Kajzerek: 20 lat Marka Cubana

6
fot. Stephen Lew / Newspix.pl

4 stycznia 2000 roku Mark Cuban uścisnął dłoń Rossa Perota Juniora zawierając istotną dla NBA transakcję. Liga zyskała właśnie osobowość, która dosypała nieprzewidywalności do jej smaku. Do Dallas Cuban trafił w lipcu 1987 roku. Podjął wówczas pracę jako barman w barze na Greenville Avenue. Jego ambicje sięgały dalej niż rozlewanie drinków rówieśnikom. Po kilku miesiącach był już młodszym sprzedawcą w sklepie z elektroniką. Został zwolniony po roku za to, że za plecami pracodawcy knuł plan utworzenia nowego biznesu…

Nigdy nie chciał się podporządkować. Był stworzony do tego, by szukać niestandardowych rozwiązań. Mógł być albo szefem, albo frajerem, który stracił całą młodość na infantylnym buncie. W 1990 roku sprzedał MicroSolutions – wspomniany wcześniej “nowy biznes” za 6 milionów dolarów. Jednym z największych klientów usług jakie Cuban oferował był Perot Systems, którego właściciel był także włodarzem Mavericks.

– To był pierwszy sklep w Dallas. Zarabiałem 18 tysięcy dolarów rocznie – wspomina Cuban opowiadając o pierwszej pracy. – Musiałem zmiatać podłogę i otwierać sklep, ale wcale mi to nie przeszkadzało. Kiedy będę opowiadał moim przyszłym ex-dziewczynom, że pracuję w komputerowym, nie będę przecież mówił o zamiataniu. […] Czy myślałem wtedy o byciu właścicielem Dallas Mavericks? Proszę Cię… cieszyłem się, że będę miał więcej niż 20 dolarów na imprezę – dodaje Cuban.

Know-how? Nie miał żadnego… Wiedział jednak, że klienci wchodzący do pierwszego w Dallas sklepu komputerowego staną w drzwiach zdumieni tym, jak bardzo muszą się zdać na jego opinię. By mieć jakąkolwiek przewagę, Cuban zabierał instrukcje obsługi do domu i czytał wieczorami. Przy okazji odkrywał fenomen nowych technologii, co zakiełkowało pomysłami na przekucie tego w konkretny zysk.

– Mało kto czytał instrukcje, więc wszyscy myśleli, że naprawdę się na tym znam. Ludzie zaczęli szanować to, że jestem w stanie przedstawić im różne propozycje, które mamy do dyspozycji w naszych pakietach. Zacząłem instalować nasze oprogramowania i lepiej je poznawać. W efekcie ludzie prosili, bym robił to za nich. Przyjeżdżałem do ich domów i kasowałem po 25 dolarów dodatkowego zarobku. […] W końcu pierwszy raz w swoim życiu miałem na koncie tysiąc dolarów – wspomina.

Świat komputerów pochłonął go do reszty. Było jasne, że Cuban prędzej czy później będzie musiał podjąć ważną życiową decyzję i stworzyć konkurencję dla ludzi, którzy dali mu szansę. Wzruszył ramiona i otworzył kolejne drzwi swojej przebojowej kariery. Ta na dobrą sprawę zaczęła się gdy miał 12 lat sprzedając sąsiadom worki na śmieci. Za pierwsze własne dolary kupił buty do tenisa.

In business, to be a success, you only have to be right once.

Wytrwale uczył się na błędach innych. Obserwował branże z bardzo bliska, był bardzo skrupulatny w swoich działaniach i niczego nie pozostawiał przypadkowi. Czasami w biznesie trzymała go tylko i wyłącznie nadzieja, że pewnego dnia cały ten wysiłek i nie mająca dna wiara odpłaci mu się sukcesem, na jaki tak długo czekał. Nie można odmówić mu charyzmy i wytrwałości – to one ostatecznie doprowadziły Cubana do miejsca, w jakim znajduje się teraz.

Zaraz po tym, gdy sprzedał MicroSolutions, wziął sobie wolne od technologii i przechlastał dużą część pieniędzy na imprezy. Taką czuł wówczas potrzebę i głosy namawiające go do inwestycji z dziką satysfakcją ignorował. Wiedział co robi. Po jakimś czasie zaczął handlować akcjami branży komputerowej. Zarabiał ogromne pieniądze w obszarze nadchodzącego “bumu”. Człowiek w końcu okiełznał technologię i za jej pomocą tworzył XXI wiek, a dla Cubana była to doskonała okazja, by ułożyć sobie plan na resztę życia.

W latach 90. prawdopodobnie ani razu nie zgubił swojego głupkowatego uśmieszku. Był prawdziwym rekinem używając palca wskazującego niczym Jay Gatsby. Świat stanął przed Markiem Cubanem otworem, a on wcale nie chciał brać wszystkiego dla siebie. Wziął tyle ile potrzebował, a potem oddał zabawie. Przejawem tego był serdeczny uścisk dłoni z Rossem Perotem Juniorem, który przekazywał w jego ręce zespół Dirka Nowitzkiego.

***

Dla wielu pojawił się znikąd i był wielką zagadką. Nie budził zaufania, wręcz otaczał się kontrowersjami, co prowadziło do wielu zabawnych potyczek między nim i komisarzem Davidem Sternem. Mieli do siebie ogromny szacunek, co Cuban bardzo często podkreślał. Kilka dni po śmierci byłego sternika przyznał otwarcie, że traktował go jak koszykarskiego ojca.

