Kolanowski: Blazers ’77, czyli (prawie) nasi tam byli

3
fot. theripcitizens.com
fot. theripcitizens.com

Przeglądając nazwiska byłych graczy NBA, nie trudno znaleźć te polsko brzmiące. Nie brakowało ich w żadnej dekadzie. Nic w tym dziwnego, zważywszy jak liczną grupę emigrantów w Stanach stanowią nasi rodacy. My skupimy się na cichym bohaterze pamiętnej „Blazermanii”.

Trener Jack Ramsay niewiele wiedział o Twardziku. Właściwie ledwo kojarzył to nazwisko. Stu Inman, generalny menadżer Blazers i – jak się wkrótce miało okazać – jeden z głównych architektów ich jedynego mistrzowskiego składu, długo przekonywał jednak szkoleniowca, aby dał szansę niepozornemu rozgrywającemu z upadłej ligi ABA.

– Pokochasz tego gracza – miał powiedzieć Inman.

– Czy on jest szybki? – spytał bez większego namysłu Ramsay.

– Nie za bardzo.

– Czy umie rzucać?

– Tak sobie.

– Sam nie wiem…

– Jack, pokochasz tego gościa – skończył rozmowę Inman.

Czas pokazał, że miał absolutną rację.

Powyższy dialog przytoczył nie kto inny jak sam David Halberstam w swoim arcydziele „The Breaks of The Game”.

Rozmowa miała odbyć się jesienią 1976 r. – na krótko przed startem sezonu 1976/77, który Trail Blazers nieoczekiwanie zakończyli tytułem mistrzowskim.

Był to wówczas niespotykany sukces. Nie tylko dlatego, że zespół ze stanu Oregon pokonał w finale zdecydowanych faworytów. Dla Blazers był to dopiero pierwszy awans do playoffs w historii klubu. Już samo to było powodem do radości. O paradzie mistrzowskiej nikt nawet nie myślał. Czerwiec 1977 r. był jednak czasem prawdziwych cudów w zawodowym sporcie. Blazers oszukali wszelkie procesy tworzenia się mistrzowskich ekip. Nie czekali z rozwojem swojego potencjału i od razu wykonali gigantyczny krok naprzód, stając się najmłodszymi mistrzami NBA w historii.

W tym swoistym braku cierpliwości na sięgnięcie najwyższych celów nie było zresztą niczego dziwnego. Blazers nie lubili bawić się w monotonny atak pozycyjny. Woleli dzielić się piłką. Preferowali grę z kontry. Byli przecież do tego stworzeni z inicjującym szybkie ataki Billem Waltonem, który po zbiórkach w obronie od razu podawał piłkę do swoich wybieganych kolegów.

Termin „Fastbreak” nabiera tu więc podwójnego znaczenia. Z jednej strony krótko opisywał styl gry drużyny z Portland, a z drugiej idealnie określał ten nieprawdopodobny progres poczyniony w ciągu zaledwie jednego roku. Mając to na uwadze, tytuł filmu dokumentalnego o „Blazermanii” nikogo nie powinien dziwić.

Wróćmy jednak do początku.


Upadek ligi ABA w 1976 r. był dla Inmana wyjątkową okazją do pozyskania dla Portland nowych talentów. Chociaż słowa „talent” i „ABA” nie wszystkim łatwo przechodziły przez usta w jednym zdaniu.

W środowisku NBA nie brakowało opinii, że ta druga liga była po prostu dużo słabsza, nie tyle pod względem organizacyjnym, bo to akurat oczywiste, ale również sportowym. Konkurencja w niej miała być na dużo niższym poziomie, stąd istniało podejrzenie, że wielu graczy wyrobiło sobie nazwiska pośród słabeuszy, którzy nie mieliby szansę na angaż w którymś z klubów NBA. I o ile nikt nie wątpił w umiejętności tych największych sław ABA, z Juliusem Ervingiem na czele, to co do umiejętności pozostałych, opinie nie były już takie jednoznaczne.

Z tych najbardziej znanych nazwisk rodem z ABA Blazers udało się pozyskać Maurice’a Lucasa i Mosesa Malone’a. Mimo, że była to niewątpliwa wygrana na loterii, to jednak szybko okazało się, że ten zwycięski kupon został wyrzucony na śmietnik zanim zgłoszono się po główną nagrodę.

