Szósty Gracz zapowiada Finały NBA 2018: Golden State Warriors vs. Cleveland Cavaliers

15
fot. Leah Klafczynski / Newspix.pl
fot. Leah Klafczynski / Newspix.pl

Wszystko to, po to, żeby czwarty rok z rzędu obejrzeć w Finałach pojedynek Golden State Warriors i Cleveland Cavaliers?

Siła „złego” na jednego. Czterech All-Starów Warriors kontra najlepszy gracz w NBA. Pierwszy mecz już w nocy z czwartku na piątek o godz. 3.


Adam Szczepański: Zacznijmy od tego, że czwarta odsłona takiego samego Finału to historyczne wydarzenie. Coś wyjątkowego, co nigdy wcześniej się nie miało miejsca w NBA, a przecież było mnóstw wielkich finałowych rywalizacji. I to mogłaby być naprawdę wielka, ekscytująca historia, która wcale nie musiałaby się nudzić, gdyby nie fakt, że tegoroczna seria zapowiada się na bardzo jednostronną i krótką. W końcu, w zeszłym roku było tylko pięć meczów, mimo że Cavaliers byli wtedy bardzo silni, a teraz to najsłabsza drużyna, jaką LeBron James dociągnął do Finałów. Dlatego wynik wydaje się tak przewidywalny….

Ale czy tak do przewidzenia jak to, że znowu czeka nas kolejna powtórka Finału? Bo mimo że finisz jest taki sam, jeszcze przed chwilą nie było to wcale tak oczywiste. Przecież o możliwej porażce LeBrona dużo mówiło się już przed drugą rundą (wiem – o tym lepiej zapomnieć), a Celtics byli o krok od zakończenia jego wieloletniej dominacji na Wschodzie.

Warriors także wreszcie zostali zmuszeni do walki. Odkąd mają Kevina Duranta przegrali tylko trzy mecze w playoffach do czasu Finałów Zachodu 2018, a potem trzy z kolejnych pięciu przeciwko Rockets. Znaleźli się pod ścianą i przy stanie 2-3 przetrwali. Wygrali ten pojedynek dwóch najlepszych drużyn obecnego sezonu. To były tegoroczne Real NBA Finals. Nie brakowało w nich emocji, obejrzeliśmy siedem meczów i nie widzę powodów, żebym miał się obrażać na NBA za to, że znowu w czerwcu mamy Warriors i Cavs.

Na pewno nie teraz. Nie po finałach konferencji, w których po raz pierwszy od dawna obie te drużyny musiały się mocno napocić, żeby wywalczyć sobie awans. Dzięki temu finisz nie był wcale tak przewidywalny. Obie drużyny przeszły dużo trudniejszą drogę niż w poprzednim roku, żeby się tu znaleźć i nie tracę nadziei, że podobnie będzie w Finałach i że sporo się wydarzy, zanim dotrzemy do tego oczekiwanego wyniku.

Tak to już jest, że każdy dobry serial musi mieć kolejne sezony. Przeważnie jednak im bardziej się wydłuża, z biegiem czasu tracimy zainteresowanie i zaczynamy szukać czegoś nowego. Teraz czekaliśmy na nową osłonę Finałów, a dostaliśmy czwartą część tego samego serialu. Ten zeszłoroczny był za krótki, ale gra stała na niezwykle wysokim poziomie i mimo wszystko czekam z ciekawością na to, co wydarzy się teraz.

Czwarta odsłona to nawiązanie do samego początku rywalizacji, czyli do Finałów 2015 roku, kiedy LeBron razem z Matthew Dellavedovą i Timofiejem Mozgowem zmusili Warriors do sześciu meczów. Teraz poprzeczka poszła w górę, bo Król jest jeszcze bardziej osamotniony, a jego rywale to sprawdzeni mistrzowie z Kevinem Durantem w składzie. To wydaje się szalone. Skoro James był w stanie doprowadzić tych Cavs aż tutaj, to co jeszcze może zrobić, żeby pociągnąć ich w tej decydującej walce o tytuł?

