Kiedy „Robak” był na szczycie. Dawny fenomen Dennisa Rodmana

Kiedy „Robak” był na szczycie. Dawny fenomen Dennisa Rodmana

Zbliżające się wielkimi krokami okrągłe urodziny Dennisa Rodmana to chyba dobra okazja, żeby przypomnieć jego sylwetkę. Tym bardziej, że pod względem liczby wybryków i osiągnięć raczej nigdy nie doczekamy się kogoś podobnego.

Od czasu do czasu lubimy tutaj wracać do mistrzowskich „Bad Boys” („Książę ciemności” dostał kiedyś nawet osobny tekst) i nie raz też sięgaliśmy pamięcią do roku 2004. Nie ma się czemu dziwić, bo w końcu Pistons to jedna z najstarszych marek na rynku. Dla przypomnienia – klub pojawił się na mapie jeszcze w latach 40., chociaż nie w „Motown”, a w Fort Wayne w stanie Indiana. Nie raz zatem wątki tego zespołu przeplatały się z różnymi pamiętnymi wydarzeniami  i niejeden członek Hall of Fame nosił w swojej karierze koszulkę Pistons.

Jednym z nich jest – a jakże – Dennis Keith Rodman. Człowiek, który dziś jedynie odcina kupony od dawnej sławy i próbuje na różne sposoby walczyć ze swoimi problemami finansowymi, ale kiedyś – według słów nieżyjącego już Jacka Haleya – był być może większą gwiazdą w Chicago niż sam Michael Jeffrey Jordan. Było to jednak znacznie później. W Detroit nie był jeszcze ikoną popkultury, w konserwatywnych kręgach nie uchodził za Antychrysta i z pewnością nie był wówczas największym koszmarem Davida Sterna.

Być może o Rodmanie ciężko jest już dzisiaj napisać cokolwiek odkrywczego. Jego, szczególnie ta bardziej rozrywkowa, strona została przecież nawet przypomniana w szeroko komentowanym przez nas „The Last Dance”. Było też kilka autobiografii, mniej lub bardziej udanych. Wszystkie w sumie o tym samym.

Wiemy na pewno w przypadku Rodmana, że całonocne imprezy nie przeszkadzały mu w tym, żeby zbierać z tablic ponad 23% wszystkich dostępnych piłek.

„Jeśli czekałby nas mecz „o wszystko”, wsiadłbym z Dennisem na pokład samolotu do Vegas, pozwoliłbym mu pić przez całą noc w otoczeniu pięknych kobiet, po czym sprowadziłbym go z powrotem na minutę przed rozpoczęciem spotkania. Gwarantuję, że Dennis miałby 35 zbiórek i zwycięstwo mielibyśmy w kieszeni”.

Tak w nieco żartobliwy sposób o Rodmanie powiedział kiedyś Jack Haley, dawny kumpel z czasów gry w San Antonio i Chicago. Chociaż sam Dennis kilkukrotnie zaprzeczał, żeby w trakcie zawodniczej kariery balował kiedyś na dzień przed jakimkolwiek meczem.

Ale pomyślmy o nim w ten sposób. Kto w latach 90. i później mógł przewidzieć, że Dennis Rodman przy swoim stylu życia (najprawdopodobniej) dożyje 60 lat? Okrągłe urodziny będzie obchodził już za kilkanaście dni (przy okazji  – wczoraj tyle samo lat skończył Isiah Thomas. Najlepszego od kibiców Pistons i być może jakiegoś zagubionego i/lub nietrzeźwego fana Knicks). Świat idzie do przodu, koszykówka coraz mniej przypomina tę z czasów świetności Bulls, a Rodman wciąż jakoś się trzyma, niczym emerytowany rockman.

Skupiając się na jego koszykarskiej karierze – ilu ludzi może o sobie powiedzieć, że w swojej karierze grało obok w sumie aż sześciu (!) różnych zdobywców MVP sezonu, miało na koncie 5 tytułów mistrzowskich i 7 razy z rzędu przewodziło w lidze w kategorii zbiórek? Tamte osiągnięcia wciąż budzą respekt, niezależnie od tego jak zmieniła się koszykówka przez ostatnie lata i ile razy Rodman zmieniał po drodze kolor włosów. Ciężko będzie komukolwiek to powtórzyć.

