5-na-7: Podsumowujemy półmetek sezonu

21
Bahram Mark Sobhani / Newspix.pl
Bahram Mark Sobhani / Newspix.pl

Cali i zdrowi dotrwaliśmy do półmetku sezonu regularnego. Z tej okazji czas na rozdanie kilku nagród. Jakie są wasze typy?

1. Trzej pierwsi gracze w wyścigu po MVP to…

Michał Kajzerek: Stephen Curry, Kawhi Leonard, LeBron James. Curry jest zabójcą i nie ma bardziej dominującego grę zawodnika niż ten człowiek. Leonard jest jednym z najlepszych two-way playerów, jakich oglądałem kiedykolwiek. James, bo bez niego lider wschodu byłby w ciemnym, czarnym miejscu.

Piotr Sitarz: Stephen Curry, LeBron James, Kawhi Leonard. Bez dwóch zdań MVP pierwszej części sezonu jest Stephen Curry. Prowadzi jeden z najlepszych zespołów w historii koszykówki, co samo w sobie jest przepustką do każdej indywidualnej nagrody. Na drugim miejscu, z dwóch powodów, mam LeBrona Jamesa. Pierwszy z nich to różnica jakości jaką Cavaliers prezentują, gdy Jamesa siada na ławce, druga to łatwość, z jaką po prostu odpowiada – ostatnio na grafikę Jasona Schuhmmana, która przedstawiała najgorszych rzucających graczy NBA. Trzeci to Kawhi Leonard. Poczynił niewątpliwy progres w ataku, ale imponujące jest to, jak nie tyle co utrzymał, ale podniósł swoją obroną do poziomu “whatever it takes” – w 41 meczach nikt nie rzucił przeciwko niemu więcej niż 22 punkty.

Adam Szczepański: Stephen Curry, LeBron James, Kawhi Leonard. Stephen Curry od samego początku jest daleko przed wszystkimi w tym wyścigu i to się nie zmienia. Gra fantastycznie, jeszcze lepiej niż kiedy poprzednio był MVP i w tym momencie nie wygląda jakby ktoś mógł mu poważnie zagrozić. Reszta stawki może tylko walczyć o MVP innej kategorii, tej bez Curry’ego, a w niej najlepszy jest LeBron James, który w większym stopniu odpowiada za grę swojej drużyny niż znajdujący się za nim Kawhi Leonard.

Maciej Kwiatkowski: Stephen Curry, Kawhi Leonard, LeBron James. Stephen Curry strącił LeBrona Jamesa z tronu najlepszego gracza na świecie, Kawhi Leonard w przystępny i łatwy do zrozumienia sposób pokazuje dlaczego obrona to 50% gry, a LeBron James pozostaje jednym z 5 najlepszych graczy w historii i wiosną będzie wracał po tron.

Przemek Kujawiński: Stephen Curry, Kawhi Leonard, LeBron James. To wciąż bardzo nudny wyścig. Coś może zmienić się jedynie, jeśli Spurs wyprzedzą Warriors w tabeli. Wtedy może zaczniemy się zastanawiać. Póki co Curry ma historyczny sezon, lepszy niż w zeszłym roku, gdy zdobywał swoją pierwszą statuetkę i całkiem dosłownie zmienia to, w jaki sposób patrzymy na koszykówkę. Leonard być może nie byłby tym, kim jest, gdyby grał w jakimkolwiek innym zespole niż Spurs, ale dlaczego miałby to być argument przeciwko niemu? W swojej niszy nie ma sobie równych po bronionej stronie parkietu i jest coraz lepszy w ataku. James jest sercem i duszą Cavaliers.

2. Najlepszym obrońcą na półmetku sezonu jest….

Sitarz: Kawhi Leonard. Ma sporo szczęścia w nieszczęściu, że jego rywale to zazwyczaj czołówka NBA. LeBron James, Kevin Durant, Carmelo Anthony  – żaden z nich nie zdominował matchupu z Leonardem. Żaden z nich, a także nikt z grona ponad 400 graczy w NBA, nie jest w stanie przedrzeć się przez jego presję, ramiona i motywację. Kawhi Leonard powoli zaczyna mówić, że chce być jednym z najlepszych graczy w historii i kwestią czasu jest kiedy zacznie bronić nie tylko pozycji numer 1,2 i 3, ale także np. Draymonda Greena.

