Cud Św. Antoniego: Tam gdzie A.Wojnarowski spotyka Boba Hurleya, a sport spotyka życie

2
Walter Ioos jr

“Sport to skondensowane życie. Wszystkie te dramaty, cała ta walka, złamane serca i zwycięstwa streszczone w sztucznie stworzonej rywalizacji. Aby być dobrym w tę grę, wymagany jest niekończący się trening, dokładnie tak, jak w życiu. Sport zawsze pełen jest niespodziewanego – piłek, które powinny były zostać złapane, lecz złapane nie zostały, poprzeczek, które nie powinny zostać podniesione, a podniesione zostały. Na podobieństwo życia – chaos wkraczający w uporządkowane wzory cywilizacji. Sport może przynosić łzy i śmiech w zadziwieniu jego – czasami – absurdem”.

Powyższe słowa to moje bardzo wolne tłumaczenie akapitu z autobiografii Roone Arledge’a – człowieka, którego możemy nazwać ojcem chrzestnym współczesnych relacji sportowych. Gdy w latach 60. Arledge stawiał swoje pierwsze kroki w produkcji telewizyjnych programów sportowych, wśród “wielkich” ówczesnego sportu zawodowego i uniwersyteckiego w USA wciąż panowało przekonanie, że widz przed telewizorem powinien mieć widok w najlepszym wypadku taki, jak kibic z najtańszych miejscówek. W innym wypadku – sądzono – ludzie przestaną przychodzić na stadiony. To Arledge był jednym z tych wizjonerów, który dostrzegł potencjał telewizji w relacjach sportowych. “Uwolnił kamery”, pozwalając im zaglądać w miejsca wcześniej dostępne jedynie zawodnikom, zaczął eksperymentować z mikrofonami (skąd już tylko kilkadziesiąt lat do naszego “wired”), wpadł na pomysł powtórek w zwolnionym tempie i telewizyjnych “double headerów”.

Dzisiaj wydaje nam się to oczywiste, ale w tamtych czasach tego rodzaju “eksperymenty” uważane były za przynajmniej podejrzane. Nic zresztą się nie zmieniło, jeśli pomyślicie o tym, jak “wielcy piłki nożnej” potrafią wstrzymywać niektóre oczywiste i już-na-poziomie-technologicznym-proste rozwiązania. Arledge wprowadzał amerykański sport w erę telewizji (a może telewizję w erę sportu) i z pewnością mógłbym poświęcić mu dużo więcej miejsca (jego autobiografia to must read). Wspominam go jednak z innego powodu. Kiedy zaczął zajmować się sportem – niepoważnym przecież zajęciem – znajomi i przyjaciele próbowali dojść do tego, co młodego, wykształconego człowieka z widokami na przyszłość może ciągnąć właśnie w tym kierunku. Odpowiedzią były właśnie słowa zacytowane powyżej.

Z tej odpowiedzi zrodziło się też jedno z najważniejszych dzieci Arledge’a “Wide World of Sports”. Emitowany nieprzerwanie przez prawie 40 lat program doczekał się miana kultowego i odbił swoje piętno na amerykańskiej kulturze. Początkowo pomysł ten przyjęty został jednak bardzo sceptycznie i pieniądze na jego realizacje udało się pozyskać zaledwie na 8 minut przez wyznaczonym przez stację ABC terminie (co ciekawe udało się to jedynie dzięki szantażowi, gdy inna legenda amerykańskiej telewizji Ed Scherick zapowiedział reklamodawcom, że jeśli nie wesprą nowego programu, to mogą zapomnieć o promowaniu swoich produktów w czasie relacji z meczów NCAA futbolu amerykańskiego). Skąd tyle kontrowersji? Otóż program miał zdawać Amerykanom relacje z najróżniejszych wydarzeń sportowych odbywających się na całym świecie. 24-godzinne wyścigi samochodowe, piłka nożna, tenis, narty wodne, czy demolition derby. Dyscyplina nie miała znaczenia, a ekipa ABC jeździła po całym świecie, docierając, gdziekolwiek udało się kupić prawa do transmisji, by pokazać Amerykanom różnorodność sportu. “Wide World of Sports” pokazywał, że sport w każdej ze swoich postaci naśladuje życie i że choć czasem wykonywanie pewnych czynności wydaje się nam absurdalne, to z różnych względów jest dla ludzi ważne.

Rozmawiałem o tym w weekend z moją dziewczyną, gdy spacerując wzdłuż plaży mijaliśmy moje boisko do koszykówki (mam boisko do koszykówki koło plaży – deal with it). Zapytała, czy znam kogokolwiek spośród ludzi, z którymi grywam. Ze zdziwieniem odpowiedziałem, że nie. Od czterech lat spędzam na tym boisku większość weekendów, ale poza imionami i koszykarskimi nawykami nie wiem o tych ludziach nic. Wiem, jak się ruszają i jak ich bronić. Wiem, komu zostawić miejsce do rzutu i dla kogo jestem wystarczająco szybki, by zrobić na nim Raula Neto. Wiem wystarczająco dużo, by zdać Kośmie Zatorskiemu na tyle dobry scouting report byśmy jedną zagrywką rozbijali miejscowych całe popołudnie (Kosma! PobleNou pamięta!). Nie wiem jednak kim są ludzie, z którymi gram. Skąd przyjechali, co robią w życiu, co robią poza koszykówką. I szczerze? Nie mam ochoty się dowiedzieć. Naszym punktem styczności jest w tym momencie koszykówka i wszyscy to akceptujemy. Przez kilka weekendowych godzin jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi, bądź największymi wrogami, by wieczorem rozejść się po domach. Przez kilka weekendowych godzin liczy się dla nas tylko piłka.

