Sitarz: Chrisa Paula podróż w czasie

Sitarz: Chrisa Paula podróż w czasie

fot. AP Photo

Jak to dobrze, że nie dowiemy się co by było, gdyby Chris Paul nigdy nie wystąpił w Finałach NBA. Jak niepowetowana byłaby to strata – zobaczyliśmy w nocy z wtorku na środę. Jak wielkim jest graczem – przekonali się o tym Milwaukee Bucks.

Na przestrzeni ostatnich lat w różnym stopniu chodziło i o Paula-rozgrywającego, i o Paula-koszykarza i o Paula-personę. Ten ostatni opuszczał Houston w niesławie, skonfliktowany, jako „najgorszy kontrakt w lidze”. Ten drugi pałętał się w tak naprawdę mało znaczących przestrzeniach zbioru najlepszych graczy ligi, przypisany do jakiegoś przedziału, na przykład Top20. Z kolei ten pierwszy zwykł udowadniać, że na próżno szukać lepszego stricte rozgrywającego, czemu przeciwstawiał dość biedne portfolio indywidualnych wyróżnień. Wyprzedzili go młodsi, niektórzy koszykarsko ubożsi, na dodatek jedyną constans były problemy ze zdrowiem w najważniejszych momentach.

Równie dobrze Chris Paul mógł się w tych wszystkich momentach obwiesić uwielbianym przez sportowców frazesem „trzeba wierzyć na przekór okolicznościom”, nie wierząc w absolutnie nic. Mógł upozorować wewnętrzną walkę, spojrzeć w metrykę, dograć kontrakt w Oklahomie żegnając się z rolą lidera w NBA, i za rok dołączyć np. do Lakers w ramach któregoś z wyjątków. Ale wówczas byłby to nie pasujący do życiorysu Paula wycinek. Bo z jednej strony oglądaliśmy niezwykły zbiór przeciwności losu, a z drugiej tyle samo powrotów. Kiedy Paul padał na parkiet to po to, żeby wstać.

Niedawna kwarantanna była jeszcze jednym preludium przed kolejnym apogeum złośliwości losu. Co z tego, że uraz karku wyleczył dostatecznie, skoro pojawił się problem ze ścięgnem w rzucającym nadgarstku, a coś niedobrego zadziało się z tym samym rejonem lewego przedramienia. W każdym razie: niewiele w tym procesie wiary. Prędzej na pierwszy plan wysuwa się zaufanie do organizmu – że się wyleczy, bo przecież wie jak – i do własnych umiejętności. A to już rzadkość, ponieważ odrzuciwszy to, co poza ludzkim poznaniem i szczęście, które i tak Paula się nie ima, poprzestaje się na tym, co rzeczywiste. Na bólu i wyrzeczeniach. Na grze mimo skręceń, naciągnięć, zerwań oraz na kulcie pracy: tym szkodliwym i tym prowadzącym do pucharu.

A kto akurat potrzebuje pucharu Larry’ego O’Briena? Chris Paul. Cała ta karier potrzebuje finalizacji pod konfetti, żeby zacząć mówić o determinacji wyzwolonej. Przez tyle lat kształtowała się skomplikowana monumentalność całości, która teraz, dopiero w szesnastym roku kariery, może stanąć tak, jak należy.

Przedwczoraj Paulowi poszło lepiej niż dobrze. Odpowiedział na wszystko. A jak już nie mógł, albo nie chciał, albo potrzebował czasu i potrzebował wzniecić impuls w pozostałych, to zwrócił się do Devina Bookera. Zwrócił się tak, jak nie mógł lub nie czuł, że może, do Jamesa Hardena. Bo komu jak komu, ale Bookerowi z oczu parzy. I to tak, że pomimo nieefektywnej serii z LA Clippers jeszcze raz podjął wyzwanie usadowiwszy się w tej swojej paulowsko-bryantowskiej hybrydzie koszykarza. Ona od strony rzucania krystalizowała się przez setki przegranych meczów i dopiero w playoffach roku 2021 wykształciła paulowską bezwzględność podczas porcjowania defensywnych usprawnień Milwaukee, wcześniej Denver i obu zespołów z Los Angeles. Booker jeszcze raz trafił mniej niż 40% rzutów z gry, ale powtarzalnością, agresywnym podejściem do zmian krycia Bucks, zmusił rywala do reakcji. Co więcej: zmusił swojego lidera do podróży w czasie.

