Kolanowski: Sezon(y) polowań na niedźwiedzie (II)

3
vancouversun.com
vancouversun.com

Późną jesienią 1995 r. rozpoczął się jubileuszowy 50. sezon NBA. Był wyjątkowy z wielu powodów. Fani Chicago Bulls zapamiętają go jako początek nowej mistrzowskiej trylogii z rekordowymi wówczas 72 wygranymi w tle. Z kolei sama liga uczciła swoje święto poprzez dodanie dwóch nowych drużyn do swojego grona. Niestety jedna z nich nie zagrzała zbyt długo miejsca w swojej oryginalnej siedzibie.

Więcej o okolicznościach powstania klubów NBA w Kanadzie możesz przeczytać w pierwszej części tekstu.

Po nowych drużynach w lidze nigdy nikt nie spodziewa się zbyt wiele. Trzeba zapłacić frycowe i wygranie choćby kilkudziesięciu meczów graniczy z cudem. Charlotte Bobcats wygrali tylko 18 razy w 2005 r. Z kolei Toronto Raptors w swoim pierwszym sezonie mieli 21 zwycięstw. To był całkiem niezły wynik. Drugi zespół z Kanady nie miał nawet tyle szczęścia. W Vancouver z trudem uzbierali 15 wygranych na inaugurację, a w kolejnym roku zaliczyli ich jeszcze mniej. 29 meczów zakończonych na swoją korzyść ze 164 rozegranych to zakrawa na kpinę. Grizzlies długo byli ligowym pośmiewiskiem i zdołali pozbyć się tej niechlubnej reputacji dopiero po przeprowadzce do Memphis.

Przyjrzyjmy się bliżej, co poszło nie tak w Vancouver.

Na samym początku jak zwykle nie brakowało entuzjazmu. Ci którzy nie mieli nic przeciwko przeprowadzce do Kanady (nie było wcale łatwo takich znaleźć) próbowali dostrzegać plusy z całej sytuacji. Nowy klub to dla graczy często okazja do pokazania się. Weterani dostają więcej czasu gry niż w poprzednich zespołach, zaliczają lepsze statystyki, a co za tym idzie, być może naciągną w przyszłości jakiegoś innego generalnego menadżera na lukratywny kontrakt w lepszym zespole. Przypomnijmy sobie Primoža Brezeca, który po przejściu z Indiany do Charlotte Bobcats zwiększył swoją liczbą minut gry aż ośmiokrotnie i nagle zaczął wyglądać prawie jak gracz formatu All-Star.

W Vancouver nie było inaczej. Wielu zawodników, również sam klub, traktowało ten okres jako przejściowy. W pierwszym sezonie przez skład Grizzlies przewinęło się w końcu aż 18 nazwisk. Dla niektórych była to pierwsza okazja do pokazania się w NBA. Kto dziś jeszcze pamięta Cuonzo Martina czy Richa Manninga?

Grizzlies rozpoczęli jednak swoją przygodę z kopyta. Najpierw na wyjeździe pokonali Portland Trail Blazers po wielkim meczu Benoit Benjamina (29 punktów, 13 zbiórek i 3 bloki), który na tle Chrisa Dudleya i stawiającego pierwsze kroki w NBA Arvydasa Sabonisa wyglądał jak niedźwiedź ze wścieklizną. Dwa dni później zadebiutowali z kolei przed własną publicznością i od razu dostarczyli kibicom nie lada emocji, pokonujący w dramatycznej końcówce Minnesotę. Punkty na wagę zwycięstwa w dogrywce zdobył Chris King, który dobił niecelny rzut Byrona Scotta.

Widownia w pachnącej nowością General Motors Place oszalała. Grizzlies mieli bilans 2-0. Może jednak NBA nie miała być tak niegościnna dla nowych drużyn jak przypuszczano…

__________________________________

Chcesz czytać dalej?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, zapraszamy do naszej sekcji z darmowymi artykułami, gdzie będziesz mógł przekonać się, że naprawdę warto.

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni49 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni159 zł

35

KOMENTARZE

  1. Z tymi statystykami to niezłe jaja, zawsze myślałem, że w NBA nie przejdą kanty z nabijaniem komuś sztucznych statystyk, a tu proszę, to się nazywa podwójna księgowość, jedna zbiórka, czy asysta w rzeczywistości a w box scors wpisujemy dwie, trzy. Ciekawe, czy dzisiaj też są jakieś kluby, gdzie sztucznie nabija się osiągnięcia indywidualne graczy. Szkoda, że losy Vancouver tak się potoczyły. Nie wiem, czy to tęsknota za młodzieńczymi latami, czy suma wypitych piw, ale słucham sobie Antyradia, czytam artykuł i szkoda mi, że w lidze nie ma takich ekip jak Vancouver, czy Seattle.

    Lubię to: 3