Dokładnie tak, jak piłka dla dzieciaków na Kubie, których zdjęcie widzieliście na początku tego artykułu. Nie ma na tym zdjęciu gwiazd sportu, ani Kate Upton, ale to właśnie, jako swoje ulubione wskazał kiedyś jego autor Walter Ioos jr (Kate Uption alert). Słynny fotograf Sports Illustrated uwiecznił na swoich zdjęciach większość największych ikon sportu (i to w taki sposób, że czasem się zastanawiam, czy po cichu nie czerpał z niego David LaChapelle) i Kate Upton. Swoim ulubionym zdjęciem uznał jednak to, na którym grupka kubańskich dzieciaków gra w palanta. Przypadek? Nie, bo to zdjęcie, to sport zamknięty w jednym kadrze. Wszystkie oczy skierowane w jeden punkt i przez kilka chwil nic innego na świecie się nie liczy.

Uchwycenie takiego momentu to marzenie każdego fotografa, czy dziennikarza sportowego. Królował w tym David Halberstam, który potrafił zbudować literacko-psychologiczną perełkę z marzeń hokeistki o Igrzyskach Olimpijskich, czy podróżach, z braku środków, tanimi liniami lotniczymi amerykańskich szermierzy. Udało mu się to nawet, gdy los mu nie sprzyjał i sezon Portland Trail Blazers, który spędził i opisał w swojej najsłynniejszej sportowej książce “The Breaks of the Game” okazał się sezonem bardzo przeciętnym (w składzie nie było już Billa Waltona, który samą swoją obecności mógł uczynić go niezwykłym). Strach pomyśleć, co stałoby się, gdyby Halberstam szczęścia miał więcej i trafił na jakiś historyczny sezon.

Czasem się to udaje, i to też część magii sportu, a dzięki szczęściu autora i nam dane jest w tym uczestniczyć. Takie szczęście miał Adrian Wojnarowski, który spędził sezon 2003/2004 w szkole średniej Świętego Antoniego w New Jersey i opisał go w książce “The Miracle of St. Anthony”.

Prawdopodobnie nie mówi wam to zbyt wiele, ale jest to szkoła szczególna. Z perspektywy polskiego czytelnika ciekawa, bo założona przez polskie siostry Felicjanki i w początkach swojego istnienia kształcąca przede wszystkim dzieci polskich imigrantów. Z perspektywy fana koszykówki ciekawsza, bo w niej od 1972 roku trenuje Bob Hurley, który choć nigdy nie trenował poza poziomem szkół średnich, jest członkiem koszykarskiej Galerii Sław i jednym z najbardziej poważanych trenerów w historii koszykówki.

Adrian Wojnarowski zdecydował się powtórzyć udane eksperymenty wspomnianego wcześniej Davida Halberstama i  autora “A Season on the Brink” Johna Feinsteina i przez pełen sezon śledzić zespół koszykówki. Wybrał zespół szczególny.

O osiągnięciach Boba Hurleya ze szkolnym zespołem Świętego Antoniego poczytać możecie na Wikipedii, więc Wojnarowski nie ryzykował szczególnie i wiedział, że z pewnością będzie to rok pełen zwycięstw. Ani on, ani Hurley jednak nie spodziewali się, że będzie to sezon aż tak szczególny. Drużyna bez seniora, któremu udałoby się dostać stypendium w pierwszej dywizji NCAA, pełna chłopców z problemami, z biednych i rozbitych rodzin i bez widoków na przyszłość zaliczyła sezon bez porażki.

Wojnarowski w swoim – naszym ulubionym – stylu relacjonuje kolejne miesiące zmagań zespołu, czasami nie mogąc się zdecydować, czy jest dziennikarzem, czy beletrystą, ale jednocześnie czerpiąc z najlepszych wzorców i budując historię z różnych perspektyw jej uczestników.

Sam zwycięski sezon został wisienką na torcie tej książki, ale byłaby to niezwykła lektura i bez niego. Do tego wystarczyłby już sam Bob Hurley. Trener ze starej szkoły, pasjonat koszykówki i twardy mentor dla swoich zawodników. Czytając, niektóre z przytoczonych przez Wojnarowskiego cytatów myślałem sobie, że z każdej innej szkoły wyleciałby po pierwszym dniu. Hurley nie przebiera w słowach klnąc i poniżając swoich zawodników przy każdej możliwej okazji.

