Kolanowski: Tommy Heinsohn – jedyny taki Celt


Autor:
FavoriteLoadingdodaj do ulubionych tekstów | dodano: 11 marca 2018
fot. NBC Sports

fot. NBC Sports

Chyba żadnemu szanującemu się kibicowi Boston Celtics nie trzeba przedstawiać Tommy’ego Heinsohna. To człowiek, w którego żyłach płynie zielona krew. To po prostu celt na całe życie. Jest związany z klubem niemal nieprzerwanie od ponad 60 lat i – o ile zdrowie mu dopisze – można założyć, że poprawi ten wynik jeszcze o kilka dobrych sezonów.

Tommy Heinsohn z pewnością widział wszystko, co zawodowa koszykówka w Bostonie miała dotychczas do zaoferowania. Raczej niewiele rzeczy jest w stanie go zaskoczyć. Nawet widok nagiego Arona Baynesa pod prysznicem, co tak ochoczo komentował podczas jednego z meczów przedsezonowych.

Heinsohn był naocznym świadkiem defensywnej dominacji Billa Russella czy wirtuozerii rozgrywania Boba Cousy’ego. Sam był w końcu uczestnikiem mistrzowskiej passy Celtics z przełomu lat 50-tych i 60-tych. Choć słowo “uczestnik” to za mało powiedziane. Był istotnym elementem tamtej dynastii, a na pewno jedną z barwniejszych postaci w składzie. W sumie, jako gracz, a później trener Celtics, przyczynił się do zdobycia aż 10 z 17 mistrzowskich banerów.

Dziś, ten już blisko 84-letni mężczyzna, jest stałym gościem w domu każdego fana Celtics nie tylko w Bostonie i okolicach Massachusetts, ale właściwie na całym świecie. Chwalmy imiona twórców League Passa, bo to dzięki nim możemy podziwiać dość osobliwy i stronniczy komentarz Heinsohna podczas transmisji w CSN. Uwielbia krytykować sędziów, ale także doceniać wyróżniających się graczy. Ma swój styl, który szczególnie w obecnych czasach jest dość urokliwy.

Nie trudno o wyszukanie różnych perełek w internecie, jak choćby ten podany wyżej przykład z Baynesem. Pamiętajmy jednak, że Heinsohn idzie śladami nie byle kogo, bo legendy transmisji meczowych Boston Celtics, samego Johnny’ego Mosta. Gdyby ktoś nie kojarzył, to ten od “Havlicek stole the ball!”, ale nie tylko. To była prawdziwa gwiazda za mikrofonem, której nie brakowało fantazji w barwnym opisywaniu wydarzeń na koszykarskich parkietach.

To nie pierwszy raz kiedy piszę o Heinsohnie. Poświęciłem mu już kiedyś tekst w swojej finalnej przygodzie z “Magazynem MVP”. W żadnym wypadku nie zamierzam kopiować tamtej treści, choć oczywiście nie sposób ustrzec się kilku powtórzeń, głównie przy czysto biograficznych faktach.


Thomas William Heinsohn, rocznik 1934, potomek niemieckich emigrantów, wychowywał się w Jersey City. W rodzinie było raczej biednie. Jako młody chłopak wyróżniał się warunkami fizycznymi i smykałką do sportu. Nie wybrał jednak ani footballu, ani baseballu, ale dość młodą dyscyplinę, wymyśloną kilkadziesiąt lat wcześniej przez doktora Naismitha. W rozgrywkach szkolnych w liceum Saint Michael’s dominował nad rówieśnikami, z których oczywiście większość również miała europejskie korzenie.

Wywodząc się z typowo robotniczego środowiska, Heinsohn dostrzegł być może jedyną szansę na zdobycie wyższego wykształcenia dzięki koszykówce. Ofert stypendialnych było od groma, podobno około 40. Ostatecznie wybór padł na Holy Cross – uczelnię prowadzoną przez Jezuitów, założoną jeszcze w I połowie XIX wieku.