Nie byłem gotowy na Finały bez Jamesa. Oglądanie jego dominacji to czysta przyjemność i chętnie sprawdzę jak poradzi sobie teraz w starciu z Warriors. Warriors, którzy jednak nie są aż tak silni jak rok temu i nie zawsze wydają się grać swoją najlepszą wersję koszykówki. A jeśli poczują się zbyt pewnie i zlekceważą drużynę Jamesa? Nagle może zrobić się bardzo ciekawie. Historią będzie też oczywiście pojedynek KD z LeBronem. W zeszłym roku Durant w końcu go pokonał, ale to nie był punkt zwrotny jego kariery. Nadal nie zostawił konkurencji w dyskusji o drugim najlepszym zawodniku na świecie, nie uciszył krytyków i też ciągle nie przejął pierwszoplanowej roli w drużynie, choć w play-offach miał do tego bardzo sprzyjające warunki po kontuzji Stephena Curry’ego. Ale w ostatnich dwóch kluczowych meczach z Rockets to Steph był najważniejszym zawodnikiem Warriors. Thompson rozstrzelał się w Game 6, Durant trafiał wielkie rzuty w Game 7, natomiast Curry był MVP. 56 punktów, 12 trójek, 16 asyst, 14 zbiórek, 4 bloki i 4 przechwyty w tych dwóch meczach. I +46 w 84 minuty, dwa razy wyższy wskaźnik niż Duranta (+23 w 80min). Może odzyskał już formę i to będą wreszcie jego Finały? Nadal brakuje mu w dorobku nagrody MVP Finałów.

Maciek Kwiatkowski: Do drugich z rzędu – po decyzji Kevina Duranta – finałów Warriors-Cavaliers  przystępujemy, mając przed sobą gorsze wersje obu zespołów, niż przed rokiem. Cavaliers są już bez Kyrie’ego Irvinga i z Kevinem Love’m borykającym się ze wstrząśnieniem mózgu; nie są za to ofensywną maszyną, którą przed rokiem o tej porze stać było na eksplozje dorównujące tym największym eksplozjom Warriors. Mecze nr 3 i nr 4 Finałów 2017 wciąż pozostają w mojej głowie, jako zenit gry w koszykówkę: siedmiu All-Starów, trzech All-NBA 1st graczy i ofensywy obu drużyn wprost rypiące obrony. Ataki przechodzące się po idealnych często defensywnych posiadaniach. Maestria indywidualnych umiejętności, znajdowania bardzo dobrych pozycji i siła rzutu z dystansu.

Ci Warriors nie przychodzą do tych Finałów, tak dobrzy, jak rok temu. Stephen Curry wciąż jeszcze nie jest w 100% sprawny, a przez to nieregularny, po skręceniu w marcu więzadła w kolanie. Podobnie, borykający się z urazem kolana Klay Thompson. Tajemnicze problemy z nogą Andre Iguodali mogą sprawić, że to co najlepsze w nim, już widzieliśmy, a przez to cierpi ławka rezerwowych Warriors. Warriors są jednak zdecydowanym, aż 12-punktowym faworytem meczu nr 1. Jeśli 29. obrona sezonu regularnego Cavaliers może nawiązać walkę z Warriors, to atak musi wznieść się na wyżyny, na które potrafił się wznosić w sezonie regularnym w marcu i przede wszystkim Cavaliers muszą wygrywać minuty na przełomie kwart 1/2 i 3/4. Grając na przeciw niezdrowego Iguodali, Nicka Younga, Jordana Bella, Kevona Looney’a, Shauna Livingstona czy Quinna Cooka są w stanie to zrobić.

Cavaliers nie mają nic do stracenia. Młodzi gracze sprowadzeni w trakcie sezonu dotychczas zawodzą. Zawodnicy, którzy mieli stanowić o nowym „fire-power” Cleveland, są w głębokim tle, albo na aucie. Ale Jordan Clarkson i Rodney Hood w swoich krótkich karierach potrafili już zdobywać średnio po 15 punktów na mecz w jednym sezonie. J.R. Smith ma w sobie 15 punktów za każdym razem, kiedy wchodzi na parkiet. Kevin Love ma 20, Jeff Green też. Naprawdę ma. Larry Nance może rolować do kosza i trafiać 86% rzutów z gry, które w małych minutach trafiał w serii z Bostonem.

Jest ofensywny potencjał w tej drużynie Cleveland, ale on od trzech serii jest w rozsypce. Ci zawodnicy są jednak w NBA bo w którymś punkcie kariery przewyższali kolegów ambicją i ciężką pracą. Mają szansę właśnie tą ambicją eksplodować na tle graczy, którzy poza Big 4 Warriors są zawodnikami z pewnością z ich półki, jak nie zawodnikami od nich dużo mniej utalentowanymi. Nie ma innego sposobu dla Cavaliers, niż uruchomienie i otworzenie się wszystkich tych wyżej wymienionych graczy. Tu nie chodzi o taktykę. Chodzi o przeciwstawienie się panującej opinii, która wyśmiewa ich, nazywa przystawką do kolejnej wizyty Jamesa w finałach. Chodzi o ambicję i jaja, i chodzi o szansę, której żaden z tych graczy może już nigdy w życiu nie mieć.

