Przy okazji zachęcam również do odświeżenia tekstu o Nets autorstwa zNYKa.
Tyle tytułem wstępu. Zaczynamy!
Chociaż Jerry Colangelo sprawiał wrażenie, jakby nie chciał powiedzieć wprost, co zadecydowało o spektakularnym i niespodziewanym transferze Jasona Kidda do New Jersey, wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że nie były to pobudki związane z osiągami na koszykarskim parkiecie. W przeciwnym razie, raczej nikt przy zdrowych zmysłach nie wymieniłby Kidda na Stephona Marbury’ego.
Colangelo szedł jednak w zaparte i najwyraźniej palił głupa podczas konferencji prasowej:
„W zeszłym sezonie było wiele meczów, które nawet mi ciężko się oglądało. Trudno więc oczekiwać, żeby nasi fani czerpali z nich radość. (…) Nadeszła pora na rozpoczęcie wszystkiego od nowa i wprost nie mogę się doczekać, aż zobaczę na boisku Marbury’ego grającego razem z Marionem.”
Na tym nie koniec…
„W środowisku jest wielu ludzi, którzy uważają, że być może w lidze nie ma bardziej utalentowanego gracza niż Stephon Marbury. I nie mówię tego po to, żeby nakładać na niego dodatkową presję. Chodzi tylko to, że ten chłopak ma naprawdę ogromny talent.”
Nikt nie zadzwonił po policję. Nikt nie zbadał też starszego Colangelo alkomatem. Z perspektywy czasu była to zapewne jedna z jego najgorszych decyzji menedżerskich w trwającej jeszcze od końca lat 60-tych karierze.
A Jason Kidd? Nie dość, że miał właśnie trafić do klubu, z którego wszyscy uciekali niczym Glen Davis z wypadu nad Morze Adriatyckie, to jeszcze o przenosinach dowiedział się nie od agenta czy przedstawicieli Suns, ale bezpośrednio z mediów. Jakby nie patrzeć, mało elegancki sposób na pożegnanie się z przyszłym członkiem Hall of Fame.
Kidd przywykł jednak do tego, że w ciągu kilku miesięcy podejście do jego osoby diametralnie się zmieniło. Jego wizerunek nie był już tak nieskazitelny (chociaż miał przecież swoje rzeczy na sumieniu, o czym wspominano już kiedyś na Szóstym Graczu tu i tu. W rzeczy samej, nie był już tak powszechnie lubiany jak wcześniej. Wszystko przez sensacyjne doniesienia medialne z początku 2001 r.
„Kidd Faces Assault Charge”
Grzmiały nagłówki największych dzienników w Stanach.
Z dnia na dzień Jason Kidd znalazł się w ogniu krytyki. Nikt nie lubi żonobijców (obok policyjnych mugshotów brakowało jedynie przerobionych zdjęć Kidda w bawełnianym białym podkoszulku – nieodłącznym elemencie garderoby każdego „wife beatera”).
Nagle Jason Kidd – z pozycji jednego z najbardziej lubianych graczy przez kibiców – stał się jednym z najbardziej znienawidzonych. Po powrocie do składu Suns przez jakiś czas był wygwizdywany przy każdej możliwej okazji. Ostatecznie pojednał się z żoną, ale tylko na jakiś czas. Kilka lat później i tak doszło do głośnego rozwodu. W pozwie Joumana Kidd oskarżała męża nie tylko o przemoc domową czy nadużywanie alkoholu, ale także o liczne romanse i zdrady. Jason, niczym przysłowiowy marynarz, miał mieć kobietę w każdym porcie i osiągał triple-double nie tylko na parkiecie. Wśród jego „zdobyczy” miały być zarówno mniej lub bardziej znane dziennikarki, striptizerki od Sacramento po Miami, posiadaczka karnetu na mecze Nets oraz cheerleaderka New Orleans Hornets (obecnie Pelicans).
Kiedy Jason Kidd trafiał do New Jersey, mógł uznać to za karę za grzechy lub po prostu banicję na koszykarskie zadupie. Nagle z salonów NBA wylądował co najwyżej w przedpokoju. Ale gdy ląduje się już na dnie, często pozostaje tylko jeden właściwy kierunek jaki można obrać. Kidd doskonale o tym wiedział i w pełni wykorzystał szansę na odbudowanie swojej reputacji. W dodatku, jak na boiskowego generała przystało, pociągnął za sobą całe New Jersey. Starzy kibice Nets nie widzieli takich rzeczy od czasów Juliusa Ervinga. Nareszcie warto było jeździć do East Rutherford.
