
Jak Elgin Baylor ocalił Lakers i rozkochał w sobie Hollywood
Od śmierci Elgina Baylora minęły już dwa tygodnie, ale to wcale nie oznacza, że o nim zapomnieliśmy. Ojciec chrzestny Hang Time’u, właściwie człowiek, który jako pierwszy w lidze na dobre zaczął batalię z grawitacją zasłużył sobie na solidną „stypę”. W swoich czasach był najefektowniej grającym koszykarzem. W dużej mierze to również on przyczynił się do tego, że Lakers zostali przed laty przeniesieni właśnie do Los Angeles, a o bilety na ich mecze zaczęły walczyć największe gwiazdy Hollywood.
Żeby w pełni docenić wkład Elgina Gaya (to naprawdę jego drugie imię) Baylora w historię NBA lepiej będzie przynajmniej na chwilę odłożyć na bok jego dokonania – a raczej ich brak – w roli generalnego menadżera Clippers (o epizodzie jako główny trener nie mówiąc – bilans 86-135 jako coach New Orleans Jazz w drugiej połowie lat 70.).
Przez 22 lata pracy na stanowisku w tym mniej prestiżowym klubie w LA udało mu się dotrzeć do playoffs zaledwie cztery razy. Był przez to stałym gościem podczas corocznej loterii draftu. Dwa razy udało mu się nawet wylosować pierwszy numer. Najpierw jednak miał pecha z Dannym Manningiem w 1988 r., a dziesięć lat później w całkiej niezłej klasie z 1998, wybrał Michaela Olowokandiego. W sumie aż dziw, że utrzymał posadę aż tak długo, ale czego można było się spodziewać po Clippers z czasów Donalda Sterlinga. Tam od samego początku rzadko komu było do śmiechu.
Sytuacja ma się za to zupełnie inaczej, jeśli spojrzymy na osiągnięcia Elgina Baylora z czasów jego zawodniczej kariery.
Kiedy przychodził do NBA pod koniec lat 50. był atletą, jakiego wcześniej nie widziano. Był jak Zion i LeBron w czasach czarno-białej telewizji, a właściwie głównie transmisji radiowych. Nie było wcześniej skrzydłowych poniżej 2 metrów wzrostu, którzy zbierali z tablic tyle piłek. Już jako debiutant Baylor zaliczał ich średnio po 15 na mecz – więcej od niego mieli wówczas tylko Bill Russell i Bob Pettit.
Był to jednak zaledwie ułamek jego możliwości. Baylor był przede wszystkim prawdziwą maszyną do zdobywania punktów. I robił to w sposób niezwykle efektowny jak na tamte czasy.
Ówczesny właściciel Lakers, Bob Short musiał go mieć. W Minneapolis nie zastanawiano się ani chwili i wybrali Baylora jako pierwszego w drafcie w 1958 r. Był to zresztą dopiero drugi przypadek w historii, kiedy z jedynką wybrano ciemnoskórego. Chłopak rodem ze stolicy kraju miał wprowadzić zawodową koszykówkę w zupełnie nową erę. Żeby było ciekawiej było to już drugie podejście do jego zakontraktowania. Baylor był też wzięty przez Lakers w drafcie w 1956 r., ale ostatecznie zdecydował się wówczas pozostać na uczelni. Warto było jednak poczekać na niego dwa lata.
Elgin nie zdążył się jeszcze nawet zameldować w Minneapolis, a po niego już ustawiała się kolejka chętnych. Jeszcze przy okazji draftu Short odebrał telefon z Nowego Jorku. Ówczesny właściciel Knicks, a także hali Madison Square Garden, Ned Irish oferował z miejsca 100 000 dolarów za prawa do Baylora, ale został odesłany z kwitkiem. Mimo to Irish nie rezygnował i ponawiał swoje oferty również w kolejnych latach – oczywiście bez powodzenia.
„Gdyby Elgin Baylor odrzucił propozycję gry dla nas, byłbym skończony. Zbankrutowalibyśmy jako klub”.
Wspominał lata później w wywiadzie dla „Los Angeles Times” Bob Short.
Baylor od samego początku spełniał ogromne oczekiwania i okazał się prawdziwym fenomenem. Przyznanie mu nagrody dla najlepszego pierwszoroczniaka było formalnością. Wybrano go nawet MVP Meczu Gwiazd. Był po prostu wart każdego centa ze swojej debiutanckiej umowy, która zapewniała mu 22 000 dolarów rocznie.
Jego powietrzne popisy, niespotykane wcześniej akcje kończone „z góry” wzbudzały zachwyty wśród sympatyków koszykówki. Wielu późniejszych koszykarzy wzorowało się zresztą właśnie na nim.
„Przed Juliusem Ervingiem i Michaelem Jordanem był właśnie Elgin Baylor.”