Krótko mówiąc, z Mosesa Malone’a zrezygnowano wyłącznie z przyczyn finansowych jeszcze przed startem rozgrywek. Ówczesny właściciel Blazers Larry Weinberg, znany w całej lidze dusigrosz, nie był po prostu skłonny płacić grubo ponad 300 tysięcy dolarów rocznie komuś, kto całą swoją dotychczasową karierę spędził w ABA – dokładnie w Utah Stars i Spirits of St. Louis, czyli gdzieś, jego zdaniem, na obrzeżach zawodowej koszykówki.

Z naszym bohaterem,  Davidem Johnem Twardzikiem nie było takiego problemu.

Ostatecznie Blazers pozyskali do niego prawa jeszcze w 1972 roku wybierając Twardzika w drugiej rundzie draftu. Twardzik nie miał wprawdzie takiego potencjału jak Malone, ale był od niego kilka razy tańszy. Za swój pierwszy sezon w barwach Blazers zarobił tylko 50 tysięcy dolarów. W kolejnych latach otrzymał tylko nieznaczne podwyżki. Według Halberstama, który w swojej książce poświęcił Twardzikowi stosunkowo sporo miejsca, było to odpowiednio 60 tysięcy dolarów w sezonie 1977/78, 70 tys. w 1978/79 i 75 tys. w 1979/80 – jego ostatnim roku gry w NBA. Nawet bez użycia kalkulatora można więc łatwo zauważyć, że nie była to zbyt ryzykowna inwestycja.

Jeśli chodzi o kwestie kontraktowe, Inman otrzymał więc zielone światło od Weinberga na zatrudnienie Twardzika. Natomiast jeśli chodzi o stronę czysto koszykarską – ostatnie słowo miał oczywiście trener Jack Ramsay, a właściwie Dr Ramsay. Ale i on również zgodził się ten angaż i – tak jak przewidywał Inman – Ramsay szybko docenił boiskową inteligencję i zadziorność byłego obrońcy Virginia Squires.

Jack Ramsay, chociaż obecny w koszykówce już od wielu lat, wciąż miał coś do udowodnienia.

Po długiej karierze trenerskiej na uczelni St. Joseph’s, podjął się wyzwań wśród zawodowców. Najpierw pełnił rolę generalnego menadżera, a następnie pierwszego szkoleniowca w Philadephii 76ers. Poza pierwszym sezonem (1968/69 – 55 zwycięstw i 27 porażek) nie odniósł tam jednak większych sukcesów. Następnym przystankiem było Buffalo, ale tam tylko raz udało mu się wyjść poza pierwszą rundę playoffs. Portland było kolejną okazją do osiągnięcia znaczących sukcesów. Spakował swoje najlepsze marynarki w krzykliwych kolorach, spodnie w kratę i wyruszył na północny zachód kraju  – podbić NBA.


Dave Twardzik był uosobieniem marzeń każdego trenera ze starej szkoły. Grał dla dobra zespołu i popełniał możliwie jak najmniej błędów na boisku. Z czasem Twardzik otrzymał tak wielki kredyt zaufania, że zdarzało mu się nawet pełnić rolę grającego trenera wtedy, gdy Ramsay wylatywał z boiska po dwóch przewinieniach technicznych.

Mały i charakterny Dave Twardzik nie bał się nikogo. Ani sporo większych rywali, ani bardziej uznanych kolegów z zespołu. Z reguły mówił to co myśli, nie zważając na konsekwencje. Potrafił otwarcie krytykować Billa Waltona – bezdyskusyjnie największą gwiazdę zespołu i chodzącą esencję zespołowej koszykówki Blazers. Nie podobało mu się to, że Walton miał o wiele większą taryfę ulgową u trenera w porównaniu do pozostałych graczy. To co u innych groziło naganą, choćby słowną, Waltonowi zawsze uchodziło na sucho, jak np. kozłowanie piłki lub prowadzenie rozmów podczas omawiania taktyki.

Sam Bill Walton również nie był fanem Twardzika – przynajmniej na samym początku ich wspólnej gry w Portland.

