Flesz: 43 punkty LeBrona w Cleveland, triple-doubles Millsapa i Thomasa, kolano Iguodali

4
fot. Curtis Compton / Newspix.pl
fot. Curtis Compton / Newspix.pl

Pięć meczów rozegrano ostatniej nocy – żadnej Superligi czy spotkań wysoce istotnych dla playoffowych wyścigów. Za to mieliśmy n-ty powrót LeBrona Jamesa do Cleveland, aż trzy mecze zakończone dogrywkami i blowout w Oakland. Także znaki zapytania co do powracających kolejny sezon kłopotów z kolanem Andre Iguodali.

LeBron James był on-fire w pierwszej kwarcie w Q-Loans Arena, potem niestety mecz zamienił się w paskudztwo i chaos, z którego Miami Heat wyszli obronną ręką i pokonali Cleveland Cavaliers 100:96. To już 10 kolejne zwycięstwo Heat nad Cavaliers.

Heat zagrali bez Dwyane’a Wade’a (dziś są w b-2-b w Bostonie) i w piątce wyszedł Toney Douglas, ale większą historią było to, że w drugim meczu z rzędu centrem Heat był Greg Oden.

Suche dłonie Odena wykonały tym razem lepszą robotę niż w niedzielę przeciwko Houston, a tylko dwa faule w 14 minut było wielkim, ogromnym wyczynym dla kogoś kto fauluje 8.9 razy PER-36 (inaczej mówiąc – jest czarnym Mario Kasunem)

Dwa faule i dwa bloki – fantastyczny przelicznik dla Heat – bo Oden dwukrotnie zdjął przy obręczy Diona Waitersa:

W całym meczu rzucił 6 punktów, kończąc dunkami akcje w drugiej połowie, miał 3 zbiórki, dwa bloki i dwa przechwyty przeciwko korpusowi Spencera Hawesa.

Cavaliers zagrali już bez Kyrie’go Irvinga, także bez Luola Denga (kostka), wystawiając w piątce Waitersa, który miał jedno z lepszych swoich spotkań (moim krytycznym zdaniem) i pierwsze double-double w karierze. Tylko, że ten atak Mike’a Browna …jezu chryste… jest co by nie powiedzieć ofensywny. Wprowadzanie wracającego po kontuzji Andersona Varejao z ławki temu też nie pomaga, bo nie mogą go nawet prowadzić od startu meczu przez high-post. Dribble-dribble pick-and-roll dribble-dribble, czasem jakiś back-door cut.

James rzucił career-best 25 punktów w pierwszej kwarcie, trafiając 10 z 11 rzutów, przede wszystkim pięć z sześciu trójek. Całe Miami zresztą unikało później penetracji jakby Hawes był Markiem Eatonem i aż 67% rzutów Heat pochodziło spoza pola trzech sekund.

To będzie interesujące do oglądania w kolejnych meczach Heat, jeżeli Oden i Chris Andersen grać będą po 35 minut (do tego Udonis Haslem grał osiem) czy przypadkiem nie będą oni zapychać pola trzech sekund. James w post-up to w takich ustawieniach rzadkość. Heat aktualnie testują rzeczy: duże lineupy w kontekście ponownego szukania chemii między Jamesem, a Wade’m. Oby tylko nie cofnęli się do Finałów z Dallas.

43 punkty z 19 rzutów, 6/8 za trzy, 3/7 z linii, a potem 6/6 w ostatnich 65 sekundach, aby zamrozić kilkupunktowe prowadzenie Heat, które mieli przez ostatnich 10 minut tego meczu. Do tego 3 bloki, dwa przechwyty, sześć zbiórek i cztery asysty LeBrona Jamesa w jego solidnym (!) występie. I żadnej straty. Ten człowiek podlega innym ocenom niż reszta globu, bo to kandydat do Top5 graczy w historii ligi – sorry taki mamy klimat. Musiał w dodatku grać aż przez 42 minuty, bo w pozostałe sześć bez niego Heat łatwo oddawali przewagi (-7 bez niego).

Chris Bosh, teraz głównie jako czwórka, trafiał swoje rzuty spoza paint w crunchtime na 21 punktów, w tym dwa celne z dystansu. Fatalny za to znów był, wypluwany z rotacji przy tak wysokim ustawieniu, Shane Battier, który w 15 minut gry spudłował oba swoje rzuty, w tym jeden za trzy.

Dla Cavs – którzy popełnili 20 strat i grali bez ładu i składu przeciwko całkiem aktywnej w passing-lanes obronie Miami – do 22 punktów dwiema trójkami w ostatnich 16 sekundach dobił Jarrett Jack, pierwsze double-double w karierze miał rozważny aż się zakochałem (prawie) Waiters – 17 punktów, 11 asyst, ale też 6/19 z gry i 6 strat, a Varejao trafiał spoza pomalowanego na 16 punktów, miał też 11 zbiórek i trzy przechwyty. Solidny był też Matthew Dellavedova z ławki, zaliczając sześć asyst obok 5 punktów. Ball-movement Cavs lepiej chodzi, gdy gość z Brazylii i człowiek z Australii są na boisku.

A propos ball-movement – jedno z podań sezonu:

Serio… Jak?!

Damian Lillard jest clutch, Terry Stotts jest kandydatem do Coach of the Year, a Milwaukee Bucks zatankowali w Moda Center na linii rzutów wolnych i przegrali po dogrywce z Portland Trail Blazers 115:120.

Bucks w crunchtime czwartej kwarty grali superaktywną, wysoką obronę pick-and-roll i całkiem sensacyjnie prowadzili w Portland 97-96 po jednym celnym rzucie wolnym Ramona Sessionsa na 19 sek. przed końcem.

Wtedy zamiast znów grać pick-and-roll Stotts po timeoucie dał piłkę Lillardowi w izolacji, a ten zaatakował paint jak „ponoć wg raportu skautów w NCAA byłem nieatletyczny, he?”, zrobił up-and-under na trzech ludziach i …nie trafił, a Robin Lopez spudłował łatwy tip-in.

Sessions na 10.6 sek. przed końcem znów wylądował na linii i znów trafił tylko jeden raz (pierwszy rzut, drugi zebrał wprowadzony tylko po to Thomas Robinson), a Stotts znów wziął timeout i Lillard znów wjechał na Knighta, tylko że tym razem skończył akcję i doprowadził do dogrywki. W niej rzucił już 10 punktów i razem z Wesem Matthewsem odłożyli ten mecz do zamrażarki już na półtorej minuty przed końcem.

Stotts w porę zrezygnował z picków, aby nie utopić Lillarda w pułapce. Izolacje w NBA są krytykowane, ale czasem lepiej grać iso, aby do zagrania nie angażować drugiego obrońcy. Inna rzecz, że Bucks mogli pomyśleć o pułapkach.

Inna rzecz, że mogli trafiać wolne w crunchtime, a oprócz tych dwóch Sessionsa jednego nie trafił na minutę przed końcem Brandon Knight. Bucks rzadko są w tak znakomitych sytuacjach, aby wygrać duży mecz na wyjeździe, więc może to dlatego? W każdym razie tankowanie.

Dopiero drugie zwycięstwo Blazers w siedmiu ostatnich meczach, ale trzecie kolejne spotkanie rozegrane bez LaMarcusa Aldridge’a. Lillard trafił tylko 1 z 11 trójek, dopiero w crunchtime czwartej kwarty, i 15 ze swoich 20 punktów rzucił dopiero w czwartej kwarcie i dogrywce. Podobnie świetny po obu stronach parkietu (dopiero) w crunchtime Wes Matthews – 26 punktów z 15 rzutów, w tym pięć z dystansu, a Mo Williams mimo mo-williamsowej głupiej nadagresywności przy help-defense miał dobry mecz na 23 punkty z 12 rzutów i tylko jedną stratę.

W pierwszej połowie Blazers ciągnął natomiast Nicolas Batum, który skończył z prawie triple-double 21 punktów, 9 zbiórek i 9 asyst, a Robin Lopez, który aktualnie musi robić w Portland wszystko – do tego jeszcze trochę i uważać przy tym na faule – miał w 37 minut 15 punktów, 14 zbiórek i 3 bloki. Dobrą zmianę z ławki dał Robinson, w 16 minut zdobywając 9 punktów, mając 9 zbiórek, dwie asysty, jeden blok i dwa przechwyty. Aż 39 trojek oddali Blazers w tym meczu – to blisko połowa z ich rzutów (97).

Dla Schmucks, którzy zdobyli 56 punktów w paint, atakując miękką obronę pick-and-roll i atakowaną deskę Blazers, 24 punkty z 20 rzutów zdobył Knight, 23 punkty z 16 rzutów Sessions, Zaza Paczulia miał double-double na smallballu Blazers – 17 punktów, 13 zbiórek, 3 przechwyty i cztery asysty, a Khris Middleton trafiał swoje leanery w pick-and-rollu i rzuty z dystansu na 18 punktów z 17 rzutów, miał sześć zbiórek i pięć asyst. 12 punktów z 10 rzutów, 9 zbiórek i dwa przechwyty zaliczył Ersan Ilyasova. OJ Mayo znów był DNP, a Giannis Antetokounmpo w 14 minut trafił tylko 2 z 6 rzutów, nie miał bloku i przechwytu, ale i tak go kochamy.

MVP Trail Blazers nie jest Aldridge, ale ten człowiek:

Splash Brothers zrobili kolejny show, tym razem w runie 18-0 w trzeciej kwarcie i Golden State Warriors gładko wygrali u siebie z Orlando Magic 103:89, ale martwi fakt, że Andre Iguodala opuści co najmniej trzy mecze przez bóle kolana, które doskwierały mu w ostatnim tygodniu i już dwa-trzy lata temu. We wtorek przez kontuzję kostki nie grał też Andrew Bogut i w piątce wyszli Harrison Barnes z Draymondem Greenem.

Warriors rzucili we wtorek już 87 punktów w trzy kwarty i prowadzili różnicą 24, a czwartą kwartę Mark Jackson pozwolił Stephenowi Curry’emu i Klay’owi Thompsonowi oglądać z ławki. W całym meczu Warriors trafili 10 z 27 trojek, popełnili tylko 11 strat i wygrali punkty w kontratakach 18-4.

Curry w 32 minuty gry zdobył 23 punkty z 13 rzutów, trafiając trzy trójki, a Thompson w 33 minuty rzucił 20 punktów, trafiając 4 z 5. David Lee miał double-double 20 punktów i 10 asyst, Mareese Speights oprócz pięciu fauli rzucił 13 punktów i miał 8 zbiórek, a Steve Blake trafił trzy trójki, kończąc z 12 punktami, 3 przechwytami, czterema zbiórkami i asystami z ławki.

Czwartą kwartę z ławki oglądali też Jameer Nelson i Arron Afflalo, którzy tankowali chyba dzień wcześniej wino w Dolinie Sonomy. Obaj rzucili tylko po cztery punkty, trafiając 2 z 7 rzutów.

To dobrze, to świetnie – Magic i tak w drafcie szukać będą najpewniej rozgrywającego lub gracza na obwód.

Zobaczmy środek tabeli Zachodu po tych dwóch różnych wygranych Blazers i Warriors:

45-22 Houston

44-24 Portland (1,5)
43-26 Golden State (3,0)

Atlanta Hawks i Toronto Raptors rozegrali po cichu bardzo emocjonujący mecz. Po cichu – bo grali dla tych kilkunastu kibiców, którzy przyszli do Phillips Arena we wtorek. Po prawdzie jednak, te droższe miejsca znów wiały pustką, za to wyżej tifosi Hawks – bo tacy są i to podobna grupa jak w Milwaukee – świętowali piąte z rzędu zwycięstwo swojej drużyny. Hawks wygrali po dogrywce – i kontuzji pleców Jonasa Valanciunasa w drugiej kwarcie – z Raptors 118:113 i mają już 4,5 meczu przewagi nad New York Knicks niby tylko Phila Jacksona.

33-35 Charlotte
31-35 Atlanta

27-40 New York (4,5)
26-42 Cleveland (6,0)
25-41 Detroit (6,0)

Co za crunchtime, co za crunchtime. Sam mecz też okej, bo Paul Millsap rozwija się już kolejny sezon. Teraz gra nawet pick-and-rolle jako kozłujący, penetruje i odgrywa piłki na obwód. Miał we wtorek pierwsze triple-double w karierze 19 punktów (tylko 6/16 z gry), 13 zbiórek i 10 asyst.

Historią crunchtime czwartej kwarty były niecelne rzuty, m.in. Millsapa równo z syreną, ale też bardzo dobre, proste zagranie Dwane’a Casey’a po jego timeoucie na 13 sekund przed końcem i przy dwupunktowym prowadzeniu Hawks.

Raptors zaczynali na swojej połowie, trzech ludzi poszło na skrzydła, Amir Johson postawił Kyle’owi Lowry’emu zasłonę bardzo wysoko, bo 11 metrów od kosza, a rozpędzony All-Star* Raptors wjechał na floater po tym jak od razu zeswitchował na nim Millsap.

* Lowry powinien być All-Starem w tym sezonie.

W dogrywce – gdy oba teamy dalej opadały z sił i przez ostatnich 158 sekund nikt nie mógł trafić z gry – ten sam Johnson, przy trzypunktowym prowadzeniu Hawks na 14,6 sek. przed końcem przytrzymał w paint Pero Antica za rękę, tak aby najgęściej wytatuowany koszykarz w historii Macedonii nie mógł dojść z pomocą do penetrującego DeMara DeRozana. Jeff Teague i Kyle Korver zamrozili mecz, trafiając jeszcze sześć rzutów wolnych.

Tylko 9 strat Hawks w tym meczu i kontynuacja bardzo dobrej formy Teague’a, który do czasu aż padł umęczon w crunchtime, był najlepszym graczem na parkiecie, zdobywając 34 punkty z 18 rzutów i 11 wizyt na linii. Tak grający Teague – jak po ASG – to na poziomie Wschodu jest jak poziom All-Star i niedziwne, że Hawks razem z powrotem po kontuzji Millsapa weszli na wyższy bieg. 16 punktów z aż 14 rzutów Kyle’a Korvera dla Hawks i dobra zmiana Cartiera Martina, który trafił dwie trójki, zdobył 8 punktów, miał 4 zbiórki i dwie asysty, obok Shelvina Macka będąc kolejnym D-Leaguowcem, który dla Mike’a Budenholzera gra dobry sezon (stylówka Spurs, yo).

Valanciunas rzucił 11 ze swoich 16 punktów – drugi mecz z rzędu dominując pierwszą kwartę – ale zszedł w drugiej przez uraz pleców i Raptors kończyli ten mecz smallballem, ciągnięci w drugiej połowie przez Lowry’ego i DeRozana. Ten pierwszy nie trafił żadnej z czterech trójek i miał 20 punktów, 9 asyst i 7 zbiórek, a drugi w 45 minut rzucił 29 punktów z 14 wizyt na linii, miał 10 zbiórek i sześć asyst. Słabo zagrali zmiennicy Raptors – Steve Novak trafił trzy trójki, ale nie miał clou jak bronić obwód Hawks (11/34 za 3), Greivis Vasquez zagrał mecz bez asysty, a John Salmons trafił dużą trójkę na starcie dogrywki, ale były to jego jedyne punkty w tym meczu.

