Nowojorskie impresje 720 – czyli… MEMlanie sezonowej papki…

7

Photo by Bill Kostroun

Gdybym dziś rozbił swoje Porsche Cayenne wjeżdżając w tył VW Golfa na Rondzie Zesłańców Syberyjskich w Warszawie, na zestaw pytań obywatela w kepi i niebieskawych knickerbosckersach tak bym odpowiedział:

„Zapatrzyłem się, zamyśliłem, zagapiłem. Bo dzisiejsza gra Knicks o tak ogromnej skali beznadziei spowodowała, że bardzo o tym myślałem. O stanie naszych NYK. I ten obraz był tak przerażający, że dojeżdżając do świateł uderzyłem w tył samochodu. Przyznaję się, to moja wina.”

Zwolnijcie. Noga z gazu. My na razie dojeżdżamy ale do Świąt Bożego Narodzenia, a w konsekwencji do pierwszej tercji sezonu. Bilans tego odcinka trasy jest wielce przygnębiający (nie żebym narzekał – żyję jak pączek w maśle). NYK snują się w końcówce stawki, a peleton, co raz bardziej ucieka. Można ciągle twierdzić, że to są trzy gry do TOR, ale… naprawdę chyba nie tak to miało wyglądać. Nie tak przepowiadali to Wierzący na Krakowskim Przedmieściu idąc z pochodniami. Oczywiście można to wszystko błyskawicznie wytłumaczyć kontuzjami, dziurą budżetową i JR Smithem. To prawda. Każdy z kluczowych graczy NYK boryka się z mniejszym lub większym urazem. Lista jest długa, że zabrakło już druczków L-4 w całym makroregionie. To wszystko tłumaczy ten slump? Naprawdę? Można umyć ręce i powiedzieć „na chorobę, nie pomogę”? Jeżeli to komuś pomaga to, czemu nie? Jest 8-18 i to nie jest jeszcze koniec. Ostatnie słowo nie zostało wypowiedziane.

Czy zwolnienie Trenera Woodsona coś zmieni? Niech każdy odpowie sobie na to pytanie w zaciszu swojego sumienia.

Tak sobie myślę, że sezon 2013/2014 to może być ta kampania bitewna, w której T. Chandler przejdzie już na drugą stronę do Valhalli i tam zostanie (nie liczyłbym, że pójdzie drogą Kriss de Valnor). Oczywiście miał sześciotygodniowy rozbrat z piłką, gra ketchup, ale trudno jakoś zrozumieć mi to, że Z. Randolph przerobił go z diesla na gaz i potem przykręcił boczne kółka.

Może to już ten czas? Podjąć śmiały, niepopularny i wręcz nie do pomyślenia ruch, żeby wymienić go na jakieś inne zabawki? I to już w lutym? Jego wartość jeszcze da się historycznie wytłumaczyć i podrasować. Wycisnąć dobrą cenę. Do niedawna DPY, wielki człowiek, obrońca painta, dobrych duch jeziora po za boiskiem, donator, charytatywnie się udzielający obywatel. To ciągle dobrze brzmi. I ma jak się wydaje jeszcze jakiś desygnat. Kolejka do barteru nadal powinna się ustawić całkiem długa. Może trzeba pogadać o Homerze Asiku, tak z głową bez emocji. Zastanowić się, co jakiś trzeci team mógłby zaoferować temu Midasowi Morey’owi (który powinien zastanowić się nad zmianą literki „r” na „n” e nazwisku). Miami? Sick idea.

To może być jakiś pomysł. Systemowy. Bo ten sezon jest już stracony. Co zrobić, żeby przyszły nie był taki sam? Odłóżmy marzenia o mistrzostwie (o czym???) i dajmy sobie trochę osiołkowego siana. Lekki lifting twarzy? Chyba nieunikniony zwłaszcza, że Knicks trochę trzęsą portkami, że Melo mimo swoich deklaracji, poczuje ukłucie ambicji i może mu w głowie wizja pierścienia zamigotać… Kobe zadzwoń proszę!