Szczepański: Draymond Green. Bardzo poprawił swoją grę w ataku, ale nadal też pozostaje kluczową postacią defensywy Warriors, która co prawda obecnie nie jest aż tak dobra jak rok temu, jednak z Greenem na parkiecie jest na poziomie zbliżonym do Spurs i traci tylko 95.3 punktów na sto posiadań. Tymczasem bez niego Golden State pozwalają na najgorsze 108, czyli nawet więcej niż najgorsi w lidze Lakers. Robi ogromną różnicę, potrafi bronić zawodników właściwie z każdej pozycji, a w sytuacjach jeden na jeden jest prawie nie do przejścia. Według Synergy jest najefektywniejszym defensorem w izolacjach i post-up, łącznie pozwalając rywalom w na 28% z gry.

Kwiatkowski: Kawhi Leonard. Na wodach przybrzeżnych Kawhi śledzi każdy twój ruch, a gdy przybywasz wyspę musisz oddać portfel, kluczyki i rozebrać się do naga. W nocy na plaży nagle coś wychyli się z buszu i hycnie z powrotem z kokosem, którego nie potrafiłeś rozbić. Po trzech dniach majaczysz. Potem umierasz.

Kujawiński: Kawhi Leonard. Każdej nocy mierzy się z najlepszymi obwodowymi graczami rywali i zaprzecza tezie, że w NBA dobry atak zawsze bije dobrą obronę. Ludzie się go boją. Od czasów Rona Artesta nie pamiętam, żeby jakikolwiek obwodowy obrońca w lidze wzbudzał takie uczucia.

Kajzerek: Kawhi Leonard. Jest lepszy niż w poprzednim sezonie, bo lepiej rozumie zachowania swoich przeciwników. Jest znakomicie przygotowany na wszystkie match-upy. Zaczyna odkrywać słabości w grze rywala i skutecznie je wykorzystywać. Nie ma bardziej kompleksowego i przy tym tak opanowanego defensora.

3. Najlepszym trenerem na półmetku sezonu jest…

Szczepański: Gregg Popovich. Spurs są drugą najlepszą drużyną w całej lidze, a równocześnie jedyną z top-5, która w porównaniu z zeszłym sezonem ma nowego kluczowego zawodnika. To była dla nich duża zmiana, ale jak zwykle świetnie sobie poradzili. Pop szybko na nowo poukładał zespół, wkomponował Aldridge’a, a też dał większą rolę Leonardowi i jak zawsze zaskakująco dużo wyciąga z rezerwowych. Mają przede wszystkim rewelacyjną obronę, ale również w ataku się rozkręcili i są jedynymi w top-3 efektywności po obu stronach parkietu. Który to już raz Pop udowodnia, że jest najlepszym trenerem ligi?

Kwiatkowski: Mike Malone. MSR typował Nuggets na najgorszą drużynę NBA w tym sezonie. MSR nie rozumie wartości trenerów. Potem Nuggets stracili Wilsona Chandlera, Manny Mudiay okazał się szkodnikiem na poziomie Kobiego i Derricka Rose’a, a mimo tego Nuggets wygrali 15 spotkań i Malone drugi sezon z rzędu potwierdził, że jest jednym z najlepszych trenerów ligi. Powinien zostać zwolniony.

Kujawiński: Gregg Popovich. Spurs są tacy sami. Chociaż są inni. Ale wciąż ci sami. Po latach, w których zmiany w grze Spurs przebiegały raczej ewolucyjnie, w tym roku potrzebna była rewolucja. I to dziwaczna rewolucja, bo idąca przeciwko trendom, które jeszcze niedawno sam wyznaczał. Kto wie, czy dołączenie do składu LaMarcusa Aldridge’a i oddanie kluczy do szatni Kawhi’owi Leonardowi nie było największym trenerskim wyzwaniem dla Popovicha od czasów, gdy przekazywał ofensywę drużyny w ręce młodziutkiego Tony’ego Parkera. Sądziłem, że będzie potrzebował przynajmniej kilku miesięcy, żeby ta maszyna zaczęła działać. Po raz kolejny to Popovich miał rację.

Kajzerek: Rick Carlisle. Robi co może z rotacją, która jest jednego gracza od dołączenia do czołówki zachodniej konferencji. Mavs przygotowali mu ciekawy zestaw graczy i coach Carlisle maksymalizuje jej szanse poprzez świetną i pragmatyczną organizację gry. Super mądry szkoleniowiec.

Sitarz: Gregg Popovich. Kompletna zmiana tożsamości zespołu, która nie idzie w parze z panującymi trendami. Spurs grają wysoko, bronią wszystko i wszystkich i wygrali 35 z 41 rozegranych dotychczas spotkań. Niesamowite, jak z nowym istotnym graczem i przede wszystkim w tak krótkim czasie, Spurs stworzyli unikalny styl gry, który teoretycznie nie powinien wygrywać meczów przeciwko niżej grającym zespołom. Jeśli w 2016 roku, grając wysoko i dosłownie robiąc grit-and-grind w obronie, Spurs wygrają mistrzostwo, pomnik pod AT&T Center powinien powstać jeszcze latem.

4. Najlepszym debiutantem na półmetku sezonu jest…

Kwiatkowski: Karl-Anthony Towns. Jeśli odejmie się “Nowy Jork” z kandydatury Porzingisa, to jest to KAT. I to wyraźnie.

Kujawiński: Karl-Anthony Towns. Kristaps Porzingis radzi sobie w Nowym Jorku i walczy o playoffy, ale w przypadku debiutantów nie musimy tak bardzo skupiać się na kontekście. Towns zaś zalicza średnio +15 punktów, +9 zbiórek, +1,5 bloku i +50% z gry. W historii NBA robiło to jeszcze tylko kilku debiutantów. To interesująca lista: David Robinson, Shaquille O’Neal, Tim Duncan, Chris Webber, Hakeem Olajuwon, Alonzo Mourning i Ralph Sampson.

Kajzerek: Karl-Anthony Towns. Świetnie się rozwija. Jest bardzo dojrzały w swojej grze, bardzo profesjonalny. Jest bardziej regularny od Kristapsa Porzingisa, co bardzo mocno działa na jego korzyść w rozmowach o ROY sezonu. Fajnie, że już w pierwszym sezonie dostał Kevina Garnetta.

Sitarz: Kristaps Porzingis. Z meczu na mecz coraz większa pewność siebie pozwala mu oddawać rzuty z ósmego metra. Być może przez krótki okres tego sezonu był najlepszym graczem New York Knicks, ale nawet bez tego jest kimś, kto broni lepiej niż Jahlil Okafor i potrafi więcej w ataku niż Karl Towns. Jest najlepszym młodym wysokim ligi, który wytrzymuje psychiczne obciążenia, najpierw wysokiego wyboru, później oczekiwań, a na końcu samego Nowego Jorku.

Szczepański: Karl-Anthony Towns. Od samego początku sezonu potwierdza, że w pełni zasłużył na jedynkę w drafcie i mimo że częściej chyba mówi się o Porzingisie, jako, że gra on w Nowym Jorku, to Towns zdecydowanie prowadzi w wyścigu po ROY. Już dawno nie było debiutanta z tyloma meczami na poziomie 25-10 (6) w pierwszej fazie sezonu. Jest drugim strzelcem wśród rookies (15.6), drugim blokujący (1.7), najlepszym zbierający (9.5), a do tego jednym z najskuteczniejszych (52.2% z gry), który też przydaje się chroniąc strefę podkoszową.

5. Najlepszym rezerwowym na półmetku sezonu jest…

Kujawiński: Will Barton. Jak wiele w tej lidze zmienia rzut za trzy punkty? Barton trafia prawie 39% trójek i nagle robi ogień z ławki. 16 punktów i 6 zbiórek w każdym meczu nie chodzi piechotą.

Kajzerek: Andre Iguodala. Victor Oladipo ostatnio wrócił do pierwszego składu, więc postawie na Iguodalę, który nadal robi bardzo dużo dobrej pracy dla Golden State Warriors po obu stronach parkietu.

Sitarz: Will Barton. Wciąż zastanawiam się czy jego gra wynika z postępu, czy z przeciętnej wartości drużyny i tego, że może robić więcej niż w walczącym o cokolwiek zespole. W ostatnich trzech latach widziałem około 90% meczów, jakie rozegrał dla Portland Trail Blazers i nic nie zwiastowało – no, może pojedyncze końcówki meczów w garbage-time – że szczupły, niemal niedożywiony gracz, który na parkiet, nawet przeciwko najgorszym rezerwowym, wprowadza chaos, może w kilka miesięcy zmienić się w wartościowego gracza na wartościowe minuty i 16 punktów przy prawie 39% za trzy.

Szczepański: Manu Ginobili. 10.4 punktów, 3 zbiórki i 3.6 asyst – jego statystyki nie powalają, ale zalicza je grając tylko 20 minut w każdym meczu. Jest niezwykle efektywny i niezwykle przydatny, będąc kluczowym elementem tej świetnej ławki rezerwowych Spurs i też z tego powodu – jako najlepszy gracz najlepszej ławki – zasługuje na tytuł najlepszego Szóstego Gracza pierwszej części sezonu. Z nim na parkiecie Spurs są na plusie aż 19 punktów na sto posiadań i jest to najlepszy wskaźnik w całej drużynie.

Kwiatkowski: Publiczność. Niedoceniana, katowana przez ten fatalny 82-meczowy terminarz NBA, publiczność raz jeszcze staje na wysokości zadania. Mniej jest hal, które święcą pustkami.

6. Zawodnikiem, który poczynił największy postęp jest…

Sitarz: C.J McCollum. Tutaj myślę tak, jak za kilka miesięcy pomyśli liga: zdobywa o kilkanaście punktów więcej niż w poprzednim sezonie, więc jest MIP. Jest jednak dużo prawdy w tym, że McCollum od zawsze był dobry, ale grał mało. Dowód numer jeden, który kończy rozmowę, to ubiegłoroczna seria z Memphis Grizzlies, w której pod nieobecność Wesleya Matthewsa, i wobec słabych meczów Arrona Afflalo, zdobywał 17 punktów. Nie powinien jednak wygrać tej nagrody, gdyby faktycznie nagrodzono postęp czyli nowości w grze, nagły jakościowy skok czegoś, co w poprzednich latach nie było mocną stroną konkretnego gracza. McCollum po prostu potrzebował minut, które wykorzystuje lepiej i efektowniej niż kontrkandydaci.

Szczepański: CJ McCollum. Jeszcze rok temu o tej porze walczył o minuty gry, pod koniec sezonu był już ważnym rezerwowym, a teraz w tych przebudowywanych Blazers dostał dużo większą rolę, miejsce w piątce i stał się drugą gwiazdą drużyny. To ogromna zmiana, ale CJ świetnie się w tym odnalazł, gra bardzo dobrze u boku Lillarda, a też potrafił wejść w buty lidera i poprowadzić drużynę do kilku zwycięstw pod nieobecność swojego kolegi. W poprzednim sezonie zaliczał tylko 6.5 punktów i 1 asystę, teraz jest to 20.6 i 4.5. Gra oczywiście prawie 20 minut dłużej, ale też ma trudniejszych rywali jako starter i większą odpowiedzialność jako drugi strzelec Blazers.

Kwiatkowski: Stephen Curry. Minuty pozostały na tym samym poziomie co w sezonie regularnym 2014/15, w którym też był najlepszym graczem NBA. Średnia punktów poszła tymczasem w górę z 23.8 do 29.9 punktów. Poprawił rzut (sic), kozioł i chyba nie ma już żadnych wątpliwości, że jest okej obrońcą.

Kajzerek: C.J. McCollum. Bardzo przyjemnie ogląda się jego grze na koźle. C.J. mocno się w tym elemencie rozwinął. Na pewno pomógł mu okres kilku meczów bez Damiana Lillarda, gdy był nie tylko scorerem dla Blazers, ale także pierwszym play-makerem. Okazuje się, że to bardzo wszechstronny ofensywny gracz.

Kujawiński: Kawhi Leonard. C.J. McCollum będzie oczywistym kandydatem do wygrania tej nagrody na koniec sezonu ze względu na postępy statystyczne, ale ja wolę doceniać graczy, którzy wyraźnie poprawili się w konkretnych elementach gry. W przypadku Leonarda postęp ten trwa właściwie od początku jego kariery, więc nie bije tak mocno w oczy. W tym sezonie dokonał jednak najtrudniejszego przeskoku w tej lidze, czyli z gracza zadaniowego na gwiazdę. Zrobił to zaś przede wszystkim dzięki rozwojowi swojego rzutu i kozła. Trafia 48% za trzy, top 5 w lidze 1,33 punktu na posiadanie w sytuacjach spot-up, top 5 w lidze, 1,06 PPP w sytuacjach post-up, i przyzwoite 1 PPP w izolacjach i 0,9 PPP w pick’n’rollach. Nie jest Kevinem Durantem, bo wciąż nie rzuca z dystansu z kozła, ale też wcale nie musi tego robić.

7. Najlepszym zespołem pierwszej połowy sezonu są…

Szczepański: Golden State Warriors. Od miesiąca to Spurs spisują się lepiej, ale to Warriors pozostają nadal numerem jeden. To oni przez długi czas dominowali, ustanawiając rekord ligi najdłuższej serii zwycięstw na starcie, a potem jeszcze do 38 meczu mieli najlepszy początek sezonu w historii NBA.

Kwiatkowski: Golden State Warriors. Mają bilans 37-4 i każdą z ich porażek można dosyć łatwo usprawiedliwić. 12 grudnia przegrali z Bucks, grając w back-2-backu swój ostatni mecz 7-meczowej trasy wyjazdowej. 30 grudnia przegrali w Dallas bez Curry’ego. 13 stycznia przegrali w Denver bez Pana Greena, a w sobotę przegrali w Detroit, grając 3 mecz w ciągu 4 dni i w tym jednym dniu przerwy lecąc z zachodniego na wschodnie wybrzeże NBA.

Kajzerek: Golden State Warriors / San Antonio Spurs. Obie ekipy zrobiły na mnie równie duże wrażenie. W przypadku GSW chodzi o konsekwencje – dokładają do swojej gry kolejnej cegiełki budując produkt o jeszcze lepszej jakości niż finały 2015. Spurs z kolei świetnie uniknęli zakrztuszenia się obecnością LaMarcusa Aldridge i kontynuują wdrażanie silnego skrzydłowego nie musząc przy tym uciekać daleko od swojej filozofii.

Kujawiński: Golden State Warriors. Być może 26. stycznia zmienimy zdanie. Póki co bilans Warriors musi nam wystarczyć, by postawić ich przed San Antonio.

Sitarz: Golden State Warriors. Nie wypada tutaj nie mieć zespołu, który może wygrać więcej niż 70 spotkań sezonu regularnego.

0

KOMENTARZE

  1. Najlepszy rezerwowy:
    @Kwiatkowski: “Publiczność. Niedoceniana, katowana przez ten fatalny 82-meczowy terminarz NBA, publiczność raz jeszcze staje na wysokości zadania. Mniej jest hal, które święcą pustkami.”

    No dobra :D A tak na serio?

    Lubię to: 0
  2. @Kwiatkowski: “Stephen Curry strącił LeBrona Jamesa z tronu najlepszego gracza na świecie”
    Śmiała teza która moim zdaniem nie ma kompletnie żadnego odzwierciedlenia w rzeczywistości. Curry, Leonard to doskonali gracze świetnie odnajdujący się w ramach systemowej koszykówki swoich drużyn.
    Charyzma, leadership, wybitna koszykarska inteligencja, kosmiczny atletyzm, niesamowite umiejętności – James to jednoosobowa armia i nikt nie jest nawet blisko. Od co najmniej dekady najlepszy bez dwóch zdań koszykarz na świecie.
    Tragedią kariery Jamesa w NBA jest fakt, że niestety do tej pory nie trafił na bardzo dobrego coacha. Myślę że gdyby miał swojego Jacksona lub Popovicha grałby w tej chwili o 7 pierścień.

    Lubię to: 0
    • A ja myślę, że grałby o swój 19 pierścień, uwielbiam takie pieprzenie i rozdawanie na prawo i lewo tytułów.Póki co przegrał 4 Finały i to jest faktem.Równie dobrze można powiedzieć, że gdyby Oklahoma miała lepszego trenera a Popovich nie popełnił błędu w 6 meczu to dziś James nie miałby na koncie ani jednego tytułu.