Mimo, że po przerwie trwał festiwal izolacji, to jednak Paul przed wyzwaniem nie uciekł. A pewnie mógłby, a nawet powinien, zważywszy na fakt, że w sezonie regularnym od izolacji po prostu stronił. Rozgrywał dokładnie dwa i pół takiego posiadania w meczu – najmniej od sezonu 2015/16 – a w każdym zdobywał dobry punkt i pięć setnych. Tylko w tym i w ostatnim meczu, szóstym z Clippers, Paul wygenerował sporo z zanotowanych przez Synergy 49 rzutów w izolacjach, zastępując nimi wiele z tego, na co Suns pracowali w ostatnim półroczu.

I dlatego trzeba przyznać, że ten dwumecz był spektakularny.

Po okresie przejściowym w Oklahomie, późną jesienią 2020 roku Chris Paul wrócił do korzeni. System Phoenix od razu zaczął orbitować wokół wariacji akcji mały-duży. Monty Williams przeniósł na amerykańskie parkiety Europę. Hiszpański pick-and-roll wymuszał odpowiedzi, bo trójka Paul-Booker-Ayton uprawiała coś na wzór triangle-offense na szczycie, w strefie rzutów wolnych i w high-post. Do tego doszły zasłony w plecy i w boki ciał obrońców, a także ruch graczy bez piłki. Mówiliśmy, że to nic nadzwyczajnego, raczej rozwiązanie tradycyjne, że to typowy dla Chrisa Paula atak. No więc Paul tak powrócił do pick-and-rolla, że od razu oddał w nim blisko dwa razy więcej rzutów niż podczas dwóch sezonów spędzonych w Houston.

Ale kiedy wszyscy usiedliśmy zebrani w nowej rzeczywistości, bez wielkiej historii, bez pogoni Jamesa za Jordanem, bez największych gwiazd, za to z lawiną urazów i może z niewielką nadzieją na początek i zarazem rozkwit rywalizacji pomiędzy Bookerem a Giannisem – w meczu numer jeden Finałów trzeba było się izolować. I Paul też tam był rozwiązując pick-and-rolle nie do końca tak, jakby sobie tego życzył, podejmując kolejne wyzwanie w karierze.

O ile przed szóstym meczem Finałów Konferencji Zachodniej miałem wątpliwości dotyczące tego, co Chris Paul może dodatkowo zrobić w ataku, tak po nim i po spotkaniu z Bucks, po meczach, w których nastąpił powrót do czasów Houston, raz jeszcze uwidocznił się charakter Paula i przede wszystkim koszykarski kunszt. Na niewielkiej przestrzeni czasowej zestawiły się przeciwne sobie przeszłość z teraźniejszością i wszystkie ich podobieństwa. Raz, że w Houston pick-and-rolle ukradł Daryl Morey. Dwa, tutaj zrobili to Bucks. Tam Paul izolował się wymiennie z Hardenem, a tutaj z Bookerem. Tam był świetny, i tutaj był świetny. I tam i tutaj prezentował te same ruchy: podróż na łokcie, snake-dribble, zagarnięcie piłki i krótki side-step w prawo lub w lewo, wymagające wysiłku trójki, charakterystyczny ruch prawej nogi do przodu podczas rzutu po koźle, wciąż ten sam wysoki set-point, ten sam kąt odchylenia ciała, ta sama parabola rzutu.

Nareszcie ktoś poza Luką Donciciem i Kawhiem Leonardem potrafił przywołać odpowiednich dla siebie graczy do pick-and-rolla, poczekać na switch, wejść w pojedynek, odseparować się od obrońcy i skorzystać na przewadze własnej. Na tle występu Paula izolacjom Middletona i Holidaya, tym bardziej Giannisa, brakowało wyrachowania, a samym graczom umiejętności. Paul wskazywał i wybierał obrońców, a ci szli do gabinetu. Siedem rzutów oddał z Lopezem przed sobą, cztery z Tuckerem, trzy z Connaughtonem, dwa z Portisem. W sumie trzech teoretycznie najlepszych obrońców Bucks „obroniło” trzy rzuty Chrisa Paula: dwa Holiday i jeden Antetokounmpo. W zaledwie jednym punktowym posiadaniu spotkał się z obroną typu drop. Widział przed sobą zmiany krycia, ale widział także ścięcia Bridgesa, slip-screeny i dobre dłonie DeAndre Aytona.

Można polemizować czy to sam Paul – wraz z kolegami – nie pozwolił ustawić na sobie Middletona i Holidaya, czy jednak nie pozwolili sobie na to Bucks. Wolę wierzyć, że nie tylko wydarzył się kolejny popis panowania nad grą własną, bo to de facto rzecz dla Paula naturalna, ale przede wszystkim poszło o panowanie nad grą rywala. Oto najlepsi obrońcy Bucks stali się bezużyteczni. Co z tego, że za Paulem biegali, że Holiday spędził na nim 28% minut, jeśli w najważniejszych momentach posiadań przyglądali się pracy stóp Brooka Lopeza.

