
Dniówka: Hard cap wprowadzony pod fartuchami
Salary cap obowiązuje w NBA już od przeszło 40 lat, wyznaczając limit wydatków drużyn na pensje zawodników. Ale mimo że samo określenie „limit” oznacza jakąś granicę, której teoretycznie przekroczyć nie można, tutaj tak to nigdy nie działało. W NBA od zawsze traktowano je bardziej jako punkt odniesienia dla drużyn i sposób wyznaczania wartości kontraktów, ponieważ nie było sztywnych limitów ograniczających wydawanie pieniędzy.
To tak zwane „miękkie” salary cap, gdzie można przekraczać wyznaczoną linię, wykorzystując przeróżne wyjątki. W NBA ich nie brakuje – od wyjątku Birda pozwalającego zatrzymać swojego zawodnika bez oglądania się na salary cap zespołu, przez midlevel exception pozwalający podpisać gracza z rynku mimo braku wolnych pieniędzy, po trade exception umożliwiający przejęcia zawodnika w wymianie w „wirtualnie stworzone miejsce w budżecie”.
Zatrzymując zawodników wybranych w draftach, wykorzystując umiejętnie wyjątki i kreatywnie konstruując wymiany, drużyna mogła mocno przekraczać salary cap. Ostatecznie głównym ograniczeniem była głębokość portfela właściciela i jego gotowość do poniesienia kosztów podatku. Wraz ze wzrostem wydatków coraz szybciej wzrasta również podatek, a kolejne sezony spędzone w gronie płatników oznaczają jeszcze wyższą stawkę. Właśnie to miało skutecznie odstraszać drużyny przed tworzeniem zbyt kosztownych składów.
Ale nie na wszystkich to odstraszanie działało. Pokusa była zbyt duża. Mistrzostwa kosztują. Generalnie za naprawdę silny skład trzeba zapłacić więcej. Do 2024 roku, 11 z kolejnych 15 zdobywców pucharu Larry’ego O’Briena było zespołami płacącymi podatek. Oczywiście wielkie wydatki jeszcze nic nie gwarantują i nie zawsze idą w parze z wielkimi sukcesami, ale im silniejszy skład, tym szanse większe. Dlatego niektórzy właściciele byli skłonni ponosić astronomiczne koszty za mistrzowskie marzenia.
W sezonie 2023/24 salary cap wynosiło $136 milionów. LA Clippers za swój gwiazdorski zespół z Kawhiem Leonardem, Paulem George’m i Jamesem Hardenem przekroczyli ten pułap o $76 milionów. To przełożyło się na dodatkowe $142 miliony podatku, ale co to dla jednego z najbogatszych ludzi na świecie? Steve Ballmer bardzo chciał, by jego drużyna wreszcie sięgnęła po tytuł. Ale to nawet nie on wydawał wtedy najwięcej w całej lidze. Jeszcze więcej płacili Golden State Warriors mający nadal duet Splash Brothers, do którego dodali Chrisa Paula. Ustanowili absolutny rekord z rachunkiem podatkowym za $178 milionów.
To był ostatni sezon przed wprowadzeniem drugiego apronu. NBA już wcześniej, przy okazji negocjacji nowej umowy CBA, zareagowała na zachowanie najbogatszych klubów coraz mniej liczących się z kosztami. Wprowadzono nowe ograniczenia, żeby wyrównać szanse w całej lidze. Reszta drużyn nie mogła sobie pozwolić na tak kosztowny wyścig zbrojeń. A skoro konsekwencje podatkowe nie wystarczały, wprowadzono również restrykcje dotyczące konstruowania składów dla drużyn przekraczających za mocno poziom salary cap.
Teraz nadal można wydawać mnóstwo pieniędzy na skład, ale aprony to utrudniają, bo trudniej pozyskiwać nowych graczy, a także oznaczają dodatkowe, niefinansowe koszty, jak osłabienie assetów przez zamrożenie przyszłego picku w drafcie. Sprawiają, że nawet jeśli drużyna gotowa jest płacić ogromny podatek, nie może już sobie pozwolić na niezważanie na koszty. Musi wziąć pod uwagę ograniczone pole manewru w sprawach kadrowych i długofalowe konsekwencje znajdowania się ponad apronami. Od tej pory nie chodzi już wyłącznie o pieniądze.
W ten sposób NBA weszła w erę apronów, które zmuszają zespoły do dostosowania swojego podejścia i sposobu konstruowania składów. To ogromna zmiana, ponieważ pod tymi fartuchami – bo to właśnie znaczy po angielsku „apron” – wprowadzono system bardzo zbliżony do hard capu. Nie jest to jeszcze do końca hard cap, bo ciągle można przekraczać limity. Chociażby Oklahoma City Thunder nie musieli rezygnować z Isaiaha Joe i Aarona Wigginsa, ale przehandlowali ich, ponieważ potrzebowali miejsc dla debiutantów, a przede wszystkim chcieli zmniejszyć ogromne koszty podatku. Na pewno jednak zasady wyraźnie się usztywniły i bardzo łatwo znaleźć się obecnie w sytuacji, w której zespół wpada pod realny hard cap.
W tym momencie większość ligi jest ograniczona w ten sposób, ponieważ wystarczy wykorzystać jeden z mechanizmów niedozwolonych ponad apronem, żeby automatycznie linia apronu stała się twardym, nieprzekraczalnym limitem wydatków. Przykładowo, jeśli wykorzystasz większy midlevel exception albo w wymianie przejmiesz więcej pieniędzy niż oddajesz, przez cały sezon nie możesz już przekroczyć pułapu pierwszego apronu (w tym momencie znajduje się on $44mln ponad linią salary cap).
Poza tym drużyny same już zaczynają się ograniczać i traktują drugi apron jak coś, od czego trzeba trzymać się z daleka. New York Knicks mogli zatrzymać swoją mistrzowską ławkę, łącznie z Mitchellem Robinsonem, ale nie zrobili tego, ponieważ James Dolan dał jasne wytyczne managementowi, żeby nie wchodzić w drugi apron. Nie chce narażać drużyny na konsekwencje restrykcji. Ale to również idealna wymówka do niezwiększania wydatków. O tym właściciele marzyli od zawsze.
Od dawna próbowali przeforsować sztywniejsze limity, żeby ułatwić sobie kontrolowanie kosztów i nie musieć prześcigać się w wydatkach. Bo oczywiście każdy chce wygrywać, ale ostatecznie to przecież ogromny biznes i chodzi o pieniądze – żeby więcej zarabiać niż wydawać. Aprony zdecydowanie w tym pomagają, a przy okazji właściciele nie narażają się na narzekania kibiców swojego klubu, że są „skąpi”. Wcześniej często to słyszeli, gdy nie chcieli płacić zbyt wysokiego podatku. Teraz są po prostu rozsądni, bo nie można narażać zespołu na drugi apron.
Nic dziwnego, że NBA jest bardzo zadowolona z nowego systemu. Adam Silver oczywiście nie mówi o ochronie kieszeni właścicieli, ale wskazuje, że aprony zadziałały jak należy, ponieważ szanse w całej lidze jeszcze bardziej się wyrównały. Najbogatsze kluby straciły swoją przewagę. Co prawda coroczna zmiana mistrza nie jest jeszcze efektem apronów, ale właśnie do takiego modelu liga dążyła – większej nieprzewidywalności i szans dla wszystkich. Założenie wydaje się słuszne. Wszyscy operują w podobnych granicach wydatków, dlatego zamiast wyścigu zbrojeń i sięgania po kolejne gwiazdy, ważniejsza staje się kreatywność i umiejętność wyszukiwania talentów. Trzeba po prostu mądrze wydawać pieniądze. Niestety już widać również negatywne konsekwencje, ponieważ nawet świetnie prowadzonym zespołom raczej nie uda się dłużej utrzymać i prędzej czy później będą zmuszone rozbić swój skład.
Na razie trwa okres przejściowy, w którym managerowie próbują dostosować się do nowych warunków i czasami prowadzi to do szokujących ruchów. Jak oddanie Jaylena Browna przez Boston Celtics. Brad Stevens tłumaczył, że nie mogą sobie pozwolić, żeby 70% salary cap przeznaczać tylko na dwóch zawodników. Na pewno uzupełnienie takiego składu jest o wiele trudniejsze, gdy trzeba zmieścić się w ramach sztywniejszych limitów. Dlatego też tak istotna jest decyzja Victora Wembanyamy, który zrezygnował z szansy na super-maxa i jego nowy kontrakt rozpocznie się od 25% salary cap, zapewniając San Antonio Spurs nieco więcej elastyczności.
To z kolei nie podoba się Związkowi Zawodników. Bardzo narzekają na aprony, które utrudniają drużynom zatrzymywanie swoich zawodników, z czasem coraz droższych, co w konsekwencji przerzuca ciężar utrzymania składu na graczy, zmuszając ich do finansowych poświęceń. Wemby musi pomóc Spurs, żeby mieć większe szanse na tytuł. Tymczasem w Bostonie dwa lata po mistrzostwie już mało kto pozostał z tamtego składu. Zawodnicy coraz częściej będą musieli wybrać między zarobkami a wygrywaniem. Drużyny natomiast częściej będą musiały kierować się finansami niż aspektami czysto koszykarskimi.
To zupełnie nowe realia. Dużo mówi się o wpływie apronów, ale chyba za mało nadal podkreśla się, jak rewelacyjna jest to zmiana dla funkcjonowania drużyn i całej NBA. Nie same aprony, tylko wprowadzony przez nie hard cap. Dotychczas mieliśmy ligę z „miękkim” salary cap, gdzie wyjątkiem były sytuacje twardego limitu wydatków, podczas gdy obecnie wyjątkiem staje się przekroczenie pewnych limitów, ponieważ albo jest to hard cap, którego przekroczyć nie można, albo obawy o restrykcje, których chce się unikać.

1. Czy Boston nadal nie przeznacza praktycznie 70% salary cap na dwóch zawodników?
2. Czemu w sumie to przeszkadza Związkowi Zawodników, jeśli dobrze rozumiem, to zawodnicy nadal dostają 51% „basketball-related income” a wszystkie te zasady co najwyżej zmieniają do kogo to jest dystrybuowane?
1. Tak, dlatego ten trade był tak fatalny. Ale Stevens widzi dużą korzyść w krótszej umowie PG
2. Teoretycznie tak, ale w obecnych warunkach zmieni się również sposób konstruowania kontraktów – krótsze umowy i mniej pieniędzy gwarantowanych na przyszłość
Ad. 2 mniej pieniędzy gwarantowanych konkretnym graczom, tak? Bo sama pula do podziału nadal będzie taka sama? Czy ja czegoś nie rozumiem i w efekcie tego gracze jako grupa w jakiś sposób zarobią mniej?
Tak, dla konkretnych graczy. Chodzi o to, że gracz np dostaje kilkuletni kontrakt, ale z gwarancją tylko na jeden sezon, bo drużyna dba o elastyczność. Globalnie zawodnicy dostaną swoje, ale większa będzie „grupa ryzyka” – zawodników bez pewnych pieniędzy na kolejne lata. To ma dużo sensu dla drużyn, ale w interesie zawodników (tych tworzących obecnie Związek) są długie gwarantowane umowy
Hej , hej tu NBA. Witam wszystkich :)
Te aprony z karami to dobra sprawa. Mamy dzięki temu dużo wymian między klubami i aktywne lato. Ale wielkość supermaxa moim zdaniem to przesada. Dla jednego zawodnika 25% salary powinno być twardym limitem.
Ciekawa sytuacja jest i będzie w Denver. Kontrakty rosną a Jokic będzie chciał podpisać nowy za 70 mln$ za sezon mniej więcej na sumę 350mln Jeszcze trochę i będzie bańka za mecz!
W sezonie 30/31 Shai i Mitchell mają opcję zawodnika na 75 mln i będę zaskoczony jeśli rozegrają po 75 spotkań ;)
Bo ja wiem. Jokic, LeBron czy Curry w prime na luzie byli/są warci 35% salary. Można by ewentualnie zaostrzyć co trzeba osiągnąć żeby się zakwalifikować do takich zarobków, ale z drugiej strony cały czas jest po prostu opcja, żeby drużyny im tyle nie dawały.
hmm jesli spojrzymy na mistrzow ostatnich lat, poza wyjatkami jak LA lebrona, czy warriors z kilku powodow, wyglada na to ze jest pewne okno na mistrzostwo, i ono sie jakby zamyka jak drugi gracz wchodzi w max deal, wydaje sie ze tytul wygrywaja druzyny ktore maja elitarnego top6 gracza przed hipermaxem, i kolejnego 1-2 all starow tanio, przed maxem..
czyli tak jakby troche wiek, staz w lidze gwiazdy druzyny limitowal zbudowanie realnego kontendera w pewnym momencie, gdy ma ok 28 lat i wchodzi 3ci kontrakt
OKC – shai 26
celtics – tatum 26 brown27
nuggets – jok 28, mur 26
bucks – giannis 26
tor – kawhi 27
potem wchodza may, supermaxy i koniec gier w finale bo brakuje capu na reszte skladu
warriors i knicks to inne tematy, lebron tez specifuczny, zawsze druga gwiazda duzo mlodsza, ale tez dowozil bylejaki sklad w sumie, okc tez mega specyficzni
wychodzi ze teraz chyba najlepsze okna wg takiej analityki maja chyba zdecydowanie jeszcze OKC, dalej chyba minny i moze lakers jak wszystko wypali, no i knicks i sas
Supermax tylko dla MVP, inaczej 25% dla reszty i miałoby to sens
Odrobinę szerzej first NBA to by było to.