Flesz: Top-5 ataków NBA w sezonie 2018/19

6
fot. newspix.pl
fot. newspix.pl

Oczywiście z wielkim podnieceniem i przerażeniem czekamy, żeby dowiedzieć się czy zbliżający się sezon regularny przyniesie nam kontynuację izolacyjnego stylu gry, który mnie na przykład już w meczu nr 2 przedwczesnych Finałów Golden State – Houston skłonił do przewijania posiadań o 10 sekund w przód. Konsekwentne stawianie zasłon miało znaleźć ten właściwy dla Jamesa Hardena czy Stephena Curry’ego switch, czyli najlepszy matchup, który mogliby ogarnąć jeden na jeden. Przewijałem, wiedząc do czego to zmierza.

Nie wybiegajmy jednak do przodu i póki co wstrzymajmy się z ferowaniem, że NBA cofnie się o 20 lat i “Beautiful Game” zamieni się w Jamala Mashburna tyłem na skrzydle dupą z Damona Stoudemire’a twarzą na niej i – co gorsza – trójki z 8 metrów z obrońcą na twarzy.

Po pierwsze, nawet jeśli postępująca unifikacja wagowo-wzrostowa graczy sugeruje, że NBA faktycznie zmieniać może się w ligę, na którą Carmelo Anthony urodził się 10-20 lat za wcześnie (i 10-20 lat za późno), nie możemy być pewni, czy faktycznie tak będzie. Po drugie, po trzecie i po czwarte, nie był to przypadek, że akurat w grę jeden na jeden zamieniła się seria Warriors z Rockets. Tak mobilni centrzy jak Draymond Green czy Clint Capela, a do tego fałszywe czwórki jak Kevin Durant czy P.J. Tucker, to nadal w NBA duża rzadkość. Wystarczy bowiem znaleźć jednego jelenia, jedną czwórkę czy centra, która nie nadaje się do zmian krycia, żeby dzisiejsza koszykówka nadal była pick-and-roll koszykówką z ostatnich dziesięciu lat.

Przejdźmy się przez każdy z 30 zespołów i może za wyjątkiem dwóch czy trzech drużyn w pierwszej piątce każdej znajdziemy przynajmniej jednego wysokiego, którego nie chcemy switchować na kozłującym i zamiast tego wolimy bronić pick-and-roll, tak jak broniliśmy dotychczas. Taki na przykład DeMarcus Cousins w sezonie 2017/18 zmienił krycie na zaledwie 46 zasłonach pick-and-roll.

Poniżej mój ranking przewidywanych pięciu najlepszych ataków w sezonie 2018/19, oczywiście według efektywności ofensywnej (punkty zdobyte na ilość posiadań). W nawiasie miejsce z poprzedniego sezonu.

1. Golden State Warriors (1)

Warriors nie stracili nikogo z personelu decydującego o tym, że już od 3 sezonów mają najlepszy atak w NBA. W sezonie 2017/18 byli o 0,9 punktów na 100 posiadań gorsi niż sezon wcześniej, z uwagi na mniejszy niż się spodziewali wkład z ławki Nicka Younga i Patricka McCawa. Jak bardzo bym jednak nie krytykował podpisania przez Dubs Cousinsa, dodali jednego z czterech najlepszych ofensywnie centrów ligi i zostali pierwszym od 1976 roku zespołem, a szóstym w historii, który ma w składzie 5 All-Starów z poprzedniego sezonu (dawno temu w lidze grało znacznie mniej zespołów, więc o pięciu All-Starów było łatwiej niż teraz).

Boogie, kiedy już wróci do gry, nawet w wersji po kontuzji Achillesa powinien być zwłaszcza w rotacji rezerwowych nadwyżką nad Davidem Westem, nie tylko jako podający z wysokiego post na skrzydle, co Warriors lubią grać (Warriors byli nr 3 w post-up touches i nr 1 w ilości podań z post-up, które prowadziły do rzutów), ale jako 1-na-1 gracz, kiedy posiadanie umrze po wielokrotnych switchach. Myślę, że znajdzie się więcej zespołów, które spróbują powtórzyć to co tak agresywnie robili w maju Rockets. Choć z drugiej strony z trzema z sześciu drużyn, które przede wszystkim mam na myśli – czyli Celtics, Bucks, 76ers – i które już sprawiają Warriors problemy, zagrają w sezonie regularnym tylko dwa razy. Te trzy z  Zachodu, to oczywiście Houston, ale teraz też Thunder bez Melo i także Lakers, którzy w ustawieniach z Jamesem na centrze mogą wystawić na Warriors coś w rodzaju gabinetu cieni.

Cała ta próba powstrzymania zmianami krycia siły płynącej z karuzeli zasłon bez piłki, splitów i ścięć, która stawia Warriors w innej kategorii niż pick-and-roll koszykówka (Warriors i 76ers mieli w poprzednim sezonie zdecydowanie najmniej posiadań punktowych pick-and-roll w NBA), to jednak TYLKO połowa problemu. Rozwiązaniem Warriors na tę połowę, na zmiany krycia, jest jeden na jeden gra Kevina Duranta, czyli 75 punktów, które w ten sposób rzucił w G1 i G2 z Houston, czy szybkie nadgarstki w prześwitach z 8-9 metrów Stephena Curry’ego i Klay’a Thompsona albo markowanie wyjść na obwód i ścięcia obu w tył, do obręczy. Niewiele już Warriors potrafi zaskoczyć.

Druga połowa problemu rywali Warriors to powrót do obrony i zatrzymanie składu, który zdobywał aż 1,18 punktu na posiadanie po żywej stracie rywala (strata, po której piłka została w grze) i był też wyraźnym nr 1 w ilości rzutów za trzy oddanych w pierwszych 7 sekundach posiadania. I co najważniejsze, trafił aż 43% tych 654 trójek.