Wspominał go niedawno Spencer Haywood.
Ale wielkich fanów talentu Baylora było znacznie więcej. Właściwie trudno byłoby pewnie znaleźć jakiegoś członka Hall of Fame urodzonego w latach 40. i 50., który nie wzorował się na jego grze. Od Ricka Barry’ego, Billa Bradleya i Juliusa Ervinga aż po Kareema. Ta lista ciągnie się w nieskończoność.
Short, jak na odnoszącego sukcesy biznesmena przystało, szybko zrozumiał, że Minneapolis jest zdecydowanie za małe na gwiazdę tego kalibru. Po cichu zaczął układać plan, jak wynieść się na zdecydowanie większy rynek. Mierzył wysoko i za cel obrał sobie odległą od Minnesoty Kalifornię, a dokładniej Los Angeles. Najpierw postanowił „wybadać teren” poprzez zorganizowanie dwóch pokazowych spotkań z udziałem Lakers, a kiedy okazało się, że frekwencja dopisała, postanowił w 1960 r. przenieść swój zespół do „Miasta Aniołów”.
Oczywiście nie obyło się bez komplikacji. Gdy właściciele pozostałych klubów po raz pierwszy usłyszeli o tym pomyśle, natychmiast zgłosili swój sprzeciw. Chodziło tu przede wszystkim o znaczący wzrost kosztów podróży w przypadku meczów rozgrywanych na zachodnim wybrzeżu. W tamtym czasie zespoły NBA były zlokalizowane głównie we wschodniej i centralnej części kraju, a najbardziej wysuniętym na zachód klubem byli St. Louis Hawks. Regularne podróże do Kalifornii oznaczały zatem dodatkowe wydatki.
Short w końcu dogadał się jednak z pozostałymi właścicielami. W ramach kompromisu zgodził się pokrywać nadwyżkę kosztów lotniczych, przez co reszta klubów nie płaciła więcej niż dotychczas za podróże do Minneapolis. Czuł, że ostatecznie przeprowadzka do Los Angeles i tak mu się opłaci i zapewni nowe możliwości rozwoju. Ostatecznie jeszcze w tym samym roku Lakers na czele z Elginem Baylorem, a także dopiero co pozyskanym w drafcie Jerrym Westem przenieśli się do słonecznego Los Angeles. Kilka lat później Lakers doczekali się jednak sąsiedztwa w Kalifornii, po tym jak Warriors opuścili Philadelphię na rzecz San Francisco po sezonie 1961/62.
Te wspomniane rozgrywki mają zresztą szczególne miejsce w historii NBA. Były wyjątkowe pod kilkoma względami, nie tylko dlatego, że Wilt Chamberlain zaliczał w nich średnio ponad 50 punktów. Wyjątkową rolę odegrał w nich także Elgin Baylor, który był wtedy graczem Lakers właściwie tylko na pół etatu. Wszystko przez konieczność odbycia służby wojskowej, co było efektem trwającego w tamtym czasie tzw. kryzysu berlińskiego. Baylor jako żołnierz rezerwy został na dłuższy czas wysłany do bazy w Fort Lewis w stanie Washington. Uzyskał jednak zgodę od przełożonych na uczestnictwo w meczach Lakers w weekendy oraz w ramach przepustek. W rezultacie, chociaż bez regularnych treningów, wystąpił ostatecznie w tylko lub aż 48 spotkaniach.
Swoją drogą temat służby ciemnoskórych dla Wuja Sama był wówczas, delikatnie mówiąc, dość trudny. W kraju wciąż istniała przecież oficjalnie segregacja rasowa, a sam Elgin Baylor, człowiek urodzony przecież jeszcze w 1934 r., nie raz się o tym przekonywał. Nawet wówczas, gdy był już uznaną gwiazdą NBA.
Dość słynna jest historia pewnego meczu w Charleston, w Wirginii Zachodniej w styczniu 1959 r. Lakers mieli tam grać przeciwko Cincinnati Royals. Same spotkania na neutralnym gruncie nie były w tamtych czasach niczym niezwykłym. Wybór Charleston nie był też przypadkowy, bo były to rodzinne strony innej, choć niespełnionej gwiazdy Lakers, „Hot” Roda Hundleya. Finalnie okazało się jednak, że liga nie mogła wybrać gorszego miejsca, aby boleśnie przypomnieć m.in. Baylorowi jakie zajmuje miejsce w społeczeństwie.
Tego dnia kilkukrotnie odmówiono mu noclegu oraz możliwości zjedzenia posiłku w restauracji. Ostatecznie zjadł kolację w podrzędnym pokoju motelowym, składającą się z produktów zakupionych w lokalnym spożywczaku. Właśnie tak potraktowano człowieka, który w kolejnych kilkunastu miesiącach na krótko ustanawiał nowe rekordy strzeleckie NBA, najpierw rzucając przeciwko Celtics 64 punkty, a następnie aż 71 w starciu z Knicks.