Walton uważał, że Dave jest zbyt wolny, żeby biegać w kontratakach Blazers. Dla niego Twardzik, jako były reprezentant ABA, był po prostu graczem gorszego sortu. Trudno oczekiwać, aby żywa legenda UCLA – najbardziej utytułowanej uczelni w koszykówce – czuła respekt przed absolwentem dość prowincjonalnego uniwersytetu Old Dominion. Ot taka mała wojna psychologiczna dwójki rudzielców.

Dave Twardzik nie miał jednak żadnych kompleksów związanych ze swoją dość mało spektakularną karierą w NCAA. Tak naprawdę był wręcz zaszczycony możliwością gry w koszykówkę uniwersytecką na Old Dominion. Fakt, że przyjął ofertę stypendialną od trenera Sonny’ego Allena pozwolił mu m.in. na pierwszy w życiu lot samolotem. Dla potomka polskich emigrantów to już było coś niesamowitego. W jego rodzinnym Middletown, w stanie Pennsylvania, nie było w końcu zbyt wielu atrakcji.

Rodzice Twardzika pochodzili z Polski. Tworzyli typową robotniczą rodzinę. Zapewne nie raz byli obiektem nieprzychylnych żartów z Polakami w rolach głównych. Naszym nie zawsze jest łatwo za wielką wodą.

Dave przyszedł na świat już po II Wojnie Światowej. Urodził się w 1950 roku w Hershey – mieście znanym przede wszystkim z fabryki czekolady oraz z faktu, że to właśnie tam [Od edytora: to jest ten moment tekstu, w którym ludzie dzielą się na tych, którzy wiedzą co wydarzyło się jeszcze w Hershey i na tych co nie] Wilt Chamberlain rzucił swoje rekordowe 100 punktów w meczu przeciwko New York Knicks.

Koszykówką zainteresował się dość szybko, za sprawą ojca oraz dwóch starszych braci. Tata Twardzik, który przez lata pracował w kopalni, a następnie w siłach powietrznych, był wielkim fanem sportu wymyślonego przez Jamesa Naismitha. Sam nigdy nie zrobił w nim żadnej kariery, ale zaraził synów miłością do pomarańczowej piłki i zawieszonej obręczy.

Mały Dave nie miał łatwo. Z racji, że był najmłodszy, regularnie przegrywał ze swoim rodzeństwem. Braki w warunkach fizycznych nie były zresztą tylko chwilową przeszkodą. Pod tym względem właściwie zawsze musiał ustępować swoim rywalom – niezależnie od poziomu rozgrywek. Pierwsza lekcja od ojca – samozwańczego trenera?

„Nie czuj strachu przed nikim.”

I młody Dave Twardzik wziął sobie tę radę do serca. Nie bał się nikogo. Ani w życiu, ani tym bardziej na koszykarskim boisku. Po zdobyciu mistrzostwa szkół średnich w drugiej klasie rozgrywek (Class B) niespodziewanie stanął przed szansą kontynuowania swojej kariery na szczeblu akademickim w Old Dominion. Ta propozycja spadła mu jak manna z nieba. Dave nigdy nie wierzył, że dane mu będzie grać w NCAA, właśnie przez wzgląd nie niezbyt imponujące warunki fizyczne. O byciu zawodowym koszykarzem nawet nie myślał. Wiele lat później, już po zdobyciu mistrzostwa z Portland, powiedział w jednym z wywiadów, że gdyby nie koszykówka, zapewne pracowałby fizycznie w jakiejś fabryce.

Twardzikowi nigdy nie dane było jednak stać przy taśmie, ani podbijać karty w żadnym zakładzie.

W wieku 22 lat miał zostać zawodowym koszykarzem. Już wtedy wybrali go w drafcie Trail Blazers jako 26. z kolei (wtedy to była końcówka drugiej rundy). Oferta kontraktu była jednak nie do zaakceptowania. Nie otrzymał gwarancji otrzymania miejsca w składzie. Tę opcję Twardzik dostał za to niemal po sąsiedzku z Virginia Squires – zespołu występującego w ABA. Z racji, że oferowane pieniądze były podobne (dość mierne swoją drogą jak na zawodowy sport – łącznie 65 tysięcy dolarów za dwa lata gry) decyzja mogła być tylko jedna – pozostawić swoje talenty w Norfolk i połączyć siły z Juliusem Ervingiem oraz George’em Gervinem.


