Rozpal grilla, Z-Bo powrócił

9
fot. The Associated Press

Większość z nas rozpoczęła rok 2012 z bólem głowym, zgagą lub co najmniej nie w swoim łóżku. Niewielu rozpoczęło go w gorszym nastroju niż gracz, który wiosną 2011 roku wypchnął Kevina Garnetta z baneru na Zawszepopierwsze.

Memphis Grizzlies zostali wtedy czwartym zespołem w historii NBA, który będąc rozstawionym z nr 8 pokonał drużynę nr 1, czyli Spurs. Z wszystkich tych niespodziewanych zwycięstw (Denver/Seattle, New York/Miami, Golden State/Dallas) to mogło być jednak najmniej zaskakujące z przebiegu całej rywalizacji. Nie był to comeback Nuggets i płaczący Dikembe Mutombo. Nie była to sensacja na miarę tamtych legendarnych Warriors, smallballu wszystkich smallballi. Nie potrzebny był też Game 7 (czy wówczas w 1999 roku – Game 5) . Grizzlies wzięli bowiem pierwszy mecz w San Antonio i od początku kontrolowali losy serii.

Tamta seria miała też gwiazdkę (*), stąd w pewnym stopniu wziął się ten brak zaskoczenia – Manu Ginobili doznał kontuzji łokcia w ostatnim meczu sezonu regularnego i opuścił pierwszy mecz playoffów. Potem wrócił, trafiał 44,3% z gry, zdobywał 20.6 punktów, rzucił 33 w meczu nr 5, dlatego zwycięstwo Grizzlies nie było i nie jest do dziś postrzegane przez pryzmat kontuzji Manu.

Tamtej wiosny playoffy miały trzech bohaterów – Zacha Randolpha w I/II rundzie (Spurs, OKC), LeBrona Jamesa w II/III (Boston, Chicago) i Dirka Nowitzkiego od początku do końca. Żaden z nich jednak nie wywoływał w kręgu moich najbliższych znajomych większej sympatii niż Z-bo . Kwiecień i maj były wtedy pełne słońca, a Grizzlies byli czymś nowym. Sam pamiętam jak spędzałem wtedy kilka tygodni u rodziców na poddaszu, oglądając playoffy na tarasie, a nie w ciasnej klitce w Warszawie.

To były dobre czasy – pierwsze grille, małe piwko. Brandon Roy miał wtedy w I rundzie swój wielki dzień i pamiętam kilku kibiców Spurs, którzy z wielką klasą, doceniali to co robią Grizzlies. Pamiętam, że jeden z nich nawet nie ukrywał, że choć na zawsze pozostanie tifosi Spurs, to równie dobrze mógłby kibicować Z-Bo i Grizzlies.

Dlatego wpis po zwycięskim meczu nr 6 nazywał się „Jest impreza u Zacha Randolpha. Wszyscy są zaproszeni”. Wkradło się też w to trochę patetyzmu, bo jeśli koszykówka może być inspirująca, to wtedy właśnie dla wielu z nas była:

„To wyjątkowy gość i dziś jest dzień, w którym chcieliśmy docenić to wszystko. Ponieważ naprawdę potrafisz się zmienić, naprawdę mozesz stać się częścią drużyny, naprawdę możesz stać się liderem i wygrywać w playoffach, nie mając łydek Derricka Rose’a czy bicepsów Jamesa. To jest bardzo proste, nie? Jeśli czegoś bardzo chcesz, to możesz to mieć. I świat nie jest tylko dla tych z wybielonymi zębami.”

…bo zwykle jakieś 90% tych wszystkich, których kariery przekreśliliśmy nigdy już potem nie wraca. Nie przekonuje nas do siebie, nie wyjmuje naszych słów z gardeł. Grubiutki Z-Bo, Whack Randolph jak zwali go w Nowym Jorku, którego bliscy przyjaciele trzęśli kiedyś razem z nim dzielnicami łagodnego Portland, oskarżani byli o dealowanie marihuaną, o morderstwo, użycie broni. Gracz, który był od zawsze utalentowanym strzelcem/zbierającym, laureatem nagrody MIP w 2004 roku, ale uznawany był też za największą „czarną dziurę”, najgorszego obrońcę. Stereotypowo postrzegany jako twardziel z getta. Ktoś kto nigdy nie wygra, kto gra przegrywającą koszykówkę.

