Świat Davida Halberstama

13
fot. “The Break of the Game”

„Był wysoki, miał kwadratową szczękę i obdarzony był głosem tak głębokim, że wydawał się zaczynać już przy kostkach” – tak, w jego nekrologu na łamach New York Times pisał Clyde Haberman. Nic nie wiadomo mi o tym, by grywał kiedyś w koszykówkę. W czasach szkolnych spędzał podobno sporo czasu na bieżni, ale na tym kończyć się miały jego sportowe talenty. Jako nowojorczyk nie miał jednak innej możliwości, jak interesować się amerykańskim sportem zawodowym. Minęło sporo czasu, zanim te zainteresowania przerodziły się w coś więcej, bo pisanie o sporcie było dla niego jedynie odpoczynkiem od innych – cięższych gatunkowo tematów. Na nasze szczęście z wiekiem bywał zmęczony coraz częściej, a to zaskutkowało tym, że ostatecznie tematem aż siedmiu z dwudziestu jeden jego książek był sport. Zginął ponad sześć lat temu w wypadku samochodowym. Jechał, by przeprowadzić wywiad z bohaterem swojej kolejnej pracy – tym razem mówić miała o futbolu amerykańskim.

To nie pierwszy raz, gdy zabieram się do napisania kilku słów na temat Davida Halberstama. Mam ochotę przytoczyć jego postać za każdym razem, gdy czytam głupi komentarz, czy banalny artykuł. Zawsze, gdy widzę, jak dziennikarze traktują sport po macoszemu, skupiając się na wyniku i wypisując na łamach swoich tytułów suche fakty, lub gdy czytelnicy zarzucają piszącemu brak obiektywizmu i krytykują fakt, że ma opinię (nie fakt, jaka to jest opinia, ale fakt, że ją w ogóle ma!), mam ochotę wykrzyczeć nazwisko Davida Halberstama i zacząć rozrzucać jego teksty na prawo i lewo.

David Halberstam w mojej głowie jest bowiem symbolem tego, że sport nie jest jedynie rozrywką dla półgłówków, że jest w tym coś więcej, jakiś ukryty sens i nie jest to przypadek, że wraz z rozwojem cywilizacji na przestrzeni ostatnich 150 lat, nabrał tak dużego znaczenia. Fakt, w jaki sposób Halberstam pisał o sporcie każe mi wierzyć, że nie jestem sam w moim myśleniu o tym „co i dlaczego” i że w kibicowaniu jest więcej sensu niż w rzucaniu rac i poczuciu, że jest się lepszym od kogoś z innego miasta, bo w moim mieście, jakiś bogaty koleś zdecydował się na płacenie większych pieniędzy jakimś innym kolesiom (nie z mojego miasta, a często nawet kraju), którzy nieźle kopią piłkę.

Sam – pytany skąd w nim ta fascynacja – odpowiadał, że stąd, że jest kibicem i że jest to rozrywka, ale sądzę, że chodziło bardziej o to, by mógł zabawić się słowami (I’m fan, and it’s fun). Nie było bowiem przypadkiem, że swoje zawodowe motto podkradł z kolekcji cytatów Juliusa Ervinga:

„Być profesjonalistą, to robić rzeczy, które kochasz, w dni, w które nie masz ochoty ich robić”.

David Halberstam skończył dziennikarstwo w połowie lat 50. ubiegłego wieku. Po studiach mógł, podobnie, jak gro jego kolegów ze studiów, szybko rozpocząć swoją zawodową karierę, w którymś z dużych tytułów ze wschodniego wybrzeża, lecz zdecydował się, że jego miejsce jest zupełnie w innej części kraju. Od początku miał przeczucie, że powinien znajdować się w centrum wydarzeń ważnych nie tylko przez chwilę – lecz takich, które odbiją swoje piętno na historii. Z tego powodu zatrudnił się w małej gazecie w Mississippi (a następnie w Nashville), by, niejako, z pierwszej linii frontu obserwować i opisywać walkę o równouprawnienie na południu Stanów Zjednoczonych (kto wie, czy nie dlatego tak łatwo w późniejszych latach zdobywał zaufanie i często przyjaźń czarnych koszykarzy z tamtych regionów).