Rozdrażniony całą sytuacją Baylor postanowił, że nie weźmie udziału w spotkaniu przeciwko Royals. Jego decyzja spotkała się ze zrozumieniem reszty zespołu, ale już nie przedstawicieli mediów. Tym bardziej, że bez niego Lakers minimalnie ulegli swoim rywalom 95:92.
Skupmy się jednak na tym wspomnianym rekordowym występie przeciwko Knicks z dokładnie 15 listopada 1960 r. Mówi się, że to właśnie tamten mecz, choć miał miejsce nie w Los Angeles, ale w Nowym Jorku, na dobre sprawił, że o Lakers zaczęło być głośno w całym mieście. Nagle nawet ludzie dotąd nie interesujący się specjalnie koszykówką zdali sobie sprawę z tego, że mają na wyciągnięcie ręki możliwość oglądania w akcji nowej super gwiazdy sportu. Z roku na rok frekwencja na meczach w starej Los Angeles Memorial Sports Arena zaczęła rosnąć i wkrótce była najlepsza w całej NBA. Kwestią czasu było też aż biletami zaczną interesować się największe nazwiska ze świata kina i telewizji. Cel Boba Shorta o rozwinięciu skrzydeł w Los Angeles został więc osiągnięty.
Wkrótce w pierwszych rzędach można było zobaczyć wiele znanych twarzy. Wśród stałych bywalców na meczach Lakers byli m.in. Doris Day, Danny Thomas, Pat Boone czy Peter Falk, znany m.in. z tytułowej roli porucznika „Columbo”.
O ile niedzielni fani zachwycali się po prostu efektownymi akcjami, w tym również częstymi popisami z piłką Hundleya, ci bardziej zaznajomieni z koszykówką nie mogli wyjść z podziwu, jak wielki repertuar zagrań ma Elgin Baylor. Był szczerze podziwiany przez wszystkich, zarówno kibiców jak i rywali.
„Kiedyś często żartowaliśmy z jego tiku nerwowego, bo miewał takie drgawki na twarzy. Jeśli odwracał głowę w lewo, to znaczy, że zamierzał wbiec lewą stroną. Jeśli w prawo, to z drugiej strony. Jeżeli jednak głowa zaczynała mu latać na lewo i prawo, wiedziałeś, że jesteś w dupie i na pewno cię minie”.
Wspominał Baylora Johnny „Red” Kerr, kiedyś wielki gracz kilku klubów, a potem słynny komentator meczów Chicago Bulls.
„Nie dało się bronić przeciwko niemu. Był niezwykle silny i miał świetny rzut. Wiedział o tym, jak jest dobry i zawsze starał Ci się to udowodnić podczas gry”.
To z kolei słowa Gene’a Shue, dawniej świetnego strzelca m.in. Detroit Pistons.
„Elgin był tak naprawdę pierwszym graczem, który potrafił kontrolować swoje ciało w powietrzu. Mógł tak po prostu zawisnąć i spokojnie oddawać rzuty na różne sposoby”.
Tak natomiast opisywał Baylora Rod Hundley w biografii Jerry’ego Westa „Jerry West: The Life and Legend of a Basketball Icon”.
Również sam West, być może najpiękniejszy koszykarski umysł w historii, zawsze wypowiadał się o Baylorze w samych superlatywach. Nie ukrywał nawet, że to właśnie na nim najwięcej się wzorował, kiedy trafił do ligi. Przez lata obaj byli nie tylko czołowymi postaciami Lakers, ale też współlokatorami podczas meczów wyjazdowych.
„Wiele się od niego nauczyłem. Zawsze podziwiałem talenty u innych graczy, a obserwowanie go w akcji było czymś niesamowitym. (…) Był moim nauczycielem i ogromnie dużo mu zawdzięczam. To on mi pokazał jak wychodzić na czyste pozycje. Po zakończeniu debiutanckiego sezonu spędziłem całe lato, pracując na tym elementem i nad poprawą swojej gry”.
W powyższych słowach Westa nie ma nawet najmniejszej przesady. Jego drugi sezon przypadł bowiem właśnie na ten czas, kiedy Baylor mógł grać jedynie „z doskoku” i zamiast trykotu Lakers częściej miał na sobie mundur. West poprawił wtedy swoją średnią punktową z 17,6 do prawie 31 w sezonie 1961/62. Nie trudno więc się domyślić, że w tych meczach, w których wystąpił także Baylor Lakers byli trudni do zatrzymania. Ich bilans w tamtych spotkaniach wyniósł dość imponujące 37-11.