fot. nasljerseys.com
fot. nasljerseys.com

W ABA Twardzik spędził cztery lata. W swoim trzecim sezonie zagrał nawet w All-Star Game (średnio zdobywał 13,6 punktu oraz 5,3 asysty). Grając dla Squires miał też okazję występować u boku kilku gwiazd – zarówno tych wchodzących, jak wspomniani Erving czy Gervin, jak i tych upadłych, niespełnionych, pokroju Johnny’ego Neumanna. Kiedy Neumann był w trakcie rozwodu, organizował pośród kolegów z zespołu wyprzedaż swoich luksusowych aut oraz motocykli. Tym sposobem Twardzik, jako fan jednośladów, zaopatrzył się dość okazyjnie w Harleya 1200, którego potem sprzedał ze sporym zyskiem. Po latach wyznał Terry’emu Pluto – autorowi książki „Loose Balls” – że i tak nie zrobił wówczas najlepszego interesu. Neumann oferował mu bowiem także swoje Ferrari za zaledwie 19 tysięcy dolarów. Twardzik podejrzewał, że mógłby później dostać za ten samochód nawet 10 razy więcej.

Podjęcie decyzji o starcie zawodowej kariery w ABA miało też – oprócz tego wynikającego z warunków kontraktu – jeszcze jedno uzasadnienie. Ta liga preferowała szybszy styl gry. Oferowała również rzuty za 3 punkty (choć akurat sam Twardzik nie był ich szczególnym fanem – przez 4 lata w ABA trafił tylko 13 z 53 prób) i nie koncentrowała się wyłącznie na grze podkoszowej, jak to wyglądało wówczas w NBA. Tym samym niscy gracze – nawet biali i mniej atletyczni – mieli doskonałą okazję do zaprezentowania się. Prawdziwą furorę w ABA robił przecież Louie Dampier, który później w NBA, już na finiszu swojej kariery, był tylko kolejnym ligowym średniakiem. Wyróżniał się już właściwie tylko dość imponującymi wąsami.

Tego typu środowisko wydawało się być idealnym rozwiązaniem dla mierzącego niewiele ponad 180 cm Twardzika. Teoretycznie więc po przejściu do NBA jego kariera powinna zostać brutalnie zweryfikowana. Ważący pewnie niewiele więcej niż 3 worki zaprawy klejowej i nie grzeszący w dodatku jakąś nadludzką szybkością Twardzik był pewnie przez wielu skazywany na porażkę w starciach z wielkoludami z tej bardziej znanej ligi. Nie miał szans.

Ale w Twardzika wierzył Jack Ramsay. Wierzył jego ojciec oraz zapewne cała polonia z Hershey i okolic.

Co najważniejsze, sam Dave Twardzik również nie wątpił w swoje możliwości. Doskonale pamiętał o słowach jakie usłyszał od taty wiele lat wcześniej.

Tak oto Twardzik przebojem wdarł się do pierwszej piątki Portland Trail Blazers w sezonie 1976/77, tworząc niezły duet w obronie z Lionelem Hollinsem. Szybko zyskał przydomek „Pinball”, wbijając się raz za razem pod kosz między sporo wyższych rywali. Był Russellem Westbrookiem dla ubogich. Nie przeszkadzały mu liczne stłuczenia i nakładające się na siebie urazy, które miały o sobie przypomnieć w kolejnych latach. Wtedy, w tym mistrzowskim sezonie Blazers, Twardzik był kimś. Nie miał respektu przed nikim.

Po jednym z meczów z Chicago do Twardzika podszedł nieco zatroskany Stu Inman i powiedział mu, że jest pewna granica między odwagą, a szaleństwem i że właśnie ją przekroczył. Miał na myśli sytuację, w której obrońca Blazers wpadł w znacznie większego od siebie Artisa Gilmore’a – notabene swojego dawnego znajomego z ABA. Twardzik nic sobie jednak z tego nie robił. Dla niego takie zagrania były chlebem powszednim. Po prostu kolejny dzień w pracy dla rudego gościa z Hershey.

