Kolanowski: Fabryka Gwiazd w Oakland (III)

2
photoshelter.com
photoshelter.com

Po dłuższej (zbyt długiej) przerwie wracamy do burzliwych dziejów Golden State Warriors. Tym razem skupiamy się na ich bolesnym wejściu w XXI wiek i kolejnych nieudolnych próbach zbudowania markowego zespołu w Bay Area.

Poprzednie części tekstu znajdziesz w poniższych linkach:

Część pierwsza

Część druga

Podobno dla każdego faworyta do mistrzostwa istnieje tylko krótki okres, nazywany potocznie “okienkiem”, w którym jest w stanie zrealizować swoje mistrzowskie ambicje. Jeśli tak jest, to Golden State Warriors z lat dziewięćdziesiątych wręcz koncertowo zawalili swój potencjał.

OK, prawdopodobnie nie uporaliby się nigdy z Houston Rockets z będącym u szczytu możliwości Olajuwonem (chociaż nigdy nie wiadomo), a już raczej na pewno nie zdetronizowaliby Chicago Bulls w czasach ich drugiej trylogii, ale jednak oczekiwania były dużo większe.

Przypomnijmy – po wesołym graniu z Run TMC zdecydowano się rozbić efektowny tercet, oddając (czyt. zsyłając na koszykarską banicję) Mitcha Richmonda do Sacramento za Billy’ego Owensa. Decyzja trudna, ale jak mówią, tylko takie podejmuje się w trudnych sytuacjach, kiedy chce się wykonać ten kolejny krok do przodu.

Jednocześnie Richmond otrzymał od losu szansę stania się samcem alfa w innym klubie. Być może warto było jednak przemęczyć się w Kings, a później w cieniujących Wizards. Ostatecznie – w przeciwieństwie do Mully’ego i Timmy’ego – Mitch “The Rock” (przyznaj, że też kochasz ksywy z lat 90. – tak barwne i kreatywne w porównaniu do tych fonetycznych potworów z inicjałami i liczbami z jakimi mamy do czynienia obecnie) zakończył karierę jako mistrz NBA z Lakers w 2002 r. Nikt dziś nie pamięta, że był głębokim rezerwowym w rotacji Phila Jacksona. Pierścień to pierścień. Mullin też miał szansę trafić do L.A. jeszcze w 1997 r., ale nigdy do tego nie doszło. Musiał zadowolić się Indianą i marginalną rolą w finałach w 2000 r., w których Pacers przegrali z… Lakers.

Również Tim Hardaway nie miał okazji pić mistrzowskiego szampana. Było blisko z Miami Heat, ale zabrakło szczęścia. Wszystko przez tych Bulls… Na pocieszenie po przenosinach na Florydę odbudował swoją karierę, zastopowaną w pewnym momencie poważnymi kontuzjami oraz zamierzchłymi konfliktami w Oakland. Sezon 1996/97 był świetny w jego wykonaniu (All-NBA 1st Team). Aż trudno uwierzyć, że ledwie rok wcześniej Pat Riley podczas bardzo bogatego w znanych wolnych agentów lata był gotów zrezygnować z Hardawaya na rzecz Gary’ego Paytona, a nawet… Chrisa Childsa.

Szereg wydarzeń sprawił, że bardzo ciekawy skład Warriors sprzed dwóch dekad zaliczył falstart w swojej pogoni za mistrzowskimi marzeniami. Gwoździem do trumny był oczywiście konflikt Chrisa Webbera z Donem Nelsonem – głównym architektem marzeń o stworzeniu nowej potęgi NBA w Oakland.

Ale niepowodzenie Warriors w transformacji w zespół na miarę walki o tytuł to coś więcej niż kontuzje i konflikty. Zawiniło tu też samo zarządzanie klubem. Aż trudno uwierzyć, że przez całe lata dziewięćdziesiąte Warriors zdołali awansować do playoffs zaledwie 3 razy, choć w ich składzie nie brakowało przecież graczy o znanych nazwiskach. Nie chodzi tylko o Mullina, Hardawaya czy Webbera. Talentu było znacznie więcej. Naprawdę sporo ciekawych postaci przywdziewało trykot Warriors.

Zdecydowana większość z nich trafiała jednak do Oakland albo zbyt późno, albo po prostu wpadali przelotem. Przykłady to choćby Jerome Kersey, Kevin Willis czy Rony Seikaly. Część rozwijała z kolei skrzydła dopiero po odejściu z Warriors, jak Tyrone Hill, Tom Gugliotta czy Chris Gatling.

Niezależnie od tego w jakich okolicznościach do Oakland trafiali gracze mający pomóc w odnoszeniu sukcesów, wszystkich łączyło jedno – fatalne wspomnienia. Atmosfera w klubie mniej więcej od połowy dekady była bardzo zła. To zupełne przeciwieństwo tego, co obserwujemy dzisiaj. DeMarcus Cousins raczej nigdy nie podpisałby kontraktu z Warriors z tamtych czasów.

Idealnym podsumowaniem ówczesnego klimatu w Bay Area niech będzie wypowiedź Rony’ego Seikaly’ego dla magazynu “Sports Illustrated” z lutego 1997 r. Swoją rolę w Warriors opisywał następująco:

__________________________________

Chcesz czytać dalej?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, zapraszamy do naszej sekcji z darmowymi artykułami, gdzie będziesz mógł przekonać się, że naprawdę warto.

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni49 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni159 zł

38

KOMENTARZE

    • Same here :) ale taka prośba logistyczna, jak można to publikujcie w niedzielę, nawet z obsuwą. Tak żeby w leniwe popołudnie można było wrócić się do przeszłości.

      Lubię to: 3