Zdania wypowiadane w szatni i rzucane w twarz nastolatków, nagrane na smart phone’a postawiłyby na nogi całą redakcję Gazety Wyborczej. Mówiąc bez owijania w bawełnę, Hurley się nie pierdoli. Każdy błąd zostanie wytknięty, każda pomyłka wypominana w nieskończoność. Wygrana 20 punktami nie jest dobra, gdy spudłuje się rzut osobisty w końcówce. Wygrana 30 punktami jest traktowana, jak klęska gdy przez 5 minut odpuści się w obronie.

St. Anthony idzie przez sezon, jak burza rozbijając w puch kolejnych rywali przygotowaniem fizycznym i morderczą obroną, ale Hurley nie jest nigdy zadowolony. Pojedyncze błędy mówią mu tylko o jednym – jego gracze wciąż nie są gotowi.

Nie chodzi jednak o to, że nie są gotowi, by wygrać mistrzostwo stanu. Dla Hurleya nie są gotowi, by wejść w dorosłe życie. Wszystkie jego tyrady mają bowiem jeden ostateczny cel – dać jego uczniom przewagę w dorosłym życiu. Być może jedyną przewagę, jaką pochodzący z biednych, rozbitych rodzin chłopcy mogą mieć.

Adrian Wojnarowski otwarcie sympatyzuje z Hurleyem i choć z dziennikarską gorliwością przytacza najbardziej paskudne przykłady tego, jak twardy jest wobec swojego zespołu, to gasi je zaraz opowieściami o tym, jak ostatecznie większości zawodników wychodzą one na dobre. Hurley bowiem ma swój cel, a jest nim danie młodym ludziom z nieuprzywilejowanych rodzin z New Jersey szansy na lepsze życie. Może spędzić 2 godziny podczas treningu klnąc każdego, kto spudłuje rzut, by wieczór spędzić dzwoniąc po znajomych szkołach i szukając dla niego stypendium, by zapewnić mu edukację.

Hurley jest dobrym i złym policjantem w jednym i ostatecznie jego metody – jakkolwiek szokujące – okazują się skuteczne.

“The Miracle of St’ Anthony”, dzięki szczęśliwemu zrządzeniu losu, pokazuje sezon, w którym zespół prowadzony przez najbardziej niepokorną grupę seniorów w historii szkoły, wygrywa wszystko. Dla tej grupy jest to sposób, by pokazać swojemu trenerowi, że jest w nich coś więcej. Udowodnić mu, że – wbrew temu, co od niego słyszą – są w stanie zapisać się w historii szkoły. Jednocześnie wiedzą, że może być to dla nich jedyny highlight w życiu (jak sprawdziłem, niektórym z nich udało się zrobić kariery w mniej ważnych ligach). Ostatecznie jednak górą jest Bob Hurley – bo gdy jego drużyna zwycięża, udaje mu się osiągnąć najważniejszy cel, sprawić, by jego seniorom zależało.

Ta książka to właśnie takie zdjęcie, czy też album ze zdjęciami, ukazującymi sport w najczystszej postaci. Sport, który jest odbiciem życia, z jego ambicjami (najbardziej komiczną postacią jest jedna z matek, która widzi w swoim 16-letnim synu przyszłą gwiazdę NBA), dramatami (jeden z najciekawszych fragmentów opowiada o karierze i praktycznie kończącym ją wypadku samochodowym legendy Duke Bobby’ego Hurleya – zbieżność nazwisk nieprzypadkowa) i zwycięstwami. Bob Hurley wysyła swój zespół na “Uniwersytet Porażki”, by przygotować ich do tego, co czeka ich w prawdziwym życiu.

Trochę szkoda, że Adrian Wojnarowski nie ma większej ochoty, czy też może zacięcia, by pisać kolejne książki (ponoć z problemami dokończył książkę o Jimmim Valvano, ale póki co nie miałem okazji przeczytać), bo ma z pewnością większy potencjał niż niezniszczalny John Feinstein, który zawsze kradnie najlepsze tematy, by pozostawić niedosyt i wrażenie, że spija swojego edytora jeszcze przed publikacją. “The Miracle of St. Anthony”, to perełka, która przenosi nas na chwilę w świat koszykówki szkół średnich w USA – świat-paradoks, w którym rodzą się przyszłe gwiazdy i trwają gwiazdy niezniszczalne, takie jak Bob Hurley.


__________________________________

Chciałbyś mieć dostęp do większej ilości takich artykułów?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Dokładne informacje i instrukcja jak wygląda proces zakupu znajdują się na stronie FAQ

Jeśli nadal masz wątpliwości, przeczytaj więcej darmowych artykułów, a przekonasz się, że naprawdę warto.

__________________________________

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni19 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni39 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 360 dni120 zł

1

KOMENTARZE

  1. Świetny tekst.
    Książkę chętnie bym kupił, ale niestety na allegro kosztuje prawie stówę..będzie trzeba rozejrzeć się po bibliotekach oferujących pozycje zagraniczne.

    Lubię to: 0