwórku, bo na skrzydłach było ograniczone miejsce, a żeby pchać się pod kosz brakowało mi siły i wzrostu.

Staszewski: Z lewego bloku obrót przez prawe ramię do środka, pierwszy krok prawą nogą w obrońcę, jak wpuści to dwutakt, jak nie wpuści to odejście na lewą nogę i rzut z tego odejścia o deskę. Fade away o deskę przez prawe ramię to zawsze był mój go-to move, po przedostatniej kontuzji kolana znalazłem właśnie tę jego wersję, którą tylko jeden znajomy rywal umiał obronić. Paradoksalnie, jeśli nie ten konkretny ruch, a konkretne miejsce to high post z prawego bloku, bo umiałem stamtąd pójść w tego fade-awaya, w siłowe bang bang i up and under do końcowej, w bang bang i prawy półhak po obrocie do środka, oraz w faceup i atak po dwutakcie do środka. Cóż, teraz myślę, że umiałem, kiedy jeszcze grałem to koledzy mogli mieć inne zdanie.

60

KOMENTARZE

  1. Już drugi raz w ostatnich dniach (wcześniej w Przerwie na Żądanie Extra) pojawia się kwestia Olajuwona, meczów Rockets vs Bulls 1991-1993 i ten mityczny bilans 5-1. Popatrzmy nieco głebiej.

    Po 1 nie wiedzieć czemu ludzie redukują ich rywalizację do 3 sezonów 1991-1993, żeby pokazać niekorzystny bilans Jordana. On jest oczywiście prawdziwy, ale już w latach 1996-1998 był to bilans 5-1. W sezonach 1991-1993 nie spotkali się w playoffach tylko i wyłącznie z powodu indolencji Houston na Zachodzie (byli po prostu słabi w tych latach, odpadali w 1 rundzie po sweepie).

    Po 2 żeby wierzyć, że Jordan na pewno przegrałby finały z Houston trzeba na początek przyjąć jedno założenie: Jordan wcale nie wznosił się na wyżyny, gdy sytuacja tego wymagała. Wcale nie grał lepiej w PO niż RS. Wcale nie byłby w 1994 roku w swoim primie primu.

    Po 3 Chicago rywalizowało z dominującym centrem, sezon w sezon. A zwał się on Patrick Ewing. 1 do 1 był oczywiście gorszym graczem od Hakeema, ale był dominującym C ligi. Był fantastyczny i też trzeba było mieć na niego odpowiedź. W sezonie 92/93 Bulls mieli bilans 1-3 z Knicks, żeby potem ograć ich w playoffach. I robić to co roku. W sezonach 97-98 Bulls mieli bilans z Jazz… 1-3. I nie mówimy o kilku sezonach przed tym jak mieliby się spotkać. Mówimy dokładnie o sezonach, w których na końcu spotykali się w finałach i wiemy jak to się kończyło.
    I co wynika z tych bilansów w RS? Nic.

    Po 4 można też sobie przypomnieć co się stało z Orlando Shaqa O’Neala (najbardziej dominującego C ostatnich 40 lat) w 1996 roku. Sweep.

    Po 5 przejdźmy do tej dominacji Olajuwona w meczach z Bulls i braku odpowiedzi na niego. Spójrzmy na cyferki (bo nic innego nie mamy, ludzie nie rzucą się do oglądania tych meczów) Olajuwona w tych 6 meczach zakończonych bilansem 1-5:
    – 13 punktów na skuteczności 29%
    – 20 przy 75%
    – 24 przy 57%
    – 17 przy 38%
    – 18 przy 37%
    – 28 przy 63%

    Średnio 3,2 straty na mecz. Tak wygląda dominacja i gracz, na którego nie ma się odpowiedzi?

    Fakt, że Jordan wyjątkowo cenił i ceni Olajuwona i do dziś chodzą “raporty”(właściwie raport dziennikarza klubowego Houston, który po jednym z takich meczów w 1992 rzekomo słyszał jak MJ mówi to w szatni),że obawiał się konfrontacji z Olajuwonem, ale to po prostu fajna historia do opowiadania po latach, celem różnych dywagacji, nic więcej.

    Lubię to: 41
    • Teamy Phila Jacksona miały kłopot z dobrze granym inside-outside, plus gdy do tego ktoś miał warunki fizyczne, żeby w obronie przeciwstawić je fizyczności i ciasnocie triangle-offense. Tam już powoli koszykówka bardziej oparta o spacing zaczynała wyprzedzać Jacksona; to wydarza się w serii Orlando (Shaq -> Scott, N.Anderson) vs. Chicago 1995; jest też tego trochę w seriach Lakers-Spurs, o których wyżej pisałem i które teraz właśnie oglądam.

      Lubię to: 6
      • Chcesz porównywać sezon 1995 , kiedy Toni Kukoc grał w S5 na 4?

        Zgodzę się z wywodami @Kuby .