Od momentu gdy Dennis Rodman po raz ostatni wybiegł na parkiet w meczu NBA minęło już ponad 20 lat. Kiedy przez krótki czas biegał w trykocie Mavericks po parkiecie nieistniejącej już Reunion Arena, Mark Cuban stawiał dopiero pierwsze kroki jako właściciel klubu NBA, a Luka… prawdopodobnie stawiał po prostu pierwsze kroki, choć może od razu zaczynał już naukę chodzenia od step backów.

Był to jednak zmierzch wielkiej kariery Rodmana, który wcześniej, będąc u szczytu i przede wszystkim mając dużo bardziej okazały stan konta bankowego, był idolem milionów kibiców – nie tylko koszykówki. Ciężko było spotkać kogoś, kto ćwierć wieku temu nie kojarzyłby Dennisa Rodmana. Nawet ci, którzy nie interesowali się koszykówką, nasi rodzice czy nawet dziadkowie, doskonale wiedzieli kim jest ten wytatuowany gość  z kolorowymi włosami. W budowaniu tego wizerunku „pomagały” oczywiście różnego rodzaju afery, jak chociażby ta, gdy na premierę swojej autobiografii w Nowym Jorku przyszedł ubrany w suknię ślubną, słynny romans z Madonną czy wreszcie krótkie i jednocześnie bardzo burzliwe małżeństwo ze wschodzącą wówczas gwiazdą telewizji, Carmen Electrą.

Z powyższych względów kilkadziesiąt lat temu zdjęcia Rodmana regularnie pojawiały się w kolorowej prasie. Dziś, w dobie internetu i przede wszystkim mediów społecznościowych, strach pomyśleć jaki potencjał marketingowy mógłby przejawiać tak kontrowersyjny, a jednocześnie odnoszący tak ogromne sukcesy sportowiec jak Dennis Rodman. Niejeden patostream z udziałem gwiazdy NBA mógłby stać się faktem.

Jednak te wszystkie kontrowersje wokół jego osoby, nawet te późniejsze, jak ta podejrzana znajomość z Kim Dzong Unem, to tylko część prawdy, dlaczego ludzie od dawna mniej lub bardziej interesowali się lub wręcz pasjonowali Dennisem Rodmanem. Był, a właściwie nadal jest, postacią jedyną w swoim rodzaju. Kiedyś nikt nie wyglądał tak jak on i nie walczył tak zaciekle o każdą piłkę – tak jakby każda zbiórka miała być jego ostatnią. Bez większej przesady można powiedzieć, że swoją grą wypełniał hale kibicami po brzegi. Przychodzili oni tłumnie na mecze koszykówki, mimo że ich idol nie musiał nawet oddawać rzutu do kosza. To dopiero fenomen popularności.

Jeszcze przed premierą „The Last Dance” media i kibice mogli sobie przypomnieć o Rodmanie za sprawą innego dokumentu, „For better or worse”. Dla tych, którzy nie widzieli, produkcja od ESPN jest dziś dostępna choćby na TVN Player.

Kiedyś wcale nie zanosiło na to, że ten wyjątkowo nieśmiały i niepozorny chłopak z rozbitej rodziny osiągnie jakikolwiek życiowy sukces. Początki Dennisa Rodmana były raczej mało obiecujące.

Urodził się  w Trenton, w New Jersey, gdzie jego ojciec – o bardzo oryginalnym zresztą imieniu Philander – stacjonował w bazie sił powietrznych. Sielanka nie trwała jednak długo. Philander zostawił rodzinę, kiedy Dennis miał ledwie 3 lata. Swojej decyzji zaczął żałować dopiero w latach 90., kiedy jego potomek był już gwiazdą Bulls. Wówczas Dennis nie chciał mieć jednak z ojcem niczego wspólnego. Zdanie zmienił dopiero w 2012 r. i ostatecznie obaj Rodmanowie spotkali się po blisko 50 latach rozłąki.

Philander zmarł zresztą kilka miesięcy temu. Spłodził w sumie aż 29 dzieci z 16 różnymi kobietami. Shawn Kemp nigdy nie był chyba nawet blisko tego wyczynu.

Wracając do Dennisa Rodmana, to nie był on jedynym opuszczonym dzieckiem w rodzinie. W międzyczasie na świecie pojawiły się również jego siostry – Debra i Kim. Matka Dennisa, Shirley, nie mając wiele do stracenia po odejściu męża, spakowała bagaże i przeniosła się wraz z dziećmi do swojego rodzinnego Dallas. Rodmanowie zamieszkali w dzielnicy South Oak Cliff, bardzo nieciekawej części miasta.