Natomiast Mavericks – wbrew pozorom – nie byli odbiciem swojego właściciela. Piętnastokrotnie grali w play-offach, dwa razy w wielkim finale i w 2011 zdobyli upragnione mistrzostwo, które sprawiło, że Cuban pozbył się wszelkich wątpliwości, co do własnego sposobu zarządzania. Zapłacił za Mavs 285 milionów dolarów, według wyliczeń Forbesa – w tym momencie zespół jest wart około 2,3 miliarda dolarów.

Wielokrotnie w przekroju ostatnich lat Mavs byli także nagradzani za swoje działania biznesowe i marketingowe. Ich niezwykłe przywiązanie do lokalnej społeczności wyrażało się we wsparciu, jakiego Cuban udzielał i cały czas udziela ośrodkom wychowawczym czy wszelkim inicjatywom charytatywnym.

Cuban skutecznie wpisał się w rosnące zapotrzebowanie na rozrywkę z absolutnie najwyższego poziomu i zapewnił kibicom platformę, w którą inwestują czas i pieniądze. Wyciągnął wiele lekcji ucząc się świata technologii, więc gdy dostrzegł potencjał tkwiący w NBA, razem z ligą parł do przodu zarabiając coraz więcej pieniędzy. Co odróżniało go od pozostałych właścicieli ekip, to na pewno poziom zaangażowania. Cuban otoczył się rzecz jasna specjalistami w swojej dziedzinie, ale nie odebrał sobie prawa do ostatniego słowa. Jest modelowym przykładem, iż pańskie oko konia tuczy.

– Ciągle jednak najlepszą częścią kupna tego zespołu, poza wygrywaniem, jest możliwość wyjścia na parkiet 40 minut przed meczem i rzucanie do kosza. To najlepsza rzecz, bez wątpienia – mówi Cuban.

Dirk Nowitzki parsknie śmiechem, jeśli spytacie go ile razy Cuban rzucał mu wyzwania, gdy Niemiec wychodził na przedmeczową rozgrzewkę. Obowiązek zabawiania właściciela w ostatnim czasie spadł na Lukę Doncicia. Cuban pozostaje przekonany, że jest w stanie sprawić, by Doncić stracił choć kropelkę potu w tej potyczce. To rodzaj pozytywnej aura, którą Mark stara się objąć wszystkich związanych z organizacją. Niestety jest tak bardzo zakochany, że czasami pewne rzeczy mu umykają lub przestaje mieć na uwadze troskę o wszystkich.

Skandal z 2018 roku był jego winą. Wówczas jeden z szefów Mavs – Terdema Ussery, został oskarżony przez kilka kobiet pracujących w organizacji o molestowanie seksualne. Mavs nie zachowali się wówczas tak, jak powinni. Cuban próbował zamieść sprawę pod dywan, a Ussery pozostał bezkarny. Gdy NBA przyjrzała się z bliska i dostrzegła rażące naruszenia, nałożyła na właściciela Dallas Mavericks karę. Poszedł o krok dalej i zamiast kary przeznaczył 10 milionów dolarów na rzecz organizacji walczących z molestowaniem seksualnym w miejscach pracy.

Ussery nie stanowił całego problemu. Prowadzone śledztwo wykazało, że w Mavs panowała ogólna tolerancja na zachowania dalece odbiegające od normy. Gdy sprawa w końcu trafiła na wokandę, Cuban próbował się nieudolnie ratować. Tym razem nie miał gotowej ciętej riposty i okrojonego ze skrupułów komentarza. Musiał zaakceptować swoją winę i przeprosić.

To historia, która bez wątpienia rzuci się dużym cieniem na całą kadencję Cubana. Nie zmienia to faktu, że pozostaje szczęśliwym właścicielem drużyny, a ta pod jego opieką kwitnie, więdnie, a potem znów kwitnie. Ten naturalny cykl na pewno Mavs sprzyja. Ułatwia rywalizację w bardzo konkurencyjnym środowisku zachodniej konferencji. Szczególnie cenioną wartością w hierarchii Mavs jest stabilizacja. W trakcie 20 lat tylko trzech trenerów (Don Nelson, Avery Johnson, Rick Carlisle) i tylko dwóch generalnych menadżerów (Don Nelson, Donnie Nelson).

– Teraz staram się tym po prostu cieszyć. Obserwuję grę i szukam niuansów, rozwiązań, które stosuje Rick [Carlisle]. Staram się docenić moich trenerów i graczy za pracę, jaką wykonują – podkreśla. – Wiele zespołów zaczęłoby panikować i zwalniało trenerów, zamiast pozwolić popracować komuś z CV na Hall-of-Fame – dodaje.

40 lat… to prawdopodobnie granica Marka Cubana. 40 lat w roli właściciela ekipy NBA. Nigdy nie udawał, że się na tym zna, miał lepsze i gorsze momenty. Jest w połowie swojej intensywnie zmieniającej kurs drogi, przepełnionej barwnymi wypowiedziami, niefrasobliwością i dziecięcą radością. Aż trudno stwierdzić, czy NBA takich Cubanów potrzebuje więcej, czy jeden w zupełności wystarczy.

47

KOMENTARZE

  1. Ballmer to bedzie pierwszy wlasciciel,ktory zejdzie z tego swiata podczas meczu. Jego twarz przyjmuje wszystkie kolory teczy, jak siedzi na trybunach i emocjonuje sie meczem

    Lubię to: 5
  2. Ucieszyłem się na ten artykuł ale dość szybko się skończył. Ten przeskok z zarobienia 6mln za MicroSolutions i kupieniem Mavs za 285mln był trochę rozczarowujący. W sumie niewiele się dowiedziałem a rozbudziłeś mój apetyt.

    Lubię to: 20