Jednym z głównych partnerów Kidda w ambitnym planie stworzenia liczącej się ekipy z New Jersey (niefortunna zbieżność z tytułem głupawego reality show jest jedynie przypadkowa), a jednocześnie najczęstszym adresatem efektownych podań był oczywiście Kenyon Martin. Choć nigdy nie zaliczał się do ścisłej czołówki silnych skrzydłowych w lidze (o tym co zrobił mu Tim Duncan w szóstym meczu finałów 2003 r. kibice w Jersey woleliby akurat zapomnieć) i ostatecznie okazał się jednym z gorszych graczy wybranych z jedynką w drafcie, to jednak odegrał istotną rolę w tym, że Nets przestali być ligowym żartem.
Czego Martin nie potrafił zrobić za pomocą czysto koszykarskich umiejętności, nadrabiał wprowadzaniem innych, z reguły mniej sportowych rozwiązań. Był przedstawicielem starej szkoły dużych ludzi grających pod koszem, gotowych zrobić kuku swojemu rywalowi, jeżeli zaszła taka potrzeba. Nic w tym dziwnego, zważywszy, że za młodu kibicował Detroit Pistons, i to w czasach, gdy wszyscy kibice NBA spoza stanu Michigan ich nienawidzili. Nie dziwi też fakt, że Kenyon odnalazł ostatnimi czasy swoje miejsce w lidze Big3, gdzie podkoszowe klimaty sprzed kilkunastu i kilkudziesięciu lat nadal są w cenie (spoiler: w nadchodzącym sezonie w lidze będzie grał również inny ponury dryblas znany z rozdawania kuksańców na lewo i prawo, Kendrick Perkins).
W sezonie 2001/02 nazwisko Martina regularnie przewijało się w księdze kar NBA. Wszystkie zawieszenia, bójki oraz faule niesportowe kosztowały go łącznie ponad 347 000 dolarów. Szybko dał się poznać jako jeden z większych brutali w lidze. Powszechnie wiadomo było o nim, że nie dawał sobie w kaszę dmuchać. Regularnie prowokował rywali i wdawał się w awantury, nawet z późniejszym MVP z Big3 czy z kolegą z własnego zespołu.
Wśród wielu niechlubnych występków Martina można także wyróżnić sytuację, w której zaatakował Karla Malone’a. Chociaż K-Mart był wtedy tego zupełnie nieświadomy, wyrównał tym faulem zamierzchłe rodzinne porachunki. Niemal 20 lat wcześniej, dokładnie 19 grudnia 1981 r., Malone, grając jeszcze w barwach uczelni Louisiana Tech złamał szczękę skrzydłowemu z Kent State, niejakiemu Marty’emu Harmonowi. Był to wujek Kenyona.
Na temat Martina można było wiele powiedzieć, ale raczej nie to, że mu nie zależy. Jeżeli trzeba było zagrać w meczu o wysoką stawkę, wolało się go mieć po swojej stronie. Trudno było nie docenić jego waleczności i determinacji, nawet jeżeli czasami naginały lub wręcz łamały zasady fair play.
Wielkim fanem Kenyona Martina był m.in. trener Paul Silas, który w przeszłości, jako zawodnik sam często musiał wyrównywać rachunki z przeciwnikami przy użyciu pięści.
„Kiedyś mawiało się o takich jak on, że grają z ogromnym sercem. Martin właśnie taki jest. Ciężko jest znaleźć dzisiaj graczy z takim nastawieniem. On zrobi wszystko, aby wygrać.”
Skąd właściwie ta agresja u Martina? Źródła należy szukać oczywiście w jego trudnym dzieciństwie. Nie chodzi wcale o brak ojca, fakt, który chętnie wykorzystał w swojej książce George Karl, czym mocno naraził się Martinowi, ale kompleksy, które od najmłodszych lat utrudniały nawiązywanie relacji z rówieśnikami. Dorastający Kenyon był nie tylko bardzo wysoki jak na swój wiek, ale w opinii swoich ciemnoskórych kolegów nie był dość czarny (Matt Barnes przeżywał podobne dylematy, dorastając w raczej nieciekawej części Sacramento), a ponadto potwornie się jąkał. Nie trudno więc zgadnąć, że regularnie był obiektem drwin. Chłopaki z sąsiedztwa nie dawali mu spokoju. Młody Kenyon długo tłumił w sobie gniew i początkowo wcale nie rwał się do bójek. Inna sprawa, że po prostu nie musiał. W jego obronie zawsze stawała starsza siostra Tamara, która robiła złym chłopakom „Fatality” i kompilację najlepszych zagrań Rondy Rousey. Dopiero później K-Mart zaczął (dosłownie) brać sprawy w swoje ręce.