Po odejściu z Portland, w Nowym Jorku nie przysparzał jednak żadnych problemów poza boiskiem, nie było ich w Clippers  gdzie zaczepił się na chwilę i skąd odszedł 2 lipca 2009 roku za …Quentina Richardsona, gdy Clips wybrali w drafcie Blake’a Griffina. Trafił do Memphis i jego życie się zmieniło. Do Grizzlies dołączył Tony Allen, był już tam Rudy Gay, rozwinęli się Marc Gasol i Mike Conley, a w drugiej części sezonu 2010/11 dołączył Shane Battier. To w Memphis Randolph otrzymał nagrodę NBA Community Award i z czasem powstało wrażenie jakby Randolph urodził się i całe życie tam mieszkał.

1 stycznia tego roku, w Chicago, O.J. Mayo spadł jednak na jego prawe kolano i Randolph zerwał więzadło MCL. Wrócił do gry 16 marca i od razu rzucił 25 punktów w 25 minut meczu z Raptors. W kolejnych 23 spotkaniach, z których tylko cztery rozpoczął w piątce, ani razu nie rzucił jednak więcej niż 17 i miał tylko sześć double-double. W playoffach miał tylko dwa double-double w serii z Clippers i nie mógł wyrwać się z uścisku Reggie’go Evansa – Grizzlies odpadli 3-4, brak tamtego Z-Bo 2011′ robił największą różnicę. Zwłaszcza w czwartych kwartach dwóch porażek u siebie, w których Grizzlies przeżywali klasyczny choke, nie mając komu posłać piłki.

Obecny sezon 31-letni Randolph rozpoczął dużo lepiej, wyglądając żwawiej w polu trzech sekund. Stąd 11 double-double z rzędu na początek sezonu – serii, którą przerwał dopiero najlepszy zbierający ligi Anderson Varejao.

Ani razu jednak Randolph nie rzucił więcej niż 20 punktów i pomimo znakomitego startu Grizzlies, nie był to jednak wciąż ten sam Zach jakiego pamiętaliśmy z playoffów 2011 roku. Aż do wczoraj.  Rzucił 38 punktów (15/22 z gry) i miał 22 zbiórki przeciwko Markieffowi Morrisowi, Luisowi Scoli, Marcinowi Gortatowi i JO, żywo przypominając tego samego Z-Bo, który wiosną 2011 roku brał ciężar na swoje barki, penetrując do środka na lewą rękę, czy trafiając step-backi z prawej strony. To był ten sam gość, który oprócz zaliczania kolejnych Z-Bounds, mógł być też go-to-guy Grizzlies, co praktycznie w meczu nr 6 serii ze Spurs (16pkt w 4kwarcie) przepchnęło Grizz do kolejnej rundy.

Nie wiemy jeszcze czy wczorajszy mecz to tylko jednorazowe zdarzenie, oby nie, ale ten jeden mecz Randolpha mógł być dla Grizzlies i ich fanów bardziej inspirujący i ważniejszy niż 12-1 w listopadzie. Świadczyły o tym ich reakcje w dogrywce czy zając na twarzy Tony’ego Allena. Zobaczcie highlight, jeśli nie widzieliście tego w gruncie rzeczy słabego występu Grizz, który uratował Zach. Klip z kanału youtube Piotrka Zarychty z bloga ZkrainyNBA.


Poprzedni artykułPodcast Small Talk: Ile znaczy MVP sezon Kobe’go?
Następny artykułMecz, o którym Heat już zapomnieli

9 KOMENTARZE

  1. ZBO ładnie testował Gortata. A to jego niezauważalne faule są the best. Kozak. Mam niezłą bekę jak wszyscy obok skaczą, a ZBO sobie stoi, zastawia tyłkiem i łapie każdą zbiórkę :D

    Lubię to: 0
  2. Nie oglądałem meczu tylko skróty , ale z tego co widziałem MG robił wszystko w obronie na Z-Bo jak należy, to był dzień Z-Bo i tyle.Gortat oddaje przez 35 min 4 rzuty , a Scola i JO 25 w 56 min. Pewnie niedługo Marcinek ponownie się wkur…:)

    Lubię to: 0
  3. Z-Bo ! Z-Bo ! Z-Bo !
    Wyjątkowo oglądałem mecz z dziewczyną, która chciała zobaczyć Marcina w akcji. Po pewnym czasie zakochała się w „tym Wielkim Miśku”, który robił wszystko :D

    Lubię to: 0
  4. Juz chciałem pisac ze brakuje mi jego rzutow z poldystansu, ale pod sam koniec meczu przrobił tak bardzo dobrze broniacego Gortata. W playoffach trafial bardzo duzo takich step backow czy poprostu rzutow po zwodach z 4-5 metrow

    Lubię to: 0