Jego praca na tym gruncie zainteresowała New York Timesa, który wysłał go w roli korespondenta do Witnamu. Nikt nie spodziewał się, jak wielką rolę w postrzeganiu wietnamskiego konfliktu odegra niespełna 30-latek. Wbrew oficjalnym informacjom amerykańskiego rządu Halberstam raportował o sytuacji, jaką na własne oczy obserwował na miejscu walk. Wynikało z nich, że głośno opiewane amerykańskie sukcesy były jedynie złudzeniem, a mieszkańcy Wietnamu nie patrzyli wcale na amerykańskie wojska, jak na wybawicieli.

Jego reportaże z linii frontu spotkały się oczywiście z silną reakcją w kraju, a o jego odwołanie upominał się sam prezydent Kennedy. New York Times nie ugiął się pod presją i młody reporter pozostał na miejscu. Jego praca przyniosła mu nagrodę Pulitzera, ale wiele lat później opowiadał, że nie z tego jest najbardziej dumny, ale z faktu, że jako pierwszy reporter wojenny stworzył swój własny uniform, który mówił, że jest reprezentantem prasy, a nie jak wcześniej amerykańskiej armii.

Te wczesne doświadczenia ukształtowały go, jako reportera, który z jednej strony chce być na pierwszej linii frontu, by na własne oczy obserwować zachodzące wydarzenia, a z drugiej stara się uchwycić ich szerszy kontekst i znaczenie z punktu widzenia historii. Nie miało to znaczenia, czy była to walka o równouprawnienie Afroamerykanów, wojna w Wietnamie, czy… sezon koszykarskiej drużyny Portland Trail Blazers. Latając po kraju z grupką koszykarzy i trenerów, David Halbertsam wciąż pozostawał na froncie, a narzekania Lionela Hollinsa traktował, jako wydarzenie mówiące o współczesnym świecie równie dużo, co bitwa w wietnamskiej dżungli.

Nie było przypadkiem, że jego pierwsza sportowa książka traktowała akurat o koszykówce. Kończyły się lata 70. i Halberstam zauważał, że po latach dominacji baseballu i futbolu nadchodzi czas na ten trzeci sport – traktowany do tej pory niczym brzydsza siostra. Na przykładzie koszykówki łatwo było też obserwować zmiany zachodzące w Ameryce. Był to już wtedy bowiem „czarny sport” finansowany i oglądany przez białą część społeczeństwa i na tym tle rozgrywało się wiele dużo mówiących historii – jak choćby ta związana z Billem Waltonem – ostatnią nadzieją białych, który nadzieją tą wcale chcieć nie był.

David Halberstam, planując napisanie „The Breaks of the Game” wiele musiał obiecywać sobie po Waltonie, który był prawdopodobnie jednym z głównych powodów, dla których postanowił opisać sezon właśnie niedawnych mistrzów NBA Portland Trail Blazers. Walton miał wreszcie powrócić do gry po kontuzji i wobec generalnej przeciętności reszty NBA (Larry Bird i Magic Johnson mieli dopiero się w lidze pojawić), Blazers wydawali się faworytami do odzyskania tytułu. Książka spędzona „w drodze po tytuł” nie mogła się nie udać.

Los zakpił jednak z niego i Walton po konflikcie z zespołem przeniósł się do San Diego, a dziennikarz został z rozbitą drużyną, której szanse na sukces pogrzebane zostały jeszcze przed rozpoczęciem podróży. Paradoksalnie właśnie dzięki temu otrzymaliśmy książkę jeszcze ciekawszą. Halberstam stworzył opowieść o przeciętnym sezonie zespołu pełnego osobowości, z których żadna nie przytłoczyła tej książki (jak mógł to zrobić Walton). Jak przystało na wytrawnego reportażystę, dzieli czas po równo między wszystkimi bohaterami z Jackiem Ramseyem, Mauricem Lucasem, Kermitem Washingtonem i Lionelem Hollinsem na czele.