„The Other Cavaliers” mają za lidera gracza, który na pewno im zaufa, bo nie gra koszykówki straceńczej i dobrze kalkuluje, że bez ich pomocy tych Finałów nie wygra. Ci gracze powinni dziś i jutro w czwartek czytać internet i czytać to co pisze się o nich. To jest ich czas. Go! Może przy pomocy interwencji Bogów Koszykówki uda się. Powinni myśleć, że może udać się i bez tego.

Piotr Sitarz: W porównaniu do poprzednich finałów Cavaliers dodali do pierwszej piątki bardzo dobrego obrońcę i jak na różnicę w talencie matchupują się z Warriors zaskakująco dobrze. Z Georgem Hillem na pozycjach 1-2, z Jeffem Greenem i LeBronem na Durancie, który nie mija ludzi w playoffach i wygląda jak 32 letni Dirk Nowitzki bez gry w post, z Tristanem Thompsonem na Draymondzie Greenie i Kevinem Lovem na jakimkolwiek centrze. Do tego z ławką o porównywalnej sile, a może nawet z lekką przewagę, jeśli Kyle Korver okaże się jednym z trzech najlepszych graczy Cavs. Nie są to beznadziejne matchupy. Jednak taktyczne rozwiązania trenera Lue (zbiórki w ataku, zmiany krycia, tempo gry, agresja graczy poza Jamesem, post-ups Love’a) tracą na znaczeniu jeśli spojrzymy na liczbę minut najlepszego zawodnika tej serii. Prawie 4000 w tym sezonie. Dokładnie 3757. Plus treningi.

Stąd też: jakie znaczenie ma fakt, że kilku kluczowych graczy Cleveland nie zameldowało się w poprzednich trzech Finałach (przede wszystkim Hill i Green, ale też Clarkson, Nance i Hood), a Kevin Love opuścił dwa ostatnie mecze i “odpoczywał”? Zwłaszcza jeśli James siłą ognia pomaga innym przez 48 minut, a ta sama siła Duranta, Curry’ego lub Thompsona potrafi przeprowadzić run kończący mecz gdy jeden z nich (czasami dwóch!) siedzi na ławce. Nie ma żadnego.

Na dodatek James będzie w tej serii bronił z przymusu (pamiętajmy o ładunku minut od 2003 roku!). Jeśli nie Duranta, to może Klaya Thompsona, a z całą pewnością Draymonda Greena (a przecież jest jeszcze point-forward Iguodala). To z niego zmieni krycie na Curry’ego, a w obronie off-ball zostawi na dystansie i przesunie bliżej piłki. Cavs muszą grać na dwóch mobilnych skrzydłowych, dlatego im więcej Jeffa Greena obok LeBrona tym lepiej dla Cavs. A teraz przeczytaj ostatnie zdanie ponownie.

Przewagą Warriors są słabości Cavaliers. Jest nią Stephen Curry, bez dwóch zdań główny punkt ataku tego zespołu (usprawnienie Warriors polega na oddaniu mu piłki i doprowadzaniu do rzutów; tak wygrywali z Rockets) i jest obrona Cavs, której mało kto potrafi zaufać – a wszyscy gdy na parkiecie jest J.R Smith, który ileż to razy z Bostonem zgubił krycie na zasłonach poza piłką; Warriors grają tego więcej. Jest dłuższa rotacja na pozycjach 4-5 przynajmniej w pierwszych meczach i do momentu ustawień z LeBronem na centrze, a także mimo wszystko trener Kerr, który ma większe pole manewru jeśli chodzi o budowanie ustawień wokół najlepszych graczy. Na te z Kevinem Lovem i ławką może odpowiedzieć spread-ofensywą z Kevinem Durantem na czwórce lub centrze (czymkolwiek). Ale z drugiej strony Lue nie może pozwolić sobie na nie granie Jamesem.

Cavaliers nie powinni bronić inaczej niż robili to Rockets i oni sami w ostatnich trzech meczach Finałów 2016. Z wyjątkiem akcji angażujących obronę Kevina Love’a. Co tutaj wymyśli Lue, jeśli Warriors sprowadzą go do roli Ryana Andersona? Nie posadzą go na ławce, więc muszą te minuty przetrwać. Oby przy dość konserwatywnym sposobie obrony w pick-and-rollach, który nie odbije się na efektywności skrzydłowego w ataku (mają kim przechodzić nad zasłonami; G.Hill). O ile oczywiście Love będzie zdolny do gry (na ten moment nie wiadomo czy zagra w Game1) i nigdy ponad formą – kilka dni temu doznał trzeciego wstrząśnienia mózgu w ciągu 2 lat!