        Mocno naciągane jest stawianie na Rakiety w meczach z Bulls. Rockets mieliby mocne problemy przy kryciu Pippena oraz z powstrzymywaniem kontr Byków. Gracze pokroju Smitha czy Cassella mogliby się pogubić w całej rywalizacji. Sam Kenny Smith był graczem jednego meczu w 1995 r. Starszy Drexler w rywalizacji z Jordanem ?
        Ponadto Rakiety miały słabą ławkę *Charles Jones to najlepszy tego przykład po odejsciu Thorpe’a. Tutaj też widzę plus na korzyść Byków.

        Tomjanovich nie był najlepszym strategiem jeśli chodzi o defensywę. Warto też powiedzieć, że sukcesy Rockets przypadają na prime Olajuwona i na historycznie słaby mecz Johna Starksa *gdyby nie uparty Riley historia mogłaby przemawiać dla Knicks.

        Lubię to: 8
        • Peak rakiet zbiegł się z nieobecnością Jordana, więc ta narracja jest rzeczywiście shitowa. Nie grał, bo psychicznie nie był w stanie grać. Jordan z pierwszego three-peat’u na tamtą chwilę już nie istniał, a ten dojrzalszy Jordan potrzebował jeszcze kilku lat, aby się pojawić.

          Lubię to: 1
          • Myślę, że innym argumentem przemawiającym za tym, że Bulls nie zdobyliby tych 8 tytułów, jest po prostu fakt bardzo prawdopodobnego wypalenia materiału (lub bardzo podobnych czynników, nazwanych kiedyś potocznie przez Rileya “disease of more”, coś co prędzej lub później przytrafialo się w mistrzowskich zespołach).

            Gdyby Jordan nie zawiesił kariery, myślę że Pippen w końcu opuściłby Bulls w pogoni za hajsem i przede wszystkim możliwością bycia samcem alfa.

            Btw, Olajuwon z prime to była bestia jakich mało, w dodatku z instynktem killera / terrorysty, co właśnie znacząco wyróżniało go na tle Ewinga czy Robinsona. Bulls kwiczeliby w takim matchupie.

            To byłaby świetna seria i nie skreślałbym Rockets:)

            Lubię to: 10
          • @behemot, kilka lat ? Półtora roku…
            @Kolanowski
            Zapytam raz jeszcze , jak Rockets kryliby Jordana i Pippena mając na tych pozycjach Drexlera i Elliego *Nie ma już Maxwella.
            Shaq zdobywał przeciwko Bulls po 30 pkt a i tak Magic byli bezsilni rok później.

            Lubię to: 5
          • @Piotr Kolanowski
            Tak, zmęczenie materiału to jest prawdopodobny scenariusz, ale to już zupełnie inny argument niż sam niewygodny matchup.

            Co do Olajuwona, który w prime był bestią z instynktem killera to oczywiście prawda, wyjątkowy gracz, ale warto też pamiętać, że Rockets nagle nie stali się wybitną drużyną, podczas tej przerwy Jordana. Bo mam wrażenie, że z powodu wygranych mistrzostw i sweepu z Orlando tak większość to postrzega.

            Otóż w drugim sezonie, jako obrońcy tytułu, grali słabo, dopiero przyjście Drexlera w połowie sezonu coś zmieniło, ale nadal wylądowali na 6 miejscu w swojej konferencji. Playoffów też nie przeszli jak burza:
            1 runda 3-2 z Jazz
            2 runda 4-3 z Suns (przegrywając 1-3!). G7 wygrany 1 punktem
            finały konferencji 4-2 ze Spurs.

            Zresztą rok wcześniej w finałach też przegrywali z Knicks 2-3, a Starks miał rzut ma mistrzostwo w meczu numer 6!

            Także wciąż nie wiem skąd ta pewność, że Jordan w swoim absolutnym prime nie znalazłby na nich sposobu. Historia zdecydowanie przemawia za Jordanem.

            Lubię to: 10
        • @Woy9 – jakie półtora? 3,5. Jeśli pomijasz lata przerwy to przyjmujesz inne założenia niż w moim poście. Mnie chodziło o cały proces, czyli najpierw czas potrzebny żeby w ogóle podjąć decyzję o powrocie (2 lata baseballa, golfa i jak tam jeszcze się w tym czasie relaksował).

          Lubię to: 0
          • @Woy9

            Ja akurat nie byłbym pewien czy Pippen w ogóle dotrwalby w Bulls do połowy dekady, gdyby dalej miał być jedynie “Robinem” w tym składzie. Ale jeśli nawet założyć, że dotrwalby, to uważam że mógłby nie mieć wcale łatwego życia w ataku przeciwko Horry’emu (był wyższy i nie ustępował atletyzmem). To mógłby być wręcz najtrudniejszy matchup dla Pipa we wszystkich finałach, w których grał.