„W moim dzieciństwie wydarzyło się wiele złych rzeczy, o których ludzie nie mają pojęcia i o których nikomu nie opowiadam, bo to moja prywatna sprawa. Problemy z mową i nie tylko… Te wszystkie dzieciaki, które się ze mnie nabijały… To wszystko uczyniło mnie silniejszym i sprawiło, że dziś jestem tym, kim jestem.”
Na szczęście Kidd nie miał jedynie samych łobuzów po swojej stronie. Byli też grzeczni gracze, jak choćby Kerry Kittles, który przez wiele lat służył w kościele jako ministrant i o którym ktoś w dawnym „Magic Basketball” napisał kiedyś, „że jest tak chudy, że mógłby schować się do koperty i dać wysłać pocztą”. Choć należy go uznać raczej za talent zmarnowany przez kontuzje, to jednak w pierwszych sezonach Kidda w Nets miał jeszcze istotny wkład w sukcesy zespołu. Dziś ten członek pamiętnej klasy draftu ’96 nadal jest blisko koszykówki i pracuje jako asystent trenera na nie byle jakiej przecież uczelni – Princeton.
W składzie Nets było też kilku innych ważnych graczy. Byli pamiętający jeszcze czasy trenera Calipariego Keith Van Horn czy Lucious Harris oraz mniej lub bardziej utalentowani debiutanci, jak Richard Jefferson, Brian Scalabrine czy Jason Collins.
Początkowo plany włodarzy Nets były dość skromne. Ówczesny prezydent klubu Rod Thorn, który m.in. za pozyskanie Kidda został wybrany najlepszym GM-em roku 2002, stwierdził po latach, że marzył wtedy jedynie o tym, aby jego zespół powrócił do playoffs. Dużo bardziej obrazowo całą sytuację opisywał z kolei Tom Barrise, w tamtym czasie asystent głównego trenera Nets:
„Poczuliśmy, że znowu staliśmy się częścią tej ligi. Ta drużyna narodziła się na nowo. Już nie byliśmy żadnymi „Bagnistymi Smokami” czy jak tam do cholery mieliśmy się wcześniej nazywać.”
A skoro już o sztabie szkoleniowym mowa, to wypadałoby oczywiście przypomnieć, że to właśnie w Nets swoją trenerską karierę rozpoczął Byron Scott. I to właśnie po przyjściu Kidda jego ligowe notowania miały wzrosnąć niczym akcje na Wall Street.
Wszystkie elementy były już poskładane. Można było rozpocząć sezon.
W ciągu roku Nets poprawili się aż o 26 wygranych. Ich bilans 52-30 był najlepszym w dziejach klubu, nie licząc oczywiście czasów spędzonych w ABA.
Nareszcie koniec z wakacjami w kwietniu! Nets znowu znaleźli się w playoffs, w dodatku z najlepszym bilansem w Konferencji Wschodniej. Taki progres to było to coś rzadko spotykanego w zawodowym sporcie. W New Jersey po cichu marzono o nowej wersji „Blazermanii”.
Być może w innych okolicznościach taka „Netsmania” byłaby możliwa do zrealizowania. Jednak w tamtym czasie nawet ta nadzwyczajna postawa New Jersey to wciąż było dość mało, mając na uwadze na to jak wielka była wówczas przepaść pomiędzy obiema konferencjami. Na Zachodzie Nets ze swoimi 52 zwycięstwami mieliby dopiero piąte miejsce w tabeli.
Jakie były ich więc realne szanse w finale przeciwko Lakers, mając na środku Jasona Collinsa i Todda MacCullocha? Właściwie zerowe. Po zaciętej serii z Kings, mecze z Nets były dla LA jak deser po obiedzie. Wszystkie cztery są zresztą dostępne w całości na Youtube. Tu niech wystarczy krótkie podsumowanie pierwszego spotkania z komentarzem Billa Waltona.
Ale oddajmy Nets co im się należy. Zagrali w końcu w finałach NBA, co samo w sobie było ogromnym osiągnięciem, bo przecież jeszcze rok wcześniej nikt by się tego nie spodziewał. Jason Kidd potwierdził swoją pozycję najlepszego rozgrywającego w lidze, w dodatku był blisko zdobycia nagrody MVP sezonu. Ostatecznie przegrał 12 głosami z Timem Duncanem.