Jeśli spojrzeć dokładniej na to, jak Elgin Baylor radził sobie w sezonie, gdy był pozbawiony regularnych treningów, to można odnieść wrażenie, że było to być może nawet bardziej imponujące niż średnia punktowa Chamberlaina czy triple-double Oscara Robertsona.
Grając ciągle niejako „na świeżości” Baylor notował wtedy 38,3 punktu, 18,6 zbiórki oraz 4,6 asysty, a na boisku spędzał ponad 44 minuty. Jego najsłabszy mecz sezonu to prawdopodobnie ten, w którym miał „zaledwie” 20 punktów, 20 zbiórek i 14 asyst przeciwko Philadelphii Warriors z 2 grudnia 1961. Tydzień później zrewanżował się im jednak z nawiązką, rzucając 63 punkty i zbierając 31 piłek. Wilt też był wielki tego dnia. Miał 78 punktów i 43 zbiórki. Takie statsy tylko w latach 60.
Ale najlepsze Baylor zostawił sobie na koniec, kiedy w finałach przeciwko Celtics ustanowił rekord, który do dziś pozostaje niepobity. Chodzi rzecz jasna o 61 punktów zdobytych w piątym spotkaniu. Lakers ostatecznie przegrali tamtą serię po siedmiu meczach, ale forma Baylora i tak była wówczas nieprawdopodobna. Jego średnie z finałów to niecałe 41 punktów i 18 zbiórek.
O indywidualnych osiągnięciach Elgina Baylora można by zresztą pisać bardzo długo. Ale to nie tylko z tego powodu był on najważniejszą postacią Lakers w pierwszych latach ich pobytu w Los Angeles. Baylor był przede wszystkim niekwestionowanym liderem zespołu. To on nadawał ton kolegom pod każdym względem. Narzucał wszystkim elegancki styl ubierania się na długo zanim David Stern zaskoczył wszystkich odgórnymi zasadami dress code. To Baylor decydował też w jaką grę karcianą będą grali podczas podróży, gdzie i co będą jedli oraz wybierał tematy do rozmów. A był strasznym gadułą, stąd często nazywano go po prostu „Motormouth”.
A skoro o pseudonimach mowa to trzeba też podkreślić, że to Baylor słynął z ich nadawania innym kolegom. I tak np. Ray Felix był nazywany „Baby” (historia była tutaj akurat dość mało skomplikowana – Felix po prostu zwracał się do każdego per baby).
Sporo złośliwości musiał też znosić Jerry West, kiedy pojawił się w Los Angeles. Początkowo Baylor nazywał go bowiem „Tweety Bird”, co było nawiązaniem do jego chudych nóg oraz charakterystycznego akcentu. Później Elgin wymyślił też słynne „Zeke from Cabin Creek”. Pseudonim ten stał się na tyle popularny, że nawet Chick Hearn zaczął nazywać Westa w ten sposób podczas transmisji. Przestał to robić dopiero po tym, kiedy dowiedział się, że West szczerze nienawidził tej ksywy. Poza tym nie pochodził nawet z Cabin Creek, tylko z Chelyan w Wirginii Zachodniej.
To duchowe przywództwo Baylora zostało nieco zachwiane dopiero w momencie pojawienia się w składzie Wilta Chamberlaina. Coś jakby w kurniku nagle pojawił się drugi kogut. Chamberlain również uwielbiał narzucać swoje zdanie i był bardzo wygadany, mimo problemów z jąkaniem się. Grubą przesadą byłoby jednak określenie relacji Baylora z Wiltem mianem konfliktowej. Po prostu lubili sobie dogryzać. Ostatecznie obaj znali się świetnie jeszcze z młodzieńczych lat, kiedy grywali razem w różnych ligach letnich na wschodnim wybrzeżu. Chamberlain był nawet świadkiem Baylora na jego ślubie w 1958 r. (małżeństwo z Ruby Saunder nie przetrwało jednak próby czasu i para rozwiodła się 16 lat później).
„To było fascynujące obserwować z bliska jak dominującą osobowość miał Elgin. Był po prostu szefem tej ekipy”.
Wspominał Merv Harris, kiedyś dziennikarz piszący o Lakers dla „Los Angeles Herald Examiner”.
Charakter Baylora potwierdzał się również w innych, nieco bardziej dramatycznych sytuacjach. Podczas playoffs w 1965 r. w meczu otwarcia przeciwko Baltimore Bullets doznał poważnej kontuzji kolana. Uszkodził rzepkę, a także naderwał więzadło krzyżowe przednie. Konieczna była operacja, ale i tak według wstępnych opinii lekarzy jego kariera była skończona. Nikt nie wierzył, że kiedykolwiek uda mu się jeszcze wrócić na parkiet.
Baylor był jednak innego zdania i szybko rozpoczął bardzo żmudny proces rehabilitacji, