The Irishman: Don Patrick James O’Riley – część 1

9
fot. AP Photo

Finały NBA 2020 to już coraz bardziej odległa historia, ale na przybliżenie sylwetki Pata Rileya, w środowisku znanego po prostu jako “Godfather”, nigdy nie jest za późno. Na pewno nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, a przecież siedzi w tym biznesie już grubo od ponad pół wieku. I nie ma co ukrywać, że wśród wciąż jeszcze aktywnych ludzi starszego pokolenia w NBA niewielu może się z nim równać pod względem charyzmy, a przede wszystkim osiągnięć.

W dobie niekończących się i w gruncie rzeczy bezcelowych debat prowadzonych przez miłośników “kóz” i innych zwierząt z racicami zapominamy często o ludziach, którzy mają tak naprawdę kluczowy udział w końcowych sukcesach swoich zespołów. To ich główni architekci, z reguły generalni menadżerowie lub prezydenci klubów.

Gdybyśmy mieli utworzyć skład Mount Rushmore tej kategorii, to kto znalazłby się w topowej czwórce? Kogo faktycznie bronią liczne sukcesy i kto był prawdziwym wizjonerem, geniuszem, “pięknym umysłem” koszykówki? Daryl Morey? Niech stanie w kolejce i wróci, kiedy już zdobędzie tytuł. Jerry Krause? Kandydatura jak najbardziej do rozważenia, mimo tych licznych wiader szamba, jakie na niego wylano w “The Last Dance”. Phil Jackson? Jego ostatni epizod w Knicks pogrzebał na to jakiekolwiek szanse.

Szukając najbezpieczniejszych wyborów zostaje nam właściwie tylko kilka opcji: Red Auerbach, Jerry West, Gregg Popovich i Pat Riley, gdzie ten ostatni kasuje właściwie konkurencję jednym argumentem. Od lat 70. aż do dziś, nieprzerwanie w każdej dekadzie, przynajmniej raz znalazł się w finale NBA w jakiejś znaczącej roli – zawodnika, trenera lub właśnie prezydenta klubu. Tego właściwie nie idzie przebić i nie wiadomo czy kiedykolwiek komuś uda się podobna sztuka. Pat Riley doskonale wie też jak smakuje mistrzowski szampan.

Ten zapewne największy miłośnik brylantyny w historii koszykówki łączy tym samym całe pokolenia. Bez względu na to, kiedy ktoś zaczynał interesować się NBA nazwisko Riley poznawał dość szybko. Z pewnością sam jego image – idealnie skrojone garnitury od Armaniego i specyficznie ułożone włosy – w połączeniu z jego sposobem bycia również szybko zwracały na siebie uwagę. W końcu nawet w tych najdawniejszych polskich transmisjach meczów da się wyczuć pewną fascynację Rileyem u pana Włodzimierza Szaranowicza.

Ale nie ma w tym nic dziwnego. Już w latach 80. Pat Riley był bez wątpienia najlepiej ubranym i najbardziej eleganckim spośród wszystkich trenerów w lidze, a rywalizować z nim w tym względzie mógł chyba jedynie Chuck Daly. Zresztą już od najmłodszych lat zwracał uwagę na swój wygląd. Lubił modne ciuchy i jako nastolatek wydawał na nie większość swoich pieniędzy – zarówno z kieszonkowego, jak i z prac dorywczych.

Zostawmy jednak na boku ten trenerski świat mody, bo to przecież tylko ułamek tego, z czego składa się prawdziwy wizerunek Rileya. Nie będzie w końcu żadnej przesady w stwierdzeniu, że to jedna z najważniejszych postaci w tej grze. Cwany lis pod wieloma względami. Menadżerowie innych drużyn raczej nie czują się pewnie, gdy dowiadują się, że walczą o podpis danego gracza z tym charakternym seniorem o irlandzkich korzeniach. Gdy Pat Riley wchodzi do pokoju i zaczyna rozmowę z kandydatem do gry w Miami Heat, ciężko jest powiedzieć “nie”. Po prostu po jego stronie jest zbyt wiele atutów i nazwyczajniej w świecie wie, czego szuka do swojego zespołu.  Jimmy Butler nie pojawił się przecież na Florydzie przez przypadek. Idąc z Rileyem na wojnę, wiesz że masz olbrzymią szansę na wygraną.

“On po prostu chce wygrywać, a my chcemy dokładnie tego samego”.

Mówił przed rokiem o swoim najważniejszym nabytku.

Zresztą przerabiał to już wcześniej. W końcu to on sprowadził LeBrona do Miami przed 10 laty – co było zapewne najbardziej spektakularnym ruchem na rynku transferowym od czasu przejścia Garnetta do Bostonu czy jeszcze wcześniej Shaqa do Lakers – dając tym samym Heat kolejne dwa tytuły mistrzowskie w kolekcji. W pierwszym, zdobytym w 2006 r., miał jeszcze większy udział. W trakcie sezonu zastąpił przecież Stana Van Gundy’ego i powrócił na ławkę trenerską. Mimo iż Heat zakończyli sezon z dopiero piątym bilansem w lidze (52-30), wygrali finały po pasjonującej serii z Dallas Mavericks.

Lecąc do Teksasu na szósty mecz Riley był podobno na tyle pewny swego, że zabrał ze sobą tylko jeden garnitur, krawat i koszulę. Porażka i potencjalne siódme spotkanie nie wchodziły w grę.

Zresztą olbrzymia pewność siebie, wręcz niekiedy jawna arogancja od zawsze była jednym ze znaków charakterystycznych Rileya. Nie dostajesz w końcu w tym światku ksywy “Ojciec Chrzestny” przez przypadek.

Pat Riley nigdy nie miał problemu z brakiem wiary we własne możliwości. Wiedział na co go stać i ile ciężkiej pracy i zaangażowania wkładał w swoje codziennie obowiązki. To typ pracoholika, który nie uznaje drogi na skróty. Tego samego wymagał zresztą zawsze od swoich graczy. Nie godzi się z porażkami i uwielbia rywalizację – wszystko jedno czy chodzi o grę w bilard czy siłowanie się na rękę, co było podobno jego prawdziwą pasją we wczesnej młodości.

Jak wiadomo sukcesy Rileya jako szkoleniowca nie rozpoczęły się jednak na Florydzie, a w odległym Los Angeles, z dość krótkim przystankiem w Nowym Jorku. Historia jego trenerskiej kariery jest o tyle ciekawa, że rozpoczęła się właściwie przez przypadek. Rozwijała się jednak niezwykle dynamicznie. W wieku zaledwie 43 lat Riley miał już na koncie 4 mistrzowskie tytuły jako główny trener oraz jeden zdobyty jeszcze jako asystent.

Ale cofnijmy się jeszcze wcześniej i spróbujmy poznać nie Pata Rileya – wybitnego szkoleniowca i działacza, ale Pata Rileya – zawodnika.

Ten potomek irlandzkich emigrantów sport miał bowiem we krwi i właściwie od najmłodszych lat przejawiał liczne talenty w tej sferze. Zacznijmy od tego, co być może często umyka nam podczas transmisji, gdy kamera namierzy już tego sędziwego mężczyznę. Mimo skończonych przecież 75 lat Riley wciąż świetnie się trzyma. Nadal może pochwalić się nienaganną i wysportowaną jak na swój wiek sylwetką. W młodości był to przeciez kawał chłopa, niezwykle wszechstronny sportowiec, któremu oficjalnie dawano 193 cm wzrostu i to zanim mierzenie w butach stało się powszechną praktyką.

Z takimi warunkami idącymi w parze z rodzinnymi tradycjami (ojciec Pata, Leon Riley z przerwami przez aż 22 lata grał w baseball – głównie w niższych ligach, ale miał też epizod w Philadelphia Phillies, natomiast starszy brat Lee spędził kilka sezonów w NFL w barwach Detroit Lions, Philadelphia Eagles oraz New York Giants) nie było właściwie opcji, aby młody Patrick James nie zaczął uganiać się za piłką – wszystko jedno jaką. Ostatecznie długo nie mógł zdecydować się pomiędzy tą do koszykówki oraz footballu amerykańskiego. Był świetny w obu tych dyscyplinach, a także w wielu innych.

Wieść o utalentowanym małolacie z Schenectady w stanie Nowy Jork rozchodziła się równie szybko co promile we krwi po wypiciu butelki Jamesona. Warto powiedzieć, że Riley swoje pierwsze koszykarskie kroki stawiał pod okiem trenera z polskimi korzeniami, Walta Przybylo, który z kolei był uczniem innej lokalnej legendy w świecie młodzieżowych lig, Siga Makofskiego.

Ciekawostką może być również fakt, że na początku lat 60. Riley, jako gracz liceum Linton miał okazję grywać przeciwko szkole Power Memorial – w tamtym czasie nowojorskiej potędze w rozgrywkach szkół średnich. Największą gwiazdą tej drużyny był nie kto inny jak Lew Alcindor, później Kareem Abdul-Jabbar i podopieczny Rileya w czasach Lakers. Podczas jednego ze świątecznych turniejów młodym graczom Linton udało się nawet wygrać 74:68, m.in. dzięki 19 punktom Rileya (Alcindor miał ich wówczas tylko 8).

Osiemnastolek z Schenectady miał wszelkie powody, aby mierzyć wysoko. Przez długi czas z sukcesami udawało mu się łączyć grę w rozgrywkach koszykarskich i footballowych. Ostatecznie postawił jednak na sport od Jamesa Naismitha. Wybrał ofertę stypendialną od Adolpha Ruppa i jesienią 1963 r. zameldował się na kampusie w Lexington w stanie Kentucky jako przyszły koszykarz Wildcats, przecierając szlaki choćby dla Bama Adebayo czy Tylera Herro.

__________________________________

Chcesz czytać dalej?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, zapraszamy do naszej sekcji z darmowymi artykułami, gdzie będziesz mógł przekonać się, że naprawdę warto.

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni49 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni159 zł

47

KOMENTARZE

  1. Dziękuję Piotr. Czekam na druga część NYK + Pat Riley musze zaopatrzyć się w chusteczki bedzie płacz z tęsknoty za tamtymi czasami. Moja przygoda z NBA sie wtedy zaczęła i miłość do Knicks. Mimo że nic nie wygrali( jeb..y Jordan) moja ulubiona druzyna w historii.

    Lubię to: 3
        • Michcio ja bym tam chciał taką podróbę pooglądać teraz w NYC, ale masz rację Ewing później trochę był trudniejszy w odbiorze. Pewnie wynikało to z frustracji często obarczał winą kolegów z drużyny nie było już tam tej chemii.

          Lubię to: 1
      • To prawda też byli super. Pamiętam jak jarałem się jak LJ przyszedł do Nowego Jorku. Później okazało się, że przez kontuzje nie wiele zostało z tego Larrego z Charlotte. JVG mówił, że mimo ogromnego bólu Grandmama jest najciężej pracującym zawodnikiem z jakim miał do czynienia w swojej karierze. Mimo tego że został przepłacony warto było go ściągnąć żeby trafił tą akcje przeciwko Indianie za 4punkty. Często to oglądam i cały czas mam dreszcze. Kawał historii.

        Lubię to: 2