Przed kolejnym sezonem Rod Thorn wyciągnął wniosku z porażki z Lakers i ostro wziął się do pracy. W sierpniu do zespołu dołączył Rodney Rogers, dawny kolega Kidda z Suns i najlepszy rezerwowy ligi z 2000 r. Mniej więcej w tym samym czasie Thorn sięgnął też po telefon i wykręcił numer do biura 76ers. Udało mu się dobić targu i niejako upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Przede wszystkim wzmocnił swój zespół pod koszem, ściągając starzejącego się, ale wciąż przydatnego Dikembe Mutombo. Thorn oddał w zamian Todda MacCullocha, który wracał do Philly po ledwie rocznym rozbracie oraz Keitha Van Horna, którego Sixers wybrali przecież w drafcie ’97, a następnie niemal od razu oddali do New Jersey m.in. za Tima Thomasa.
Pozbycie się Van Horna miało głównie na celu zwiększenie liczby minut gry w rotacji dla Richarda Jeffersona. Wtedy, na początku swojej kariery był to kawał atlety i idealnie pasował do szybkiego stylu gry preferowanego przez Kidda. Czuł się w nim jak ryba w wodzie. Trudno się zresztą dziwić…
Czegoś takiego po Van Hornie również raczej nikt by się nie spodziewał.
Czy RJ odczuwał jakąkolwiek radość z gry o tytuł, w którymkolwiek ze swoich 3 finałów?
„W graniu w finałach nie ma nic fajnego. Nawet teraz na samą myśl o tym, mam coś w rodzaju zespołu stresu pourazowego. Nawet już po zdobyciu mistrzostwa, nie chciałbym znowu przez to przechodzić”.
Nie zmienia to faktu, że Jefferson, współlokator Luke’a Waltona na uczelni Arizona, zaliczył w Nets bardzo udane lata i aż dziwne, że ani razu nie wybrano go do All-Star Game. Po odejściu Van Horna poprawił swoją średnią punktową do ponad 15, a był to dopiero początek jego regularnych postępów. Całkiem nieźle jak na gracza, o którym przed draftem mówiono, że wprawdzie ma ciało gracza NBA, ale rzut na poziomie amatora z YMCA.
Sezon 2002/03 był dla Nets pod wieloma względami podobny do poprzedniego. Mieli prawie tyle samo zwycięstw na koncie (49-33), choć tym razem musieli ustąpić pierwszeństwa na Wschodzie wracającym na salony Detroit Pistons (50-32). Ostatecznie nie miało to większego znaczenia, bowiem oprócz pierwszej rundy z Bucks (4-2), Nets aż do finałów nie stracili już żadnego meczu i pokonali 4-0 kolejno Boston i właśnie Detroit.
Zła wiadomość to fakt, że różnica poziomów pomiędzy konferencjami jeszcze bardziej się pogłębiła. Nets znowu byli skazywani na porażkę, tym bardziej, że w starciach z potentatami z Zachodu – Spurs, Lakers, Kings i Mavs – wygrali jedynie 3 z 8 meczów. Dodatni bilans bezpośrednich spotkań mieli jedynie z czwartymi w tabeli Timberwolves, z którymi wygrywali za każdym razem.
Na szczęście dla kibiców tym razem finały nie były aż tak jednostronne, a przynajmniej ostateczny wynik serii na to nie wskazywał. Nets na chwilę sprawili, że kibice w San Antonio wstrzymali oddech, po tym jak zabrali Spurs przewagę parkietu w drugim meczu (87:85).
Szczytem możliwości dla Kidda i spółki było zwycięstwo również w czwartym spotkaniu, co dało remis w serii 2-2. Na tym jednak emocje się skończyły. Spurs dopięli swego i skończyli serię po sześciu meczach, chociaż obeszło się bez jakichś pogromów.
Lato 2003 r. było bardzo stresujące dla Thorna i wszystkich kibiców New Jersey Nets. Wszystko przez narastające plotki o możliwym odejściu Jasona Kidda, którego nazwisko otwierało ówczesną listę najważniejszych wolnych agentów. Wiele klubów ostrzyło sobie na niego zęby, w tym… San Antonio Spurs. Ostatecznie do żadnych szokujących przenosin nie doszło i Kidd parafował z Nets nową sześcioletnią umowę na 103 miliony dolarów.