Dramat NYK polega też na tym, że nie mogą się odbudować przez picki w drafcie. Tankowanie nie wchodzi w grę. GM Knicks nie może iść drogą ewolucji kulturalnej. Siłę i moc da się tylko zbudować tylko przez podpisanie wolnych agentów. Supergwiazd. I to takich, którzy nie mają „c” w dowodzie. Żeby grać w NYC trzeba mieć ołowiane testis, które nie boją się wybuchu medialnej bomby atomowej i wyparują każde promieniowanie niechęci tłumu. Na to stać niewielu. Bo czy nie łatwiej grać gdzieś w satelickich przysiółkach, na mniejszej presji i być królem życia? Na koniec dnia dolary wszędzie mają kolor zielony. A koszt kajzerki jest mniejszy o kilka groszy.

Rok 2010 pokazał jak trudno ściągnąć naprawdę wielkie nazwisko. I miasto nie stanowi wystarczającego magnesu. Wręcz przeciwnie. Nawet Michael Bloomerg nie stanowi czarnej dziury.

Trzy lata temu udało się podpisać człowieka, który rozsypał się jak kawał próchna po dwóch latach i sprowadzono ze sztolni Denver drugiego, którego żona miała już dość grania paprotki w lokalnej telewizji śniadaniowej. Efekt? Jak na załączonym obrazku. Przypomniana to raczej sabotaż

Jedyna pozytywna postać tych pierwszych dwóch miesięcy to T. Hardaway Jr. Dziwię się, że nie wstawia się go do pierwszego zaprzęgu. Może to stanie się dopiero po tym jak I. Shumpert zacznie zdobywać punkty ujemne (NBA już się nad tym zastanawia).

T. Murry sprawił, że J. Lin śpi spokojnie. Ale asysta była jednak oscarowa.

NYK przegrali 10 grę w MSG… czyli tyle ile w całym poprzednim sezonie…

Czy trzeba dodawać coś więcej?

Tak. BKN właśnie wysiadł, mruga awaryjnymi na bocznym pasie. Dziękujemy.

MEM

Memphis też zdaje się znaleźli w takim miejscu, gdzie droga zaczyna robić lekki zakręt pod kątem prostym, za którym jest już tylko ściana. Oczywiście oni też mają teraz ciężki moment naznaczony kontuzją młodszego z braci hiszpańskich i to też jest pewnie jakieś wytłumaczenie. Tyle, że to może kosztować ich postseason. Tam też jak się wydaje potrzebny jest daleko idący wstrząs. Okienko, które jeszcze trzy lata wydawało się otwierać na kilka lat zachodniej dominacji zaczęła spowijać kotara złudzeń. Panie Hollinger, co dalej? Pomogę.

Szala T. Allena już się przechyla (mimo, że wczoraj wygrał mecz i dostał nagrodę Energy Moment of the Game), Z. Randolph (czego wczoraj szczęśliwie nie potwierdził) najlepsze lata ma już za sobą i co raz bardziej przypomina uciesznego misiaczka niż kogoś, kto jest oczywistym członkiem klubu ASG.Z-Bo wczoraj grał na scenariuszu Dantesa – B. Udriha, ale to był bardziej jednorazowy wyskok niż codzienna rutyna. Podobnie kończą swoje mistrzowskie kariery T. Prince, czy M. Miller. Młodość idzie, ale na razie tak bardziej rakiem. Ed Davis pięknie się zaokrąglił na ramionach i kto wie, czy to ciągle nie jest steal dealu za R. Gaya, K. Koufos ma w sobie dużą inteligencję i grecką kulturę koszykarskiej dysputy (czy T. Mozgov jest naprawdę lepszy Timie Conelly?). Mike Conley robi kolejny krok w statystycznej karierze, ale czy będąc fantasy GM’em wybrałbyś go do swojego składu? Jakoś wątpię. Nie wierzę. Nie sądzę.

Do tego w pierwszej piątce wystąpił jakiś gość, który wyglądał, jakby nie stać go było na fryzjera i golił się sam jednorazową maszynką przed lustrem w dworcowej toalecie oraz jakiś Franklin, który dostał 17 minut gry, której nie da się omówić inaczej jak przy użyciu aparatu pojęciowego dla zjawisk paranormalnych. A gwarze zamieszkał Jon Leuer, człowiek, którego wygonili pobratymcy Niemcy z Wisconsin? Mr. Hollinger are you serious?

Może oni się pomylili? Zamiast J.Hollingera zwolnili L. Hollinsa? Na razie tak to wygląda.

0

KOMENTARZE