„The Breaks of the Game” nie jest jednak przede wszystkim opowieścią o drużynie koszykówki. Jest opowieścią o koszykówce końca lat 70. i przemianach, jakie zaszły w niej, a które wynikły ze zmian w całym amerykańskim społeczeństwie. Halberstam wykorzystuje każdą najmniejszą nawet anegdotę, czy najbardziej przypadkowego bohatera, by na ich przykładzie powiedzieć coś więcej. Koszykówka służy mu do przemycenia większej historii o ludziach i ich czasach.

Ten zabieg znaleźć można we wszystkich jego tekstach. W latach 60., gdy New York Timesa uczynił go swoim korespondentem w Warszawie, poproszono go, by jego artykuły składały się dokładnie z 600 słów. W niedługi czas potem w liście do przyjaciela skomentował to w następujący sposób:

„Na świecie są dwa rodzaje historii: Te, o których nie mam ochoty pisać aż 600 słów, i te, o których chciałbym napisać dużo więcej. Nie ma jednak niczego, o czym chciałbym napisać dokładnie 600 wyrazów”.

Bez wątpienia, tematy, które faktycznie go interesowały, zajmowały mu dużo więcej miejsca. Opisanie wydarzenia, czy zjawiska, nie było bowiem dla niego same w sobie tak interesujące, jak umiejscowienie go w określonej rzeczywistości. Z „polskiego etapu” pozostał po nim krótki artykuł o wyścigach konnych na Służewcu, w którym na kilku stronach maluje scenkę rodzajową, jakich wiele odbywało się tam w tym czasie, jednocześnie przemycając w niej szersze refleksje na temat Warszawy połowy lat 60. Wyścigi konne były tylko pretekstem, by napisać amerykanom o polskiej codzienności.

Całkowicie na marginesie, kiedy polskie władze rozczarowały się, że młody „anty-amerykański”, jak mówiono, dziennikarz nie pozwala sobą manipulować i szczerze opisuje rządy Gomułki i postanowiły usunąć go z kraju, Halberstam poza wspomnieniami zabrał ze sobą również żonę – wschodzącą gwiazdę polskiego kina Elżbietę Czyżewską. To był związek, o którym mówiła w tamtych czasach cała Warszawa, a zakochani zdecydowali się na ślub już 6 tygodni, po spotkaniu. Jak podsumował to sam dziennikarz: „Jesteśmy bardzo szczęśliwi. Zapewnia mnie, że w maju będzie mnie kochać tak jak w kwietniu”.

Wracając do „The Breaks of the Game”.

Książka z miejsca stała się klasykiem, który był interesujący w równym stopniu dla kibiców, jak i całkiem przypadkowych czytelników. Do dziś w wielu zestawieniach uznawana jest za najlepszą książkę o koszykówce w historii i choć, nie bez powodu, Alex Kotlowitz w nekrologu na łamach Chicago Tribune nazwał Halberstama „antidotum na świat blogowania”, to jednocześnie właśnie „The Breaks of the Games” zostały największą inspiracją Billa Simmonsa (ojca chrzestnego wszystkich blogerów). Jak pisze Simmons:

„Przede wszystkim, nie rozumiałem, jak pisać. Pisałem krótkie opowiadania jako młody chłopak, czytałem wszystko, co znalazło się w moim zasięgu. (…) Nie wiedziałem jednak, jak pisać. „Breaks of the Game” była pierwszą poważną książką, którą pokochałem. Już po kilku stronach doszedłem do wniosku, że napisał tę książkę specjalnie dla mnie. Pochłonąłem ją w jeden weekend. Kilka miesięcy później przeczytałem ją znowu. W końcu, przeczytałem ją tyle razy, że jej grzbiet się rozpadł, więc musiałem kupić kolejny egzemplarz.

W czasie studiów, gdy powoli decydowałem się na wybór zawodu, czytałem ją każdego roku, by przypomnieć sobie, jak pisać – jak szanować słowa, jak tworzyć zdania, jak opowiadać czyjąś historię, nie opierając się jedynie na cytatach, jak sprawić by anegdoty ożyły. To była moja własna, prywatna szkoła pisania. Kiedy mój kolejny egzemplarz stał się ofiarą tragicznego wypadku na plaży, kupiłem trzecią kopię w sklepie z używanymi książkami na Newbury Street za 5,95. Najlepszy interes mojego życia. Co dwa lata ponownie czytam tę książkę, aby upewnić się, że moje pisanie nie pogorszyło się zbytnio. Tak, jak golfista odwiedzający swojego starego instruktora, aby sprawdzić swoje uderzenie”.