Terrence Ross miał w tym spotkaniu jedną z najgorszych rotacji ever, gdy mając wybór – pobiec do DeMarre’a Carrolla na skrzydło lub do Korvera do lewego rogu – pobiegł do tego pierwszego i Korver trafił za trzy. Miał też jedną z najbardziej pechowych trójek w historii tego sportu:

Chris Mullin siedział obok Viveka Ranadive’a przy parkiecie w Sacramento, ale i tak było ekscytująco!

John Wall zbladł na linii rzutów wolnych, pudłując dwa na 17,6 sek. przed końcem czwartej kwarty, przy dwupunktowym prowadzeniu Washington Wizards, którzy ostatecznie przegrali po dogrywce z Sacramento Kings 111:117 w swoim pierwszym meczu czteromeczowej trasy po Wschodzie.

Kings prowadzili 30-19 po pierwszej kwarcie, zanim weszła ich śmieszna ławka i Wizards przejęli momentum. Ale w crunchtime Kings kierowani przez Rudy’ego Gay’a, ogrywającego Trevora Arizę, odrobili aż 10 punktów straty w cztery ostatnie minuty czwartej kwarty.

Ten rzut Gay’a, klasyczny, doprowadził do dogrywki. Marcin Gortat spóźnił się tutaj z pomocą, ale całe crunchtime czwartej kwarty i dogrywkę grał z pięcioma faulami i musiał o tym myśleć, bo bez Nene i Kevina Seraphina nie było komu kryć tej bestii jaką Kings mają pod koszem.

W dogrywce, przy remisie 111-111 na 38 sek. przed końcem, Gay trafił klasyczny dla siebie pull-up przez ręce, a z drugiej strony Bradley Beal w czternastej sekundzie akcji nie trafił za trzy po kolejnym dwójkowym rozegraniu z Gortatem (najczęściej to handoff Gortata na skrzydle do Beala i z tego roll lub pop).

Beal swój wielki rzut spudłował jednak jeszcze wcześniej, bo w ostatniej akcji Wizards w czwartej kwarcie – miał równo z syreną wymarzoną pozycję na prawym skrzydle, ale piłka ledwo co doleciała do obręczy. W całym meczu trafił tylko 7 z 23 rzutów na 19 punktów.

Crunchtime należał do Big 3 Kings, punktów było dużo z obu stron w dogrywce, bo wszyscy bronili ostrożnie, żeby nie spaść za faule. Sześciu ludzi miało co najmniej pięć przewinień, wyleciał tylko Wall i nawet on po niecelnej trójce Beala zwlekał, aby sfaulować – gdy musiał już, bo Wiz przegrywali 111-115 – Isaiaha Thomasa.

Gortat dobrze krył Cousinsa i miał solidne 19 punktów i 14 zbiórek, otrzymując po obu stronach boiska sporo pomocy od innych. Wall miał kłopoty z faulami i grał tylko 34 minuty (14 punktów, 8 asyst, 5 strat), za to znów bardzo dobry z ławki był Drew Gooden, który kończył ten mecz dla Wizards – 18 punktów z 10 rzutów, sześć zbiórek, dwa bloki, dwa przechwyty.

Dla Kings najlepszy był Gay, który praktycznie na swoich barkach, grając izolacje lub po wysokim picku, uratował swój koszykarski klub, zdobywając 14 ze swoich 24 punktów w ostatnich dziewięciu minutach meczu. 24 punkty obok 14 zbiórek (w tym siedmiu w ataku) miał Cousins, a Isaiah Thomas skończył z triple-double – 24 punkty, 11 zbiórek, 10 asyst i sms-em od mojej dziewczyny, która pracuje w hostelu i w nocy ogląda/obstawia ligę „Ten mały na 'I’ z Kings jest moim ulubionym graczem”.

Oczywiście, że jest:

0
Poprzedni artykułPhil w Knicks. Dolan oddaje władzę? Kerr nowym trenerem?
Następny artykułHeat zaczynają uczyć się gry z Gregiem Odenem

4 KOMENTARZE