Powiedzieć, że dzieciństwo Dennisa nie było usłane różami, to jak nie powiedzieć nic. Pozbawiony męskiego wzorca w domu i z matką pracującą nieustannie na dwa lub nawet trzy etaty, kilkuletni chłopiec spędzał czas głównie ze swoimi siostrami. Często bawili się w dom, ale Dennis wcale nie pełnił w tych gierkach roli głowy rodziny. Zamiast tego jego siostry przebierały go… w sukienki.

Wręcz chorobliwie nieśmiały Dennis miał spore problemy w nawiązywaniu kontaktów. Był drobnej postury, nie miał kolegów, a w dodatku w szkole inne dzieciaki znęcały się nad nim. Sytuacja była na tyle zła, że Dennis musiał nawet przenieść się do innej podstawówki.

W szkole średniej nie było wiele lepiej. Nastoletni Dennis Rodman nie wyróżniał się niczym na tle reszty uczniów, wliczając w to osiągnięcia sportowe. Nie załapał się na stałe ani do szkolnej drużyny w footballu amerykańskim, ani też do reprezentacji koszykówki. Był też bardzo słabym uczniem i naukę w liceum udało mu się skończyć tylko dzięki wakacyjnym kursom. Wciąż był bardzo niski i nie miał wtedy nawet 180 cm wzrostu.

Tymczasem jego siostry odnosiły już poważniejsze sukcesy w koszykówce i uzyskały nawet stypendia sportowe (Debra z Louisiana Tech, a Kim z uczelni Stephen F. Austin). Poza amatorskim graniem w kosza Dennis nie miał właściwie żadnych zainteresowań, może jeszcze poza grą na automatach w pinball, przy której wyginał się w dość charakterystyczny sposób, dzięki czemu przylgnął do niego przydomek „The Worm”. W międzyczasie wciąż będąc jeszcze nastolatkiem podjął pracę na lotnisku Dallas/Forth Worth, gdzie wykonywał najprostsze czynności, głównie z zakresu tzw. konserwacji powierzchni płaskich.

Pewnego dnia, a właściwie nocy, kiedy lotnisko było opustoszałe, Dennis wpadł na bodaj pierwszy ze  swoich najgłupszych pomysłów. Naiwnie myśląc, że obiekt nie jest monitorowany, postanowił obrabować jeden z zamkniętych sklepików. Jego łupem padło ok. 50 zegarków na rękę. Zanim Dennis zdołał cokolwiek z nimi zrobić, został aresztowany przez policję. Ostatecznie, na jego szczęście, zarzuty oddalono, głównie z racji na wcześniejszą niekaralność.

Nie zmieniało to faktu, że po raz pierwszy w życiu znalazł się na rozdrożu. Dostał od matki ultimatum, że albo pójdzie do college’u lub znajdzie stałą pracę, albo będzie musiał wynieść się z domu. W ten oto sposób Dennis przez kilka miesięcy był właściwie włóczęgą i niejednokrotnie nie miał gdzie spać. W międzyczasie wydarzyło się także coś, co bardzo rzadko przytrafia się dwudziestolatkom. Dennis nagle zaczął bardzo szybko rosnąć. W ciągu kilkunastu miesięcy przybyło mu ponad 20 cm, co okazało się nie lada darem od losu. Później wydarzenia potoczyły się błyskawicznie.

Rodman, wciąż grający w koszykówkę jedynie amatorsko i dla przyjemności, był stałym bywalcem miejscowego ośrodka sportowego Cummings Recreation Center. Któregoś dnia wpadł tam w oko trenerom z prowincjonalnej szkoły Cooke County College w Gainesville w Teksasie. Rodman nie zagrzał tam jednak miejsca na długo i jeszcze w tym samym roku powrócił do Dallas. Bogowie koszykówki nie dawali jednak za wygraną i wkrótce do matki Dennisa zadzwonił inny trener z niewielkiej szkoły z ofertą stypendium. Tym razem był to Lonn Reisman z Southeastern Oklahoma State, który kilka miesięcy wcześniej dostrzegł Rodmana podczas jednego z meczów w Gainesville. Ostatecznie Dennis dał sobie kolejną szansę i wyruszył w najdalszą podróż w swoim dotychczasowym życiu.