David Halberstam widział sport, jako zwierciadło społeczeństwa, ale jednocześnie jego idea sportu była raczej prosta i dość konserwatywna. Jasno wyraził się na ten tema w swoim artykule na temat Igrzysk Olimpijskich:

„Nie lubiłem zbytnio Drużyny Marzeń z 1992 roku z Barcelony. Była dla mnie przeciwieństwem olimpijskiej idei. Była dobra dla USA (wciąż byliśmy najlepsi w koszykówkę – nasz sport – dzięki Bogu), dobra dla koszykówki, przede wszystkim międzynarodowej koszykówki i z pewnością dobra dla NBA. Jednocześnie wydawało mi się, że narusza olimpijskiego ducha. Nie chodziło o to, że wysyłaliśmy profesjonalistów, by brali udział w amatorskich zawodach – kraje bloku wschodniego robiły to latami. Chodziło raczej o to, że była to celebracja sportowców, którzy już wcześniej byli na świeczniku, którzy tak naprawdę reprezentowali kraje-stany imperiów firm odzieżowych. Gracze byli już bogaci i sławni ponad wszelki akceptowalny poziom i zbyt często nastawieni byli w sposób krzyczący, że to nie oni potrzebowali Igrzysk Olimpijskich, a to Igrzyska potrzebowały ich. Rzadki moment w świetle reflektorów, który w czasie Igrzysk otrzymuje większość sportowców, dla nich był tylko powtórką tego, co przeżywali wciąż i wciąż. Przeżyli swoje kariery w świetle reflektorów i zaczęli wierzyć, mimo że to one uczyniły ich bogatymi, reflektory te były właściwie intruzami w ich życiach. Byli zbyt ważni, aby zostać w Olimpijskiej Wiosce, niezdolni by łatwo zintegrować się zresztą sportowców, z którymi jedyny kontakt mieli, gdy dawali im autografy. Drużyna Marzeń na Igrzyskach wydawała się odbijać amerykańską pychę. Amerykę, której w ostatnich latach coraz bardziej byłem świadom. Nie miałem przyjemności z tego zwycięstwa i wolałbym, aby wszyscy oni zostali w domach”.

Z tego powodu szczególnie lubił przebywać w towarzystwie sportowców mało znanych, do których dostęp miał właściwie nieograniczony. Z tej fascynacji narodziła się książka „The Amateurs” opowiadająca o amerykańskich wioślarzach przygotowujących się do Igrzysk Olimpijskich i wiele artykułów skupiających się na mniej popularnych sportach, jak szermierka, kobiecy hokej, czy też wędkarstwo. Część z nich możecie znaleźć w sieci, część dostępna jest jedynie w książce „Everything they had”, która składa się z artykułów pisanych na przestrzeni lat dla różnych tytułów (warto po nią sięgnąć choćby ze względu na dwa teksty – genialnego artykułu z Esquire na temat koszykówki w Indianie i drużyny ze szkoły średniej z Milan, która w 1954 zdobyła stanowe mistrzostwo i napisanego dla Playboya profilu baseballisty Reggiego Smitha, który po pełnej sukcesów karierze w MLB przenosi się do Japonii).

Halberstam miał słabość do underdogów i odbijało się to także na innych jego książkach (świetnym przykładem jest napisana po 9/11 – bardzo kameralna – „Firehouse”, która zamiast zagłębiać się w polityczne uwarunkowania ataku Al-Kaidy, skupia się na tragedii strażaków z jednej z nowojorskich remiz). Tym większym zaskoczeniem – na pierwszy rzut oka – był więc fakt, że gdy po 18 latach po raz drugi zdecydował się na podjęcie tematu koszykówki, na swojego bohatera wybrał akurat Michaela Jordana – być może jedynego sportowca na świecie, którego w żadnych okolicznościach nie można było nazwać underdogiem.

Napisana na przełomie 1997 i 1998 roku książka „Playing for Keeps: Michael Jordan and the world he made” (trochę niefortunnie przetłumaczona w polskim wydaniu na „Grać i wygrać. Michael Jordan i świat NBA”) to jednak coś więcej niż po prostu biografia Jordana – to właściwie część druga „The Breaks of the Game”, bo Jordan jest tu jedynie pretekstem, by opowiedzieć o tym, jak duże zmiany zaszły w NBA na przestrzeni dwóch dekad. Halberstam opowiada bowiem bardziej o świecie stworzonym przez Michaela Jordana, niż o samym Jordanie.

W słowie końcowym od autora możemy przeczytać:

„Nieufnie podchodziłem do pisania o kimś, o kim tak wiele już zostało napisane. Nie byłem chętny, by wchodzić do świata już zapełnionego przez innych dziennikarzy (myślę, że pisarze pracują najlepiej w samotności, z dala od gwaru mediów). Byłem szczególnie niechętny wchodzenia w świat tak wielkiej sławy, do której dostęp był ściśle kontrolowany. Ostatecznie jednak zdecydowałem się na tę książkę, by napisać, jak zmienił się świat koszykówki w ciągu 18 lat od kiedy napisałem „The Breaks of the Game”.

Świat ten zaś zmienił się nie do poznania. Gwiazdy NBA – rozpieszczone przez olbrzymie pieniądze dostępne na rynku wolnych agentów – przestały być na wyciągnięcie ręki. Komercyjne loty zastąpione zostały prywatnymi samolotami niedostępnymi dla większości dziennikarzy. Nastąpiła zmiana władzy – niegdyś wszechmocni właściciele musieli ustąpić miejsca agentom graczy i komisarzowi ligi.

Co najważniejsze w tej książce – mimo że jest ona często przedstawiana jako biografia – o samym Jordanie nie dowiadujemy się wiele nowego z tego prostego powodu, że nie zdecydował się on nawet na jedną rozmowę z Halberstamem (choć obiecał, że udzieli mu wywiadu). W zamian otrzymujemy zestaw ogólnie znanych anegdot i historii z życia „najlepszego koszykarza na planecie”. Trochę szkoda, bo kilka lat wcześniej, mając możliwość, na potrzeby artykułu do Sports Illustrated, porozmawiać z Jordanem twarzą w twarz, Halberstam dostarczył na przykład taką perełkę:

„Jordan spotyka swoich rywali i z gracją szybuje ponad nimi. Co więcej, robi to dla publiczności, która liczebnością zdecydowanie przewyższa widownię baletu. Ten sport jest zaś, jak balet. Czymś zupełnie nowym i nowoczesnym. Kontaktowym baletem o afro-amerykańskich korzeniach. W końcu, nikt nigdy nie bronił przeciwko Barysznikowowi. Kiedy rozmawiamy w hotelowym pokoju, opowiadam mu o Barysznikowie i Nuriejewie, ich pięknie i gracji, a on słucha, zainteresowany, cierpliwy, zaintrygowany tą opowieścią o potencjalnych rywalach. Kiedy kończę, zadaje mi tylko jedno pytanie o Barysznikowa: ‘Ile ma wzrostu?’. Jest niski – odpowiadam – ma raczej nisko położony punkt ciężkości. Zauważam delikatny uśmiech – uśmiech numer 4, prawie niewidoczny, uśmiech prywatnego triumfu: Michael jest zadowolony, gdy myśli o graniu z Miszą w post”.

Ostatecznie jednak nawet fakt „nieobecności” Jordana na etapie tworzenia tej książki jest w linii z tym, co autor chce nam przekazać. Świat się zmienił – koszykówka się zmieniła. Informacje o najlepszym koszykarzu na planecie są wszystkim znane i ogólnie dostępne – w przygotowanych przez specjalistów od PR-u pigułkach. Na scenie pojawiają się w zamian nowe postacie i wbrew pozorom to one są głównymi bohaterami tej książki – i tej epoki: David Stern, David Falk, Phil Knight i Peter Moore z Nike, Spike Lee, Jerry Krause, Jerry Reinsdorf. To oni są prawdziwymi bohaterami tej książki do spółki z ulubionymi przez autora „malutkimi” tego sportu jak B.J. Armstrong, czy John Paxson. Dla nich przede wszystkim warto tę książkę przeczytać.