Tak to już jest, że i w kategorii ustawiania optymalnych pojedynków 1-na-1, a także całych posiadań, każda generacja koszykarzy ma swoją niekwestionowaną gwiazdę. Całej tej puli przewodzi LeBron James – arcymanipulant z największych. Chrisowi Paulowi oczywiście brakuje, ale nie po raz pierwszy wzniósł się na wyżyny zarządzania meczem. Wystarczy spojrzeć na każde posiadanie w izolacji, a później przywołać genialny drybling w transition na 5:46 do końca pierwszej kwarty, którym zgubił Portisa i stworzył podanie do Mikala Bridgesa; następnie wszystkie te na pierwszy rzut oka banalne podania do strzelców, kiedy jednak łapał na wykroku ich obrońców; albo akcję na 6:36 do końca trzeciej kwarty, kiedy skorzystał z Aytona zanim ten faktycznie postawił zasłonę budując podwaliny pod podanie lobem do rolującego centra; albo ten prosty hesi-move w piątej minucie ostatniej części, który na chwilę zamroził Holidaya daleko, bo dziesięć metrów od obręczy, i już tam wymusił w pomalowanym pomoc Khrisa Middletona, któremu Devin Booker uciekł na prawe półskrzydło wykonując tzw. lift.

Mamy pełne prawo oczekiwać, że poprzeczka trudności podniesie się wraz z reakcją Bucks. Bo przecież występ kompletny zwiastuje ripostę. CP3 zawędrował na pułap, z którego widać więcej. Co należy zrobić? Czy podwajać? Czy wciąż zmieniać krycie? Zastosować hedge’e? Podeprzeć się krótkim, acz dobrym, okresem stosowania dropu w pick-and-rollu, który analogicznie do pierwszego meczu z Atlantą był najefektywniejszym wyborem Bucks? Jeśli tak, to czyżbyśmy mieli wymagać od Mike’a Budneholzera… powrotu do sprawdzonego? Kolejnej podróży w czasie? Chris Paul właśnie taką przeżył. Wrócił ze zwycięstwem. Potrzebuje jeszcze trzech.

Dyskusja 6G

Komentarze 12

Masz coś do dodania? Wskakuj do rozmowy.

Paweł Jakubowski08.07.2021, 10:10

Dzięki Piotrek

michcio08.07.2021, 10:27

Dziś Wigilia? Redaktor Sitarz przemówił ludzkim głosem!

WekT408.07.2021, 11:39

Ładne. Oby zdobył ten tytuł.to będzie i got my own jak KG.

Zdzis08.07.2021, 13:46

Abstrahując od warstwy merytorycznej, to ten tekst jest bardzo zjadliwie napisany.

Majk08.07.2021, 16:25

Czy ktoś mógłby przybliżyć na czym polega technika obrony „drop”?

urbanskit@wp.pl08.07.2021, 17:40

Świetna historia. Tak samo jak to, jak po meczu podszedł do DA i główki się spotkały w przepięknym uścisku, nijak o tym Dużym Dziecku powiedział, z3 ma wielkie serce❤️❤️❤️

urbanskit@wp.pl08.07.2021, 17:43

Żeby było jasne – stałem się fanem CP3 w 2019 jak przeszedł do OKC i zrobił coś z niczego rozwijając SGA. Ale tam 2 dłuższej perspektywie by przepadł – zbyt dysza przebudowa – 2 PHX zrobił to samo, tylko młodzież już była bardziej ograna😊

radek08.07.2021, 17:55

Paul w tym wieku jest niesamowity. Przypomniałem sobie dziś jak gdzieś 10-12 lat temu była ciągła dyskusja kto jest lepszy, CP3 czy Deron Williams, praktycznie rówieśnicy. Dziś CP3 jest na topie, w finale, a D-Will od 4 lat na emeryturze.

The Blue Nile08.07.2021, 21:14

Dzięki za tekst Piotrze.

SygiBoy08.07.2021, 21:54

Największy szacun za to, że nigdy się nie poddał, a okazji do tego było nieskończenie wiele, zawsze wiatr w oczy. Trzymam kciuki!

Shamway09.07.2021, 18:04

Chylę czoła przed wiedzą, ale dla mnie to pióro jest za ciężkie.

Szósty Gracz na bieżąco

Włączyć powiadomienia?

Damy Ci znać o nowych tekstach, podcastach i materiałach 6G. Po kliknięciu potwierdź zgodę w oknie swojego urządzenia.

Możesz zmienić decyzję w sekcji „Powiadomienia 6G” w stopce.