Ta ryzykowna gra była jednak nieprawdopodobnie skuteczna. Twardzik rzucał w tamtym sezonie z niesamowitą skutecznością z gry ponad 61%. Nie uzyskał jednak oficjalnie miana lidera ligi w tej kategorii z racji dość małej liczby oddanych rzutów. Rok później, już po zdobyciu mistrzostwa, Twardzik był niewiele gorszy, notując odsetek trafień powyżej 59%.

Jeśli spojrzeć na true shooting percentage to okaże się, że mówimy o jednym z najlepszych w historii. Dave Twardzik jest szósty na liście według basketball-reference.com i można śmiało zaryzykować tezą, że w pierwszej dziesiątce bardziej anonimowy od niego dla przeciętnego kibica może być już tylko James Donaldson.

Niestety, ten bardzo kontaktowy styl dość szybko pokazał także swoje wady. Twardzik zapłacił za niego wysoką cenę w postaci coraz częstszych kontuzji. W rezultacie po sezonie 1979/80 musiał zakończyć karierę w wieku zaledwie 30 lat.


Twardzik nie zniknął jednak całkowicie z NBA. W latach 80-tych próbował swoich sił jako asystent trenera w Indianie Pacers, kiedy zespół prowadził Jack Ramsay. Później pojawił się również w nowej roli jako osoba odpowiadająca za sprawy personalne w kilku klubach (GM i te klimaty). Niestety jego boiskowa inteligencja z parkietów nie przerodziła się w najlepsze decyzje podejmowane zza biurka. Trudno szukać jakichś spektakularnych sukcesów na tym froncie. Dużo łatwiej jest wskazać ewidentne niepowodzenia. Jeżeli ktoś ma w pamięci burzliwe dzieje Golden State Warriors w latach 90-tych to niech wie, że to m.in. Twardzik odpowiadał za większość tamtych transferów. Wybierał w kolejnych draftach Joe Smitha (nr 1 w 1995 r.) oraz pamiętanego później z Sopotu Todda Fullera (nr 11 w 1996 r.) zamiast innych, dużo bardziej utalentowanych graczy (można łatwo sprawdzić kto był wówczas jeszcze do wzięcia).

Później kiedy pracował w Orlando Magic nie było wiele lepiej. W 2005 r. ponownie zmarnował dość wysoki wybór w drafcie (nr 11), stawiając na Frana Vazqueza, który nigdy nie rozegrał w NBA nawet minuty. Tego samego dnia dokonał też pozornie nieistotnego dla reszty ligi transferu, który był jednak ważny dla polskich kibiców. To właśnie Twardzik uzyskał dla Orlando Magic prawa do wybranego w samej końcówce draftu przez Phoenix Suns Marcina Gortata.

Od 2012 roku Dave Twardzik nie pracuje już w Orlando i nieco zniknął z radarów zespołów NBA.

Niezależnie od tego jak sobie radził po zakończeniu zawodniczej kariery, w Portland zawsze będą go ciepło wspominać. Niezastąpiony element „Blazermanii”. Numer 13, z którym grał w barwach Blazers, jest oczywiście zastrzeżony, podobnie jak większość pozostałych należących do najważniejszych członków mistrzowskiego zespołu. Sam Twardzik dość skromnie opisuje jednak tamte czasy.

„Byłem po prostu przyzwoitym graczem w świetnej drużynie” – wspominał po latach.

Dużo więcej do powiedzenia na temat wkładu Twardzika w sukces zespołu z Oregon miał oczywiście trener Jack Ramsay.

„Nie grał efektownie. Żeby go docenić trzeba było uważnie obserwować mecz. Dawał swojej drużynie wszystko, czego potrzebowała. Był niezwykle istotną częścią tamtego składu. Bardzo twardo bronił i rzadko popełniał błędy w ataku. Był po prostu idealnym graczem w naszym systemie”.

Inteligentny, twardy nie tylko z nazwiska, nieustępliwy, grający zawsze dla dobra zespołu. Taki właśnie był ten „prawie nasz” mistrz NBA z 1977 roku.

Poprzedni artykułDniówka: Weekend z playoffami. Blazers i Spurs kończą grę?
Następny artykułPrzerwa na Żądanie EXTRA: Playoffs, Baby!

3 KOMENTARZE