            MJ? Ok, on akurat był bezdyskusyjnym nr 1 na swojej pozycji. Drexler i Elie mogliby mu najwyżej utrudniać życie. Ale czemu miałbym nie uwzględnić Maxwella, który był przecież w składzie nawet jeszcze w playoffs ’95? :) Opuścił zespół dopiero po serii z Utah Jazz. Pakiet Drexler /Elie / Maxwell to i tak dużo lepsza opcja niż chociażby Jeff Hornacek i Bryon Russell.

            Reszta kadry na papierze też nie wygląda wcale jakoś na korzyść Bulls. Armstrong vs. Kenny / Cassell? Ciężko orzec. Kukoć vs. Thorpe? Pod koszem zamiecione.

            Ale moim głównym argumentem i tak pozostaje fakt, że ciężko komukolwiek i w jakimkolwiek sporcie zespolowym utrzymać się na szczycie przez 8 kolejnych lat.

            Celtics z lat 60. to inna historia i zupełnie inne czasy. Liga była o 2/3 mniejsza, z czego realne zagrożenie dla Bostonu sprawiały właściwie tylko 2 zespoły (Lakers i Philly z Wiltem, nie licząc też jednorazowego sukcesu Hawks z ’58). Nie widzę powodu, dla którego Bulls mieliby zrobić jakiś wyjątek w zupełnie innych realiach w 90’s.

            Lubię to: 3
    • Cała ta dywagacja zaczyna i kończy się na GAME1 drugiej rundy playoffs z Magic w 1995 roku, którą przegrali 4-2. Jordan, który nigdy nie spudłował rzutu i zawsze był clutch przy +1 i piłce w rękach na 18 sekund do końca notuje stratę w koźle i Magic w kontrze notują łatwe punkty. Na szczęście jest tylko -1 i 6 sekund, więc Michael weźmie piłkę i zakończy marzenia dzielnych florydzianinów swoim firmowym rzutem. Sprytnie dostaje się na 6 metr przed koszem, wychodzi w powietrze i … podaje za mocno do Pippena, piłka wychodzi na aut, kurtyna. Ciężko by mu było wygrać 8 z 8, gdy nie wygrał 7 z 8, mając taką możliwość. Choke na choke’u przez większość kariery – 9 z 15 sezonów poza Finałami NBA, 60% razy nie dochodził do Finałów, śmiech na sali.

      Lubię to: 6
  2. @Kolanowski
    Stary jak Ty chcesz grać Thorpem na Kukoca jak on był już w Portland?
    Btw. Kukoc Horry w parze
    Horry bronił Pippena w meczach w ’96 i oba przegrał. Rockets wychodzili wtedy Recasner Drexler Horry Ch.Brown Olajuwon i wyglądało to słabo.
    Maxwell nie grał w finale więc go nie ma w moim założeniu.
    W końcu Russell najlepiej bronił Jordana w ostatnich latach MJa w Bulls.
    Dodatkowo Bulls w ’95 mieli już Harpera.

    Lubię to: 2
    • To zależy który dokładnie rok bierzesz pod uwagę, bo tego jakoś nie określiliśmy. W 1994 Thorpe wciąż grał w Houston (Drexler był jeszcze w Blazers, więc tym bardziej trzeba by uwzględnić Maxwella w tych czysto fantazyjnych rozważaniach) i zdobył z nimi miszcza.

      Nie wiem o co chodzi z Horry vs. Pippen w ’96. Gadamy o meczach z RS? Fakt – zapomniałem wspomnieć o Harperze.

      Ale odstawiając to na bok – nadal uważam, że Bulls nie przetrwaliby na szczycie 8 lat i po drodze by się rozpadli. Nie zapominajmy, że napięte stosunki na linii zespół (przede wszystkim niezadowolony z kontraktu Pippen) i kierownictwo klubu nie pojawiły się znikąd pod koniec drugiej trylogii.

      Btw, najlepszym obrońcą przeciwko MJ w drugim 3-peat byłby raczej Gary Payton. Karl dał jednak mocarnie ciała, że oddelegowal GP do bronienia Jordana bodajże dopiero od game 4 w ’96. Ale. To już temat na zupełnie inna dyskusję. :-)

      Lubię to: 4
      • Tak. RS w ’96.

        Nie twierdzę, że zdobyliby 8 (postawię max 5 z rzędu, max). Jednak naprawdę nie widzę Rockets z nimi w rywalizacji finałowej. Sama obecność Jordana deprymowała rywali lub wytwarzała presję na vis a vie. Drexler radził sobie z Andersonem ale starszy Jordan był wyraźnie lepszy od Clyde’a.

        W ’94 Rockets mogliby bardziej dominować pod koszem, ale Bulls mieli jeszcze Granta.

        Maciej zaznaczył, że Rockets świetnie grali obwodem ,ale w tamtych czasach Bulls mieli bardzo dobrych strzelców dystansowych, jak Tucker Paxson i zaraz Kerr więc mogliby odpowiadać Rockets. Bulls w finałach ’93 trafiali rekordowe liczby trójek jak na finały. Dalej w ’96 i ’97 ta broń rosła.

        Lubię to: 3