Dziś już nieco zapomniany ośrodek koszykówki uniwersyteckiej, ale wówczas był to naprawdę mocny punkt na mapie NCAA. Holy Cross Crusaders byli mistrzami akademickimi w 1947 r. To ten sam uniwersytet, który ledwie kilka lat wcześniej dał raczkującej NBA jej pierwszego czarodzieja z piłką- Roberta Josepha Cousy’ego.

Nie kwalifikujmy jednak Heinsohna jako typowego tępego sportowca, który przypadkowo znalazł się w środowisku inteligentów. Nie po to w końcu w ramach wyprawki otrzymał od mamy nowy garnitur. To nie była era “One and Done” i w miarę możliwości Heinsohn starał się coś wynosić z zajęć. Ostatecznie uzyskał dyplom z ekonomii, co pozwoliło mu w przyszłości łączyć karierę zawodowego koszykarza z prowadzeniem firmy ubezpieczeniowej.

Nie zapominajmy, że NBA lat 50-tych to zupełnie inne realia niż obecne. W związku z niezbyt wysokimi zarobkami, standardem było łączenie dwóch – często zupełnie skrajnych profesji. Po zakończeniu sezonu ligowego gracze często podejmowali się drugiej pracy, aby mieć za co żyć do momentu startu kolejnych rozgrywek.

Przy okazji studiów Tommy Heinsohn rozwijał też swoje inne, bardziej artystyczne talenty. Już od dziecka przejawiał spore umiejętności w malowaniu, a pobyt w Holy Cross pozwolił mu na dalszy szlif w tym zakresie.

“Jeden ksiądz, który był dziekanem nowo powstałego wydziału sztuki, zachęcił mnie do wzięcia udziału w zajęciach. Chodziłem na nie przez 3 tygodnie, ale potem rzuciłem je, ponieważ kolidowały z moim głównym zadaniem, czyli graniem w koszykówkę” – wspominał studenckie czasy Tommy Heinsohn w wywiadzie dla newburyportnews.com.

Te kilka tygodni wystarczyło jednak do tego, aby Heinsohn na dobre zaszczepił w sobie miłość do malowania. Pielęgnował ją długo. Na dobre wziął się za tę pasję dopiero na sportowej emeryturze. Dość amatorskie zabawy z farbami (korciło napisać “z pędzlem”, ale wiadomo…) dały mu nawet szansę do zaprezentowania swoich dzieł w The Mosher Gallery w Rockport, w Massachusetts w 2011 r. Samo nazwisko sławnego skrzydłowego Celtics nie było tu wyłącznym magnesem dla fanów sztuki. Podobno pejzaże Heinsohna są naprawdę niczego sobie. Na przestrzeni lat sporo nad nimi pracował. Uczęszczał też na warsztaty znanych artystów, m.in. Teda Goerschnera, Charlesa Movalliego i Davida Curtisa.

“Już po zakończeniu kariery trenerskiej, zacząłem sporo malować, również podczas podróży, kiedy byłem już komentatorem w telewizji. Malowałem głównie to, co widziałem z okna hotelowego. Starałem się poświęcać na to przynajmniej 10 minut dziennie, a jeśli akurat niczego nie malowałem, to czytałem książki poświęcone sztuce malarskiej” – opowiadał Heinsohn.

__________________________________

Chcesz czytać dalej?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, zapraszamy do naszej sekcji z darmowymi artykułami, gdzie będziesz mógł przekonać się, że naprawdę warto.

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni49 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni159 zł

30

Komentarze

  1. adusiek890@wp.pl

    11 marca 2018 o 10:16

    Dobry tekst i wszystko ciekawe co nie zmienia faktu, że to najgorszy komentator w NBA jeżeli nie jesteś fanem Bostonu.

    Lubię to: 9
  2. rzepka

    12 marca 2018 o 12:42

    Uwielbiam tego typu materiały, potem się człowiek przerzuca na YT i wsiąka na kolejne minuty i godziny oglądając stare filmiku, jak np ten o Ricku Mahornie: https://www.youtube.com/watch?v=7OqsPGZx9H8.
    Dziękuję za artykuł.

    Lubię to: 5
  3. bostoński celt

    13 marca 2018 o 08:25

    Dzięki za ten tekst!

    Lubię to: 3

Skomentuj