
Weekendówka: Kradzieże Ryana Rollinsa
Po ponad dwóch latach spędzonych w lidze, w listopadzie 2024 roku Ryan Rollins wreszcie doczekał się szansy dłuższej gry i od razu pokazał próbkę swoich możliwości, pomagając w wygranej Milwaukee Bucks. W debiucie w roli startera zaliczył pięć przechwytów, co pozostaje jego najlepszym osiągnięciem kariery. Doskonale przecina linie podań, potrafi wybijać piłkę rywalom albo po prostu ją zabierać. W obecnym sezonie zajmuje szóste miejsce w NBA pod względem liczby przechwytów (58 w 38 meczach), a do tego lideruje kategorii deflections (średnio 4.7). Dobry z niego „złodziej”.
Dwa lata temu jednak nie chodziło o wykradanie piłek na parkiecie. Ryan Rollins dosłownie był złodziejem. Drobnym złodziejaszkiem, który w ten sposób niszczył własną karierę.
Nie brakowało mu pieniędzy. Już w debiutanckim sezonie zarobił ponad milion dolarów, a w drugim roku miał zagwarantowane $1.7mln. Mimo to, wynosił ze sklepu niewielkie artykuły gospodarstwa domowego – żele pod prysznic, zabawki dla psa, słodycze i świece zapachowe. W styczniu 2024 roku został przyłapany na gorącym uczynku i aresztowany. Zaraz okazało, że nie był to pojedynczy, głupi wybryk. Na przestrzeni trzech miesięcy miał aż siedmiokrotnie okraść sklep sieci Target – tej samej, która jest sponsorem tytularnym hali Minnesoty Timberwolves. Łączna wartość rzeczy, które zabierał, nigdy nie przekroczyła tysiąca dolarów, dlatego oskarżono go jedynie o drobną kradzież. Sprawa jednak wcale nie była „drobna”. Kosztowała go pracę i poważnie zagrażała jego przyszłości w NBA.
W tamtym momencie Rollins wyglądał na kolejny przykład niedojrzałego, problematycznego dzieciaka, który pozaboiskowym zachowaniem marnuje szansę życia.
Przeprowadzka do będących w przebudowie Washington Wizards miała być dla niego idealną okazją, aby zapracować na regularne minuty, na które wcześniej nie mógł liczyć w ekipie obrońców tytułu. Golden State Warriors pozyskali Rollinsa z 44. numerem draftu 2022, robiąc wymianę i płacąc Atlancie Hawks za możliwość przesunięcia się po niego. Od razu dali mu kontrakt, choć z powodu kontuzji prawej stopy nie miał okazji zaprezentować się podczas Summer League. Wcześniej był gwiazdą niewielkiego uniwersytetu Toledo – pierwszą od ponad ćwierć wieku, która trafiła do NBA. Mierzący 191 centymetrów guard, bardziej scorer niż rozgrywający, z dobrym rzutem, choć krótkim zasięgiem (31.7% za trzy przez dwa lata na uczelni), za to z długimi ramionami, które obiecywały duży potencjał w defensywie.
Debiutanckie rozgrywki zakończył już w lutym, gdy złamał kość w tej samej stopie, z którą wcześniej miał problem. Do tego czasu występował głównie w G-League. W koszulce Warriors pojawiał się bardzo sporadycznie i nie zachwycał – 35% z gry, 16 strat przy 6 asystach. Miał jednak okazję trenować ze Stephenem Currym i uczyć się profesjonalizmu, podglądając Splash Brothers. Po sezonie został włączony w wymianę Chrisa Paula i razem z Jordanem Poolem wylądował w stolicy USA. Tam stawiano na młodzież, ale Rollins nie przebił się do rotacji (tylko 10 meczów), a w styczniu został zwolniony. Wizards zaskakująco szybko zrezygnowali z 21-letniego guarda, mimo że w składzie brakowało rozgrywających. Wszystko wyjaśniło się, gdy na jaw wyszły jego problemy z prawem.