Nie cichły jednak doniesienia o coraz gorszych relacjach Kidda z trenerem Byronem Scottem. Faktycznie, jeszcze w trakcie rozgrywek 2003/04 Scott stracił pracę, a jego miejsce zajął dotychczasowy asystent Lawrence Frank.
Był to zresztą dopiero wierzchołek góry lodowej, jeśli chodzi o problemy wewnątrz klubu. Drużyna nie czyniła postępów. Pozyskanie powracającego po transplantacji nerki Alonzo Mourninga okazało się znaczące co najwyżej na papierze. Na horyzoncie pojawiały się przede wszystkim spore niewiadome, jeśli chodzi o pozostałe gwiazdy Nets. Nowych kontraktów spodziewali się Kenyon Martin oraz Richard Jefferson. Tymczasem nowy właściciel klubu Bruce Ratner nie kwapił się do szastania pieniędzmi.
Sam sezon dla New Jersey okazał się rozczarowaniem. W playoffs przegrali już w półfinale konferencji z idącymi na mistrza Detroit Pistons. Na pocieszenie dla kibiców Nets była to naprawdę świetna i pamiętna seria. Siedem meczów na czele z piątym spotkaniem zakończonym dopiero po 3 dogrywkach.
Jeżeli w życiowym pędzie nie masz czasu na obejrzenie całości, zobacz chociaż końcówkę czwartej kwarty i rzut Billupsa, i przypomnij sobie jak świetna atmosfera panowała kiedyś na meczach w Detroit.
Latem Bruce Ratner potwierdził przypuszczenia o oszczędnym gospodarowaniu pieniędzmi. Nets nawet nie podjęli specjalnych negocjacji z Kenyonem Martinem i pozwolili mu odejść do Denver Nuggets. Z kolei Kerry Kittles, który miał za sobą już 8 pełnych sezonów w New Jersey, został oddany praktycznie za pół darmo do Los Angeles Clippers, gdzie rozegrał ledwie 11 meczów, po czym zakończył karierę z powodów zdrowotnych.
Ratner zgodził się na nowy kontrakt jedynie dla Richarda Jeffersona, który miał spędzić w klubie kolejne sześć lat i zarobić w tym czasie 78 milionów dolarów. Poza tym nie było żadnych szaleństw na rynku transferowym. W przerwie wakacyjnej Nets wzmocnili się takimi ligowymi podróżnikami, jak Jacque Vaughn, Ron Mercer czy Eric Williams. Pistons mogli czuć się zagrożeni.
Zdecydowanie większą aktywność Nets wykazali dopiero w trakcie sezonu 2004/05. Tuż przed Wigilią dogadali się z Toronto Raptors i w dużej wymianie pozyskali Vince’a Cartera.
Myśl o połączeniu sił Kidda, Jeffersona i człowieka znanego po prostu jako „Hal Man – Half Amazing” z pewnością elektryzowała fanów nie tylko New Jersey Nets, ale właściwie oprócz licznych efektownych akcji niewiele to zmieniło. Poza 49 zwycięstwami odniesionymi w 2005/06 (3. miejsce w Konferencji Wschodniej; porażka z Miami w półfinale 1-4) kibice w Jersey znowu musieli przyzwyczaić się do oglądania najpierw przeciętnego, a potem bardzo słabego zespołu. Historia zatoczyła koło, a odejście kolejnych gwiazd zespołu z Kiddem na czele było to tylko kwestią czasu.
Dziś można jedynie zastanawiać czy Nets z początku poprzedniej dekady faktycznie byli w stanie zrobić kolejny krok. Czy przepłacenie Martina miałoby jakikolwiek sens albo czy dodanie lepszych partnerów Kiddowi i Carterowi mogłoby sprawić, że New Jersey byłoby w stanie nawiązać walkę z Detroit, Cleveland czy wreszcie Bostonem?
Tych znaków zapytania i wątpliwości jest naprawdę sporo. Chyba więc łatwiej i bezpieczniej będzie po prostu założyć, że Nets swoje najlepsze lata przeżyją dopiero na Brooklynie.













„Co ciekawe, z tamtego składu Nets z finałów to właśnie tylko Jeffersonowi udało się ostatecznie zdobyć mistrzostwo NBA. Było to 14 lat i 6 drużyn później, ale jednak.”
Jason Kidd z tamtego skladu zdobyl mistrzostwo, Brian Scalabrine zreszta tez…
oj tam oj tam – nie pasuje do tezy – nie ma faktów!
Muszę nadrobić serie z Detroit.