Reisman miał nosa. Nowy nabytek już w pierwszym meczu zdobył 24 punkty i zebrał z tablic 19 piłek. Jego energia była niezrównana i dzięki niej nadrabiał braki w wyszkoleniu. Dla już wtedy 22-letniego Rodmana był to w końcu właściwie dopiero początek gry na jakimkolwiek zorganizowanym poziomie. W wielu aspektach był koszykarskim samoukiem, wliczając w to swoją główną specjalizację, czyli zbieranie piłek z tablic. Z biegiem lat jedyne nad czym pracował to określanie kątu, pod jakim piłka odbije się od obręczy, aby móc do niej dotrzeć szybciej niż rywal. Pod tym względem Rodman przypominał zresztą Charlesa Barkleya, który wbrew pozorom również nie przykładał większej wagi do książkowych teorii. Kiedyś w wywiadzie dla „Sports Illustrated” powiedział:

„Według mnie zastawianie jest przereklamowane. Kiedy byłem na uczelni Auburn miałem trenera Rogera Banksa, który zawsze powtarzał mi tylko jedną rzecz: “Skacz za piłką”. Jest wielu graczy, którzy świetnie się zastawiają, a i tak mają po dwie zbiórki w meczu”.

W międzyczasie Rodman zyskał być może swojego pierwszego prawdziwego przyjaciela w życiu. Okazał się nim zaledwie 13-letni Bryne Rich. Chłopak po dramatycznych przeżyciach (w wyniku wypadku podczas polowania zginął jego najlepszy kolega) brał udział w koszykarskim obozie organizowanym przez trenera Reismana. Dennis uczestniczył w nim jako jego asystent.

Nagle Bryne po długich miesiącach traumy w końcu odnalazł radość życia w koszykówce – w dużej mierze za sprawą starszego o blisko dekadę Rodmana. Mimo sporej różnicy wieku obaj szybko znaleźli wspólny język. W dodatku Dennis został ciepło przyjęty przez rodzinę Bryne’a. Polubili go do tego stopnia, że zaoferowali mu dach nad głową. Tak oto Rodman zamiast mieszkać w akademiku przez trzy kolejne lata, żył na farmie i w wolnych chwilach od nauki i koszykówki pomagał Richom w gospodarstwie.

Dennis robił prawdziwą furorę w rozgrywkach mało prestiżowej ligi akademickiej NAIA. Przez trzy sezony zdobywał średnio po prawie 26 punktów i 16 zbiórek. Po ukończeniu szkoły w 1986 r. wziął udział w jednym z obozów dla kandydatów do draftu NBA. Nazwisko Rodmana nie przewijało się wprawdzie w notatnikach skautów, jednak swoją energią zrobił wtedy na tyle duże wrażenie, że został zauważony. Tuż na początku drugiej rundy draftu Dennis Rodman oficjalnie został wybrany do NBA. Kierunek – będący wówczas na fali wznoszącej Detroit Pistons. Całkiem nieźle jak na kogoś, kto ledwie lat wcześniej został aresztowany za kradzież zegarków na lotnisku.

Już od pierwszego dnia wśród zawodowców Rodman imponował pracowitością i poświęceniem dla dobra zespołu. Z miejsca stał się ulubieńcem trenera Chucka Daly’ego. Z kolei Dennis dostrzegł w swoim szkoleniowcu męski wzorzec, którego tak brakowało mu po odejściu ojca. Daly wyczuł to i wziął Rodmana pod swoje skrzydła. Przez kolejne lata zapraszał go nawet do siebie do domu z okazji Święta Dziękczynienia lub Wigilii. Rodman odpłacał mu się fantastyczną defensywą i niespotykaną walecznością.

„Dla Chucka Daly’ego Dennis był w stanie wbiec w ceglany mur”.

Komentował po latach tamtą relację John Salley. I nie było w tym żadnej przesady.

Pistons słynęli z twardej obrony, a Dennis uwielbiał wszelkie wyzwania defensywne. Mógł bronić graczy z każdej pozycji. Najchętniej brał sobie za cel tych najbardziej cenionych. Uwielbiał sprawdzać się w obronie przeciwko Magicowi, Larry’emu i wielu innym wielkim graczom z lat 80.

W debiutanckim sezonie właściwie jedynym wybrykiem Rodmana była wyjątkowo niefortunna, wręcz głupia wypowiedź po przegranym meczu w półfinale konferencji w playoffs przeciwko Boston Celtics. Skrytykował wówczas Larry’ego Birda – trzykrotnego MVP ligi – że jest przeceniany i że uważa się go za najlepszego tylko dlatego, że jest biały. Wypowiedź tę uznano za skandaliczną, szczególnie, że padła z ust niedoświadczonego debiutanta. Oliwy do ognia dolał też Isiah Thomas, który w wypowiedzi dla tego samego dziennikarza publicznie przyznał Rodmanowi rację. Później przepraszał za te słowa. Sam Larry chyba niespecjalnie się tym przejął.