      Lubię to: 0
    • A może powinieneś spojrzeć na to z innej perspektywy. Może powinieneś zobaczyć co Lebron dostał od losu. Zamiast pisać o tragediach jego kariery powinieneś sie skupić na tym, że poza Celtics(3 lata) nie mial w swoim kalendarzu playoffowym (poza finałami) żadnej innej poważnej drużyny. Może gdyby grał w Denver zamiast Melo albo w Sacramento to by nie miał pierścienia?Może byłby jak Malone albo Nash? Spójrz na CP3 – bez wątpienia najlepszy rozgrywający ostatnich kilku lat, ale tacy Spurs, OKC, nawet Grizzlies potrafili go zatrzymac. To, że wschód ssie od wielu lat to jest X – factor jego kariery. Skąd wiesz czy np. CP3 grając z Wadem i Boshem w game 6 w 2011 nie poprowadził miami do zwycięstwa i nie zdobyłby więc pierścieni niż Lebron? Jeżeli lubisz statystyki to Lebron ma 33% zwycięstw w finałach. Duncun i Kobe mają więcej. Nie zwalisz wszystkiego na trenerów i kontuzje?
      Mówinie o tym, że jest w top 5 lub 10 wszechczasów jest czystą manipulacją.

      Lubię to: 0
    • Jak Curryemu odejmiesz rzut to co pozostanie? Rozgrywanie? Ok. Obrona? Mmm raczej nie, może steale. Zbiórki? Nie. Bloki? Nie. Wiem, że ta dywagacja nie ma sensu, ale co takiego robi Curry prócz rzutu (który moim zdaniem jest perfekcyjny), że już go obwołujemy najlepszym graczem na świecie? Czy jest bliżej kompletności niz Lebron? Czy sam Curry pociągnałby zespół jak np. LBJ Cavs w 2007?

      Lubię to: 0
  3. “Mają bilans 37-4 i każdą z ich porażek można dosyć łatwo usprawiedliwić. 12 grudnia przegrali z Bucks, grając w back-2-backu swój ostatni mecz 7-meczowej trasy wyjazdowej. 30 grudnia przegrali w Dallas bez Curry’ego. 13 stycznia przegrali w Denver bez Pana Greena, a w sobotę przegrali w Detroit, grając 3 mecz w ciągu 4 dni i w tym jednym dniu przerwy lecąc z zachodniego na wschodnie wybrzeże NBA.”

    Idąc ty tropem, to możemy napisać, że piłka nie chciała wpaść do kosza…

    Lubię to: 0
    • Na upartego można wyjąć z tego porażki w Denver bez Greena i w Dallas bez Curry’ego. Pozostałe dwie, to jak najbardziej wytłumaczalne porażki. Phil Jackson kiedyś mówił, że dużą rolę w wyniku 72-10 zrobiło położenie Chicago na mapie USA. Łatwiej podróżować, gdy jest bliżej, aniżeli przez całe Stany i zagrać potem mecz.

      Lubię to: 0
      • Bardzo ciekawe spostrzeżenie. Faktycznie jest różnica czy ma się do pokonania 1500 km czy 4000 km. Idąc tym tropem, ciekawe jaki to ma wpływ na bilans armii Generała Pop’a, czy Oklahoma Kids (logistycznie położenie na mapie mają świetne – pomijam zespoły spoza “Super Ligi”). Albo inaczej, są jakieś statsy dotyczące tego ile dany team spędza w samolocie lub ile km pokonuje w czasie sezonu? Bądź jak bardzo zwracają na to uwagę przy ustalaniu terminarza? Dobry temat do analizy problemu komiwojażera :)

        Lubię to: 0
  4. Ogólna ciekawostka: rok temu Warriors mieli #1 obronę w NBA, wygrali mistrzostwo. Ale oczywiście wygrali je trójkami, prawda?
    NBA tak się niby zmienia, ale jedno pozostaje niezmienne – mistrzostwa wygrywa się obroną. No i zaraz będą śmiechy to dlaczego Memphis nie wygrało mistrzostwo, albo Bucks rok temu? Bo mieli gówniany (nie słaby, gówniany) atak.
    Niektórzy myślą chyba, że koszykówka rozwiązała się sama, że teraz nie trzeba nic nie robić, tylko rzucać trójki. Przykre i dziwne to.

    Lubię to: 0