Jak zamierzają bronić Warriors? Durant, Green, Iguodala, Thompson. Czterech obrońców na Jamesa, który w wieku 33 lat miał siłę penetrować ponad 15 razy na mecz przeciwko topowej obronie z Bostonu. Kluczem wydaje się powstrzymanie Jamesa przed akcjami drive-and-kick, z których już w poprzedniej serii produkował asystę (!) na mecz. To mało. Na dodatek Cavaliers trafili tylko 34% z aż 24 niekontestowanych rzutów za 3 punkty (na dodatek nie ma obok drugich kozłujących dłoni – dłoni Irvinga – tym samym kolejnej opcji w agresywnym pick-and-rollu, a przede wszystkim w crunch-time). Plan Warriors nie mógł być prosty – nie dajmy pokonać się Smithom i Greenom. LeBron nie rzuci 80 punktów.

To wszystko, jak i spudłowane rzuty, mogą nie zdążyć zrobić różnicy. Atak Cavs, który tylko w serii z Raptors wyglądał na elitarny, powinien sprawować się gorzej niż… obrona, wciąż jedna z najgorszych w lidze. To paradoks, ale po 18 meczach w playoffach nic nie gwarantuje stabilności tego zespołu. Nawet James. Więc podobnie jak rok temu – celem nadrzędnym powinno być dotrwanie do ostatnich minut meczu. To tam Warriors są do ugryzienia. Zanim oczywiście ugryzą w trzeciej kwarcie. Dżentelmeński sweep.


Adam: Warriors w 5

Maciek: Cavaliers w 7

Piotr: Warriors w 5.

Cząstkowe wyniki Typera: 81.9% na wygraną Warriors.

Wasze typy zostawiajcie tutaj.

Poprzedni artykułMiędzy Rondem a Palmą (632): W zgodzie z naturą
Następny artykułWyniki Typera 6G przed Finałami 2018: All Hail „Vielebny”

15 KOMENTARZE

    • Małe ryzyko duża wygrana. W typach i tak nie szło w tych playoffach jak teraz się uda to będzie tytuł Wielkiego Profety. Będą komentarze będą clicki o to chodzi. No i miłość do Jamesa ma tu na pewno znaczenie. Typ trochę życzeniowy.

      Lubię to: 21
  1. „Czwarta odsłona to nawiązanie do samego początku rywalizacji, czyli do Finałów 2015 roku, kiedy LeBron razem z Matthew Dellavedovą i Timofiejem Mozgowem zmusili Warriors do sześciu meczów. Teraz poprzeczka poszła w górę, bo Król jest jeszcze bardziej osamotniony (…)” Serio Delly i Mozgov sa lepsi od Love, JR, JG, Hill?

    Lubię to: 11
    • Pamiętasz jak tamten zespół walczył? To był mój ulubiony team Cavaliers. Wychodzili na parkiet i mimo braku talentu zostawiali wszystko, co mieli. Ambicja, zaangażowanie, determinacja. Prowadzili z Warriors 2-1. Widzisz to samo u Love’a, Smitha i innych w tym zespole?

      To jest ta różnica.

      Lubię to: 8
  2. Typ jak typ.Po prostu trzeba trochę nadmuchać balonika i dorobić ciekawą narrację do możliwie najgorszej serii finałowej w historii.

    Ale nie tym razem.Tym razem nikt nie jest „nagrzany” i nikt nie łyknie tego „to wasz moment,pokażcie charakter,go!”

    To naprawdę będzie żałosne i niech się wszyscy z tym pogodzą

    Lubię to: 6
  3. Typy Maćka w tych playoffach są prowokacją. Ten finałowy szczególnie. Najpierw typuje że Warriors zmiotą Rockets sweepem (Rockets o których sam pisze że pokonaliby każda drużynę na wschodzie) a potem że Ci sami Warriors przegrają z Cavs (o ktorych z kolei piszę że są najgorszą drużyna z jaką grał James). Logiki w tym żadnej:) Nawet jak Warriors by zlekcewazyli Cavs i nawet gdyby ani meczu nie zagrał Iggy to nie mogą przegrać 4 meczów z tymi Cavs.

    Lubię to: 7
  4. Co tu się ekscytować. Sweep na średnim 12+ point margin dla Warriors. 4-1, jeżeli GSW zdekoncentrują się przez śmiech do rozpuku z „ogromu” wyzwania, które przed nim stoi. Przypomina mi się akcja biedronki z maskotkami, bo to starcie będzie wyglądało, jakby 20 tonowy walec wjechał w pluszowy „Gang Świeżaków”.

    Lubię to: 0