Z czasem jednak Dennis szybko zaczął wyrabiać sobie nazwisko w lidze. Jego styl idealnie komponował się z kulturą „Bad Boys”. Dla tamtych Pistons cel uświęcał środki, a Rodman słusznie czuł się ważną częścią tamtej wspólnoty. Dennis nie był już jakimś chudym i zamkniętym w sobie chłopakiem, nad którym znęcano się w szkole w Dallas. Teraz to on górował nad innymi. W efekcie już w trzecim sezonie w NBA sięgnął wraz z Detroit po swoje pierwsze mistrzostwo.

Pewność siebie Dennisa wzrastała, co było tylko konsekwencją jego coraz wyższej formy. Indywidualne sukcesy były kwestią czasu. W 1989 r. po raz pierwszy wybrano go do najlepszej piątki defensorów w lidze, a do końca kariery ten zaszczyt miał go spotkać jeszcze sześciokrotnie. Z kolei w latach 1990 i 1991 wybierano go najlepszym obrońcą w NBA. Do 1992 r. dwukrotnie powoływano go także do udziału w All-Star Game. Stał się żywą historią „od zera do bohatera”. Sezon 1991/92 był również pierwszym z siedmiu kolejnych, w których przewodził w lidze pod względem średniej zebranych piłek. Zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko i swoje rządy w tej kategorii rozpoczął od rekordowej średniej w karierze – aż 18,7 zbiórki na mecz. Nie widziano takich wyników od czasów Wilta Chamberlaina.

W tym momencie Detroit Pistons byli już jednak w rozsypce. Wiosną 1992 r. Chuck Daly odszedł ze stanowiska. Długo nie mógł porozumieć się w kwestii nowego kontraktu. Dla Rodmana i pozostałych Pistons był to ogromny szok.

Dennis poczuł się opuszczony. W połączeniu z innymi problemami osobistymi na czele z nieudanym małżeństwem, którego owocem była córka Alexis, Rodman stracił sens życia. 11 lutego 1993 r. znaleziono go w śpiącego w swoim pickupie na parkingu ze strzelbą w dłoni. Podejrzewano próbę samobójczą, choć niektórzy twierdzą, że Dennis nie miałby tak naprawdę odwagi pociągnąć za spust.

Pistons byli już zmęczeni Rodmanem, zresztą chyba z wzajemnością. Krótko przed startem nowego sezonu oddano go w dużej wymianie do San Antonio w zamian za m.in. Seana Elliotta, dla którego była to zresztą jedynie roczna rozłąka ze Spurs. Dla Dennisa miał to być nowy start w karierze i takim właśnie był – chociaż chyba nie do końca spodziewano się aż takiej metamorfozy.

W San Antonio Dennis Rodman uległ kolejnym, głównie fizycznym przemianom. To właśnie wtedy liczba tatuaży na jego ciele zaczęła gwałtownie wzrastać, co nie było jeszcze wtedy tak popularne w NBA jak obecnie. Zaczął też przekłuwać sobie różne części ciała i przede wszystkim farbować włosy.

Pierwsza fryzura była bliźniaczo podobnej do tej, z jaką Wesley Snipes występował w filmie „Demolition Man”. Później jednak zaczął eksperymentować także z innymi kolorami. Dzięki swojemu nowemu wizerunkowi Rodman stał się postacią niezwykle rozpoznawalną. Punktem kulminacyjnym był oczywiście wspomniany romans z Madonną.

Nowy image Rodmana i jego skandaliczny styl bycia nie wszystkim podobał się jednak w San Antonio. Długo pozostawał wręcz na wojennej ścieżce z Greggiem Popovichem, który w połowie lat 90. został generalnym menadżerem klubu. Dennis nie pasował tam właściwie pod żadnym względem. Podczas gdy David Robinson swój wolny czas najchętniej spędzał w kościele, Dennisa można było spotkać co najwyżej w klubie ze striptizem.

Mimo iż na parkiecie Rodman robił swoje i przez dwa sezony zbierał dla Spurs ponad 17 piłek, cały czas chyba wręcz szukano pretekstu, aby się go pozbyć. Rozczarowująca porażka w playoffs ’95 z Houston Rockets była do tego idealną okazją. Rodman, choć statystycznie robił swoje i zbierał w tej serii po 15 piłek w każdym spotkaniu, był w oczach wszystkich lepszym kandydatem na kozła ofiarnego niż David Robinson, ówczesny MVP ligi, który został właściwie pożarty przez Hakeema Olajuwona (35,3 punktu, 12,5 zbiórki, 5 asyst i 4,2 bloku).