Jak sami mówił: „Pisarz powinien być dramaturgiem – stawiać ludzi na scenie, przedstawiać nowe idee, sprawiać, by czytelnik stawał się widzem”. W swoich obu koszykarskich książkach robi to z godną podziwu konsekwencją. Nieważne, czy w roli wojennego korespondenta jedzie na front z Portland Trail Blazers, czy jako, starszy już dziennikarz ze studia opisuje świat stworzony przez Michaela Jordana. Zamiast czytać o koszykówce, oglądamy przedstawienie, w którym każdy statysta ma do odegrania swoją rolę – która dla powodzenia sztuki ma równie ważne znaczenie, co występ głównego bohatera. Szkoda jedynie, że Halberstam nigdy nie napisał książki, która poruszałaby temat laty 80, która byłaby idealnym uzupełnieniem koszykarskiej trylogii. W zamian otrzymaliśmy jedynie artykuł dla Sports Illustrated, który streszcza rywalizację Magica i Birda.

W przeciwieństwie do dwóch innych klasyków jordanowskiej literatury: „The Jordan Rules” Sama Smitha i „When Nothing Else Matters” Michaela Leahy, Halberstam wstrzymuje się od wchodzenia w prywatne życie swojego bohatera. Nie znajdziecie tu “pudelkowych” historii (a jeśli niektóre tak wyglądają, to wspomniane są w konkretnym celu). Z tego powodu jest to być może książka mało spektakularna i raczej nie dla fanów Jordana. Z pewnością jednak jest można polecić ją właściwie wszystkim, którzy choć trochę interesują się koszykówką – szczególnie, jako sequel do „The Breaks of the Game” (niestety wciąż nie przetłumaczona – jeśli się mylę, poprawcie mnie – na język polski).

Wielka szkoda, że w Polsce ciągle nie doczekaliśmy się pisania o koszykówce na tak wysokim poziomie (czy też w ogóle w sporcie? Jakie znacie naprawdę dobre polskie książki sportowe?). Nadzieję w moje serce wlewa to, że wydano ostatnio kilka książek poruszających tematykę koszykarską, z których najbardziej interesująca wydaje mi się pozycja „Srebrni chłopcy Zagórskiego” Marka i Łukasza Ceglińskich. Niestety wciąż nie miałem okazji jej przeczytać, ale pierwsze recenzje są bardzo obiecujące i z pewnością podzielę się z wami moją opinią (podobnie, jak na temat biografii Adama Wójcika, choć jej recenzje nie wyglądają aż tak entuzjastycznie).

Fakt jednak, że w ciągu roku ukazały się już dwie istotne pozycje poruszające tematy związane z polską męską koszykówką i jedna związana z żeńską (o której niestety nie mam więcej informacji, ale z pewnością spróbuję ją zdobyć), sprawia, że po cichu zaczynam myśleć, że może doczekamy się polskiego dziennikarza, który podobnie, jak David Halberstam wyruszy na front z koszykarzami jednej z polskich ekip, by dostarczyć nam „czegoś więcej niż sport”.


__________________________________

Chciałbyś mieć dostęp do większej ilości takich artykułów?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, przeczytaj więcej darmowych artykułów, a przekonasz się, że naprawdę warto.

__________________________________

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni49 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni159 zł

1

KOMENTARZE

  1. Wie ktoś gdzie można kupić książę o Michaelu Jordanie ?
    Sprawdzałem w necie tak pobieżnie i wszędzie jest info o braku dostępności. Zna może ktoś może księgarnie która taka ksiazke zamówi? Niech bedzie nawet za duzo wieksze pieniadze.

    Lubię to: 0
  2. W kwestii kupowania książek – ja zawsze kupuję na Amazon.co.uk. Płaci się kartą przez internet, wysyłka zawsze kurierem (więc dochodzi w 3/4 dni), a powyżej 25 funtów dostawa za darmo (z tym, że nawet, jeżeli płacisz za wysyłkę, to nie wychodzi to drogo)

    Lubię to: 0