Przez chwilę o Rollinsie zrobiło się głośno w całej NBA, ale już po tym, gdy przestał w niej grać. Łatka złodzieja mogła na dobre zamknąć mu drogę powrotu. O kleptomanii nigdy nie wspominano. Ostatecznie przyznał się do jednego z zarzutów i w lutym został skazany na 30 dni więzienia w zawieszeniu. Musiał również zapłacić odszkodowanie oraz grzywnę. Najdotkliwszą karą okazało się bezrobocie. Miał jednak sporo szczęścia, bo szybko dostał drugą szansę od NBA. Pod koniec lutego Milwaukee Bucks podpisali z nim two-way umowę. Do końca sezonu zagrał tylko przez 12 minut w ich barwach, ale swoją postawą na treningach i w G-League przekonał klub, by go zatrzymać.
W kolejnym sezonie kontuzje w drużynie otworzyły mu drogę do gry. W połowie listopada zastąpił Damiana Lillarda, zaliczając wspomniany debiut w pierwszej piątce. Miesiąc później był już częścią stałej rotacji, a kiedy stracił minuty po przyjściu Kevina Portera Jr, zaraz problemy zdrowotne Lillarda sprawiły, że zaczął regularnie wychodzić w pierwszej piątce. Wykorzystał szansę, stając się małym objawieniem końcówki sezonu. Udowodnił, że jest w stanie prowadzić grę (mecz na 10 asyst) i zaprezentował bardzo skuteczny rzut z dystansu (45% jako starter). Playoffy również rozpoczął w pierwszym składzie, choć zagrał słabiej i Doc Rivers szybko z niego zrezygnował.
Po raz pierwszy zwrócił na siebie uwagę szerszej publiczności czymś więcej niż wzmianką w kronice kryminalnej. NBA jednak najwidoczniej wciąż miała wobec niego spore obiekcje, bo gdy latem trafił na rynek, nikt nie spróbował „wykraść” go z Milwaukee. Była ku temu okazja, ponieważ Bucks na początku lipca wycofali złożoną wcześniej ofertę kwalifikacyjną. Robiąc miejsce na Mylesa Turnera, musieli maksymalnie wyczyścić salary cap, dlatego ten interesujący, 23-letni guard stał się niezastrzeżonym wolnym agentem. Wiadomo było, że Bucks chcą go zatrzymać, ale można im było to utrudnić. Rollins jednak spokojnie przeczekał na rynku, aż finansowe manewry klubu dobiegną końca, po czym podpisał z nimi trzyletni kontrakt za $12mln.
Dziś ten kontrakt sam wygląda jak kradzież, bo Rollins szybko wyrósł na jednego z najważniejszych zawodników Bucks. Świetnie przygotował się na przejęcie większej roli i zalicza swój breakout season. Po 38 meczach ma już na koncie więcej minut, punktów, asyst, zbiórek i przechwytów niż łącznie przez trzy poprzednie lata w lidze. Przede wszystkim rozwinął się jako strzelec, dysponując nagle zabójczym pull-upem – 34 trafione trójki tego typu przy skuteczności 42% (4. miejsce przy minimum 60 próbach), po zaledwie siedmiu wcześniej. Poprawił się także jako playmaker, notując o 2.6 asysty na sto posiadań więcej niż poprzednio i najlepszy w karierze wskaźnik asyst do strat (2.39). I jak już wspominałem, jest najlepszy w NBA w wybijaniu piłek, wyprzedzając zeszłorocznego króla deflections, Dysona Danielsa.
Rollins to obecnie najmłodszy gracz w składzie Bucks, a jego wkład w grę jest niewspółmiernie wysoki do zarobków – śmiesznie niskich, jak na realia NBA. Jest trzecim strzelcem drużyny (17.0), drugim podający (5.6), ma na koncie najwięcej rozegranych minut w zespole, tymczasem na liście płac wśród guardów ligi zajmuje dopiero 123. miejsce. Zarabia nieco więcej niż wynosi minimum dla weterana i jeszcze w kolejnym roku będzie na takiej samej pensji, zanim w 2027 będzie mógł zrezygnować z opcji zawodnika i zgłosić się po podwyżkę.
Kradzieże w sklepie na szczęście nie przekreśliły jego kariery. Jak sam przyznaje – dorósł i wyciągnął wnioski.
Teraz to on jest dużym stealem.

Fajny artykuł 👍
Świetny artykuł. W kliku klubach bardzo by się przydał za takie $… W takim Dallas zamiast D. Russela … Albo w Sacramento zamiast coraz dziwniejszego Denisa S. …