Dennis został oddany do Chicago właściwie za pół darmo, a dokładnie za niewiele znaczącego centra Willa Perdue. Dla Bulls była to właściwie wygrana na loterii. „Pop” do tego stopnia nie lubił Rodmana, że nawet nie szukał za niego lepszej oferty i zaakceptował pierwszą z brzegu.

Pobyt Rodmana w Chicago to właściwie – poza okazjonalnymi incydentami – jedno wielkie pasmo sukcesów. Podsumowując, skończyło się na trzech kolejnych tytułach, kilkunastu przepychankach i jednym kopniętym kamerzyście w krocze. Na początku jednak nie wszyscy byli skłonni zaakceptować Rodmana w Chicago, szczególnie mając na uwadze zamierzchłe rywalizacje z czasów Pistons. Scottie Pippen długo miał do niego urazę za brutalny faul jeszcze z playoffs z 1991 r. Ostatecznie jednak Dennis idealnie wkomponował się do zespołu. Nie byłoby to oczywiście możliwe, gdyby nie Phil Jackson. Dla Rodmana „Zen Master” to jedyny obok Chucka Daly’ego trener w NBA, któremu naprawdę ufał.

Rodman pokazał klasę szczególnie w swoim pierwszym sezonie w Chicago. Miał spory udział w wygraniu przez Bulls rekordowych wówczas 72 meczów, a w finale przeciwko Sonics grał na tyle dobrze, że otrzymał od dziennikarzy tylko lub w sumie aż 2 głosy na MVP całej serii (3 dostał Shawn Kemp, a 6 wiadomo kto).

Chociaż tamte finały kojarzą się z Rodmanem głównie za sprawą jego niesnasek z Frankiem Brickowskim.

Jak wiadomo po rozpadzie mistrzowskich Bulls Rodman bez powodzenia szukał dla siebie nowego miejsca. W kolejnych dwóch latach zaliczał epizody w Lakers i Mavericks, ale w obu przypadkach rozwiązywano z nim kontrakt. Kolejne próby powrotu do NBA były już nieudane. Być może najbliżej było w 2003 r., ale jego zaplanowany trening pokazowy dla Denver Nuggets nie doszedł nawet do skutku. Wszystko przez wcześniejszy wypadek na motorze po pijaku w Vegas. Tamten okres doczekał się wtedy nawet swojego dokumentu, choć bardziej przypomina to reality show.

Był to jednak tylko jeden z wielu konfliktów z prawem jakiego dopuścił się Rodman po rozstaniu z NBA. Do tego dochodził oczywiście też niekończący się problem z alkoholem. Taka cena jego sławy i chyba też wizerunku, który sam sobie wykreował.

Dziś Dennis Rodman, oficjalnie wkraczający w wiek seniora być może w końcu zwolni i odnajdzie radość z życia poza używkami. Podczas ceremonii przyjęcia do Hall of Fame mówił w końcu, że bardzo żałuje, że nie był lepszym ojcem dla swoich dzieci. Czasu nie da się cofnąć. Młodsza córka, która właśnie stoi u progu własnej sportowej kariery chętniej mówi dziś w wywiadach o matce, syn próbuje sił w koszykówce i gra w barwach tej samej uczelni, co kiedyś Klay Thompson, a starsza córka jest już po trzydziestce i ma własną rodzinę. Cztery lata temu urodziła chłopca, któremu nadała wraz z mężem imię Vincent.

Dziadek Dennis? Z tyloma historiami do opowiedzenia wnukom? Brzmi jak fajny sposób na prawdziwą emeryturę.

Dyskusja 6G

Komentarze 2

Masz coś do dodania? Wskakuj do rozmowy.

Marcin Śledziński01.05.2021, 08:35

Przeczytałem biografię Rodmana „Powinienem być już martwy” i ten artykuł jest od niej bez porównania lepszy. Super tekst!

Josh01.05.2021, 16:34

Dzieki za tekst Piotr! Twoje artykuły wnoszą zawsze sporo życia do tego portalu :)

Szósty Gracz na bieżąco

Włączyć powiadomienia?

Damy Ci znać o nowych tekstach, podcastach i materiałach 6G. Po kliknięciu potwierdź zgodę w oknie swojego urządzenia.

Możesz zmienić decyzję w sekcji „Powiadomienia 6G” w stopce.