Tak więc raz jeszcze NBA, powodzenia.

2. Houston Rockets (2)

Sezon po sezonie Rockets śrubują nowy rekord ilości prób za trzy. W poprzednim sezonie były to aż 42,3 trójki  w meczu, w dodatku ci potomkowie Rio Grande Valley Vipers oddali ich aż o 546 więcej niż drudzy Nets. Nawet kiedy Rockets byli w trakcie przegrywania przez swoją nagłą nieskuteczność meczu nr 7 finałów Zachodu (trafili 1/30 w 31 ostatnich minutach tego meczu), nie przestali ciepać.

To co jeszcze pięć lat temu wyglądało na szaleństwo, wcale na nie już nie wygląda.

Rzuty za trzy wydają się bardzo naturalnym następstwem, gdy obserwujemy jak ogromnym kłopotem rywali Rockets jest próba poradzenia sobie ze ściągającą dodatkowych obrońców grą pick-and-roll Harden/Capela i Paul/Capela, a po ewentualnych switchach z grą 1-na-1 jednego z najlepszych backcourtów w historii gry. Rockets wygrali w sezonie regularnym 42 z 45 meczów, kiedy ta trójka wychodziła razem na boisko. Hulali jako zespół zwłaszcza, gdy Paul i Harden potrafili pozbyć się piłki szybko – nie tylko obsłużyć Capelę, ale odegrać do boku, skąd wingman mógł rzucić lub wjechać i znów odrzucić.

Zrób sobie trzy minuty przerwy od offseasonowej teorii i natychmiast włącz poniższy klip z oficjalnej strony NBA. Wystarczy Ci nawet 60-90 sekund, żeby przypomnieć sobie jak łatwa jest koszykówka dla Houston (i przypomnieć sobie NBA). Zaufaj mi:

Podobnie jak Warriors, Rockets królowali w transition, gdzie zdobywali 1.29 punktów na posiadanie (nr 1). Podobnie też jak w Warriors, nie były to klasyczne kontry do obręczy, które sami graliśmy czy jeszcze gramy (mam nadzieję), ale bieganie, czasem nawet truchtanie do linii za trzy.

Ale jednym z nieporozumień jest wyobrażenie ludzi o tym, że Rockets grają szybko.

Po pierwsze, Rockets mieli dopiero 14. tempo gry. Tempo poniżej 100 posiadań na mecz, czyli trzy posiadania mniej, niż zanim dołączył do nich Paul.

Po drugie, żaden zespół w NBA nie przebiegł mniejszej ilości metrów, niż Houston (w zasadzie, to żaden nie był nawet blisko). Żaden. Oczywiście od razu myślisz “Harden” i jego usypiające i rozbierające instynkty obrońców, własne tempo. Nie można jednak z drugiej strony powiedzieć, że Rockets grali wolno. Trudno też powiedzieć: Rockets grali w przeciętnym tempie. Nie ma w stylu gry Rockets NIC przeciętnego i typowego. Nie można Houston sprowadzać do średniej NBA – Rockets grają 2023 rok w 2018 roku. Rockets grali i grać będą “fake-szybko”, selektywnie szybko, na co wskazuje ich wspomniana wyżej doskonała efektywność w tych kontrach. Nawet jeśli przechodzą do kontr szybko, to robią to jednym kevinolove’owym outlet-podaniem. To nie wygląda szybko, po prostu trwa krótko.

Choć w osobach Ryana Andersona i Trevora Arizy stracili dwóch głównych ludzi, którzy uczyli resztę czym jest w Houston “zielone światło” do rzutów za trzy (…był też Corey Brewer i jego 4% skuteczności), Rockets mają nadal w składzie nie mniej, jeśli nie bardziej ochoczo dziabiącego z dystansu Erica Gordona i dodanego dopiero na początku tego roku absolutnego króla zielonego światła, pasującego doskonale do Rockets Geralda Greena. Szybki trigger, czym irytował kibiców Pistons i Bucks, ma też w swojej naturze dopiero co pozyskany z Phoenix Brandon Knight, a James Ennis III …szybko powinien się dopasować do grupy.

Fakt, że to powinien być sezon, w którym Rockets nie pobiją nowego rekordu NBA w ilości oddanych rzutów za trzy, ich efektywność ofensywna może nawet minimalnie zlecieć przez to w dół, ale zostają na drugim miejscu, bo nie widzę kto miałby ich wyprzedzić.

3. Boston Celtics (18)

__________________________________

Chcesz czytać dalej?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, zapraszamy do naszej sekcji z darmowymi artykułami, gdzie będziesz mógł przekonać się, że naprawdę warto.

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni49 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni159 zł

38

KOMENTARZE

    • Cytując tekst, którego tyczy się powyższy komentarz “W poprzednim sezonie Ingram trafiał 39% za trzy, Kuzma 37%, Kentavious Caldwell-Pope 38%, Josh Hart 40% (Michailuk 44%) i nawet Lonzo Ball od 7 grudnia do końca sezonu trafiał 37% trójek catch-and-shoot.”
      Wydaje mi się, że Ingram, KCP czy nawet Lonzo mają szansę na S5. Do tego LBJ w zeszłym roku przy 5 próbach miał 37%. Nie do końca rozumiem argument powyżej.

      Lubię to: 9
  1. Lakers w top 5? Auć!

    Żeby tak się stało potrzebują jeszcze Jimmera Fredette i Nicka “Fury” Younga.
    Perfect mentality fit. Magic juz dzwoni. Oby tylko byli w zasięgu.

    Lubię to: 6