Piotr Kolanowski: Warto było, Kevin?

10
fot. Piotr Kolanowski
fot. Piotr Kolanowski

Ten tekst nie będzie wylaniem wiadra hejtu na Kevina Duranta. Mam nadzieję przedstawić tylko inny punkt widzenia. Szanuję jego decyzję, ale po prostu kompletnie jej nie rozumiem.

Podobnie jak Przemek od pewnego czasu pisałem artykuł o czymś zupełnie innym. Tematyka odległa od najświeższych wydarzeń, niemal tradycyjnie związana z historią NBA. W tej sytuacji musiałem jednak przerwać pracę – w dodatku będzie trzeba zmienić cały wstęp ze względu na Draymonda Greena. Tym razem też będzie o historii, ale nie tak odległej i zdecydowanie bardziej osobistej.

Ledwie kilka godzin temu wrzuciłem na FB zdjęcie swojej koszulki Duranta z podpisem „Judasz!”. Mało oryginalnie, co? Nie będę jednak usuwał tego posta jak Kevin swoich tweetów z 2010 r. po lebronowym „The Decision”. Nie kierowała mną bowiem niechęć do gwiazd decydujących się na połączenie sił i kreowania własnych koszykarskich wersji „The Avengers”. Każdy gracz, nawet z najwyższej półki, mający status niezastrzeżonego wolnego agenta, ma do tego absolutne prawo. Tak samo jak kibice mają prawo do komentowania takich posunięć w mniej lub bardziej wybredny sposób. Takie wady i zalety ery internetu.

Za co kibice najbardziej nienawidzili LeBrona w 2010 r.? Za samo przejście do Heat i stworzenie supertercetu z Wade’em i Boshem? Czy może jednak za sposób w jaki to się odbyło? Najpierw program na żywo, a następnie przedsezonowa parada mistrzowska.

Mnie osobiście rozczarował głównie sam styl. W sumie to byłem nawet ciekaw jak to wszystko będzie wyglądać. Nieśmiertelne głosy o jednej piłce itp. O ile mnie pamięć nie myli, a nie chce mi się zbytnio szukać po archiwach po nocach, część sceptyków widziała zasadniczy problem w tym, że Wade i James, dotychczas mający piłkę w rękach przez większość akcji, musieli się nauczyć grać bez niej. Zanim wszystko się zgrało, w międzyczasie Heat zdołali przegrać finały 2011 z Mavs, a po drodze zaliczyli kilka potknięć w sezonie regularnym. Nie brakowało również łez na konferencjach prasowych i przesyconych frustracją komentarzy Wade’a w stylu „The World is better now because the Heat is losing”, na co Charles Barkley odpowiadał krótko w studio TNT „stop bitchin'”.

Kevin uniknął tych błędów i jego przejście do Warriors odbyło się w dużo subtelniejszy sposób. W przeciwieństwie do Jamesa jego decyzja jest jednak dużo mniej zrozumiała. Cavs z 2010 r. to była zupełnie inna historia. Owszem, wygrali 61 meczów, ale ich przyszłość w gronie kandydatów była faktycznie dość niepewna. Dwóch starzejących się centrów w postaci Shaqa i Ilgauskasa, którzy – o zgrozo – byli nawet momentami ustawiani obok siebie przez Mike’a Browna. Do tego dyskusyjny talent Mo Williamsa, powoli zmieniający się w zwykłego zadaniowca Antawn Jamison czy wreszcie Delonte West i jego późniejsza historia z matką LeBrona. Patrząc na to w ten sposób, faktycznie Cleveland mogło nie wydawać się najlepszym miejscem do kontynuowania kariery.

Oklahoma to jednak inny przypadek – jeszcze kilka tygodni temu Thunder mieli Warriors na linach, tylko zachowali się trochę jak Gołota z Riddickiem Bowe. Wcześniej wyeliminowali Spurs, co już dla wielu było niezłą niespodzianką. Teraz Sam Presti ukradł show podczas draftu i ściągnął Victora Oladipo, tworząc najbardziej atletyczny backcourt w lidze. Do tego Adams, Kanter… Naprawdę nie mogłem doczekać się kolejnego sezonu.

Durant napisał na „Player’s Tribune”, ogłaszając decyzję:

„The primary mandate I had for myself in making this decision was to have it based on the potential for my growth as a player — as that has always steered me in the right direction. But I am also at a point in my life where it is of equal importance to find an opportunity that encourages my evolution as a man: moving out of my comfort zone to a new city and community which offers the greatest potential for my contribution and personal growth.”

Czytam któryś raz i nie bardzo wiem o co chodzi. Naprawdę chodzi o bolesną naukę radzenia sobie z hejterami, tylko czekającymi na pierwsze niepowodzenia? Totalną katastrofą byłby brak chociaż jednego tytułu w kolejnych dwóch latach. Nie wiem nawet kto jest tutaj pod większą presją – KD czy może Steve Kerr.

Nie będę zgadywał, czy nie poszło jednak o jakieś kwestie osobiste. Niewątpliwie też Oakland / San Francisco to dużo ciekawsze miejsce do życia niz Oklahoma City. Ale to było jego miasto.

Wiele lat temu marzyłem o wyjeździe do Stanów. Powodów było wiele, ale przede wszystkim chciałem na własne oczy zobaczyć ten „wielki świat” i zweryfikować go ze swoimi wyobrażeniami. Kierowały mną również bodźce czysto koszykarskie. Chciałem ujrzeć najlepszych graczy na świecie na żywo i przy okazji zwiedzić mnóstwo miast.

Niemal równo 8 lat temu, będąc na półmetku studiów, nadarzyła się okazja do realizacji tego planu. Klasycznie, przez program Work & Travel. Oferty pracy, a raczej lokalizacje nie były jednak szałowe. Same zadupia na wschodnim wybrzeżu lub daleka północ. Ewentualnie wypad w przeciwną stronę na Alaskę. Kusiło, ale tylko do pewnego momentu. Najczęściej polecana przez biuro praca to drukarnia Quad/Graphics. Fizyczna harówa, po 12 godzin, niekiedy 7 dni w tygodniu, ale stosunkowo dobra płaca. Kilka ośrodków w całym kraju do wyboru, jednym z nich – Oklahoma City.

Wczesną wiosną tamtego roku wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały już na to, że właśnie tam trafią Seattle Supersonics. Nie mogło być lepiej. W końcu nawet nie marzyłem o tym, że chociaż przez chwilę będę mieszkał w mieście z klubem NBA.

Na miejscu lekkie rozczarowanie. Był dopiero lipiec i mieszkańcy mieli totalnie w dupie swój nowy zespół. Część nie wiedziała nawet o przenosinach. Ewentualnie mieli jeszcze w pamięci gościnnie grających Hornets po huraganie Katrina kilka lat wcześniej. Nikogo nie obchodziła koszykówka. Liczył się tylko football amerykański, oczywiście uczelniany. Święta wojna pomiędzy Oklahoma Sooners i Oklahoma State Cowboys.

Całe lato spędziłem na ciężkiej pracy, poznawaniu kultury i integracji z nowymi kolegami z Meksyku. Na deser polskie piwo sprowadzane specjalnie z Chicago w miejscowym liquor store, wizyty w klubach ze striptizem oraz gra w kosza, o ile tylko upał na to pozwalał. W międzyczasie trafiłem przez przypadek w lokalnej TV na program o braciach Griffin grających w Sooners oraz czytałem artykuły o młodym gwiazdorze z nieodległej szkoły średniej, Xavierze Henrym. Poza tym, do jesieni prawie zdążyłem zapomnieć, po co właściwie wybrałem OKC. Dość nudne miasto, z ubogą komunikacją i irytującym brakiem chodników.

W październiku atmosfera ulegała zmianie. Thunder zaczęli zabiegać o kibiców. Ruszył preseason, był otwarty trening dla widzów. Koszulki, gadżety itd. Zespół bez gwiazd, choć powoli wszyscy dostrzegali taką w Durancie. Obok dopiero co wybrany w drafcie Russell Westbrook, uczący się jeszcze od Earla Watsona oraz Jeff Green. Ludzie naprawdę zaczynali być ciekawi jak to wszystko będzie wyglądać. Mieli nadzieję, marzenia o świetnym zespole, które się sprawdziły. Ledwie 4 lata później Thunder grali już przecież w finałach.

Ba, prawie wrócili do nich w tym sezonie. Przez te kilka lat Thunder przejęli Oklahomę. Ludzie z którymi pracowałem i kompletnie nie interesowali się NBA, dziś mają poustawiane zdjęcia z logiem OKC na swoich profilach. Zresztą, wzrost zainteresowania na przełomie tych lat widać już po samych transmisjach stamtąd i frekwencji w hali. I nie byłoby to możliwe, gdyby nie Kevin Durant. To on – od dosłownie pierwszego dnia – był gwiazdą i potencjalnym zbawicielem. Wywiązał się z tej roli niemal w 100%. Regularny lider strzelców, nawet MVP całej ligi. Do tego reprezentant kraju na pełen etat. Za kilkanaście lat pomnik przed halą murowany, choć sam nie jestem fanem tej mody.

Wciąż mogłeś postawić kropkę nad i, Kev. Wydaje się, że wszystko było gotowe, aby powalczyć jeszcze raz. To słynne okienko wcale nie zamknęło się po 2012 r. Nie uwierzę więc, że ewentualny tytuł z Warriors będzie smakował tak samo. Nie dam sobie wmówić, że istnieje znak równości między wszystkimi mistrzostwami na przestrzeni tych kilkudziesięciu lat. Poza tym to w gruncie rzeczy słaba zamiana – dużo większa presja w zespole, który być może nawet nie będzie jego. W dodatku bardzo mało czasu, aby zamknąć usta krytykom.

Tymczasem w Oklahomie czekają już tylko gwizdy i wyzwiska. Ludzie czują się oszukani i pewnie nie rozumieją tego. Ja też nie rozumiem. Ale być może nie muszę.

Poprzedni artykułCavaliers nie wyrównają oferty Bucks dla Matthew Dellavedovy
Następny artykułGorący Ekspres (5.07): Ile tytułów zdobędą teraz Golden State Warriors?

10 KOMENTARZE

  1. Kevin Durant nie jest nic winny Oklahoma City, zrobił dla tego miasta dużo, zostawił jeszcze więcej pieniędzy.
    Ale jest bardzo wiele winny swojemu nazwisku, tak nie robi samiec Alfa, wielki gracz nie idzie po jałmużnę do Draymonda Greena i Stepha Currego.
    Smutek.

    Lubię to: 0
  2. Ja to widzę inaczej, Cavs to była drużyna Bronka, OKC to drużyna Westbrooka. Zostając w OKC Durant będzie tylko dodatkiem do Westbrooka bez gwarancji pierścienia. W GSW nie zmieni swojej pozycji drugiego, nawet ją straci, ale nagrodą może być mistrzostwo.

    Lubię to: 0
  3. Trzeba zrozumieć Duranta – po prostu chce zdobyć mistrzostwo – bo z OKC to mu się nie uda chyba, że po tych latach wróci jak Lebron i zdobędzie tytuł dla Oklahomy

    Lubię to: 0
  4. Piotrze „Ja też nie rozumiem” Kolanowski, jest to bardzo proste do zrozumienia. Jak sądzę nie czytałeś wpisu KD na Players Tribune? On po prostu chciał opuścić tę strefę komfortu o której piszesz z taka lubością. On o tym wiedział i mógł wybrać taką drogę (i pomniki przed halą, szkoły nazywane Jego imieniem) ale nigdy nie wygrać pierścienia. Zostawił te wszystkie dobre rzeczy żeby zmierzyć się z jeszcze większą presją, z hejtem, doświadczyć i nauczyć się czegoś nowego. Jego wybór. Czy warto? Z pewnością warto opuścić „strefę komfortu” żeby chociaż raz założyć mistrzowski pierścionek na palec.

    Lubię to: 0
    • Czyli wg Ciebie stwierdził że jest za słaby żeby zdobyć tytuł. Jak kur.. nie zdobędzie tytułu. Obecnie ma(przepraszam miał) praktycznie najmocniejszy zespół albo przynajmniej z top 4 ligi i do tego najmłodszy. Grało w okc 2 z 4 najlepszych w lidze. Bez względu co bedziecie pisali to westbrook jest zaraz za bronkiem currym i durantem. Nie zaden paul kawhi czy inny harden. Miał wszystko by zdobyć to co chciał. Jaki zespół westbrooka (wcześniej ktoś pisał) 100% zespól duranta. Kobe,jordan, bird nigdy by tak nie zrobili i byli wielcy ,durant tym transferem skonczyl swoja wielkosc chocby zdobyl i 6 tytułów. Miał mozliwosc stac sie top 5 a teraz juz nigdy nie bedzie w top 20… tyle wielki (byly) fan duranta.

      Lubię to: 0
      • @PeLe
        Masz prawo do swojej opinii, nawet do „hejtowania” jeśli Go uwielbiałeś itd. ale musisz zrozumieć że KD dał OKC 9 lat. Możliwe że uznał że już nic więcej nie jest w stanie dać temu trenerowi, tej organizacji. I jeśli już szukać winnego to nie KD tylko właściciela który nie pomógł KD, Russowi i reszcie wygrać mistrzostwa bo bardziej był zainteresowany żeby dostać $$ z kasy NBA niż do niej wpłacić.

        Lubię to: 0
  5. Ja też myślę, że mistrzowski pierścionek to był największy argument. Pamiętajmy, kontrakt jest na dwa lata, w GSW zaczną się problemy z jednoczesną kasą dla Kevina i podwyżką dla Stefka, zdobędzie pierścionek i za rok, dwa będzie walczył o inne cele np. w Dallas. On ma jeszcze dużo czasu przed sobą a o pobiciu rekordu Russella pewno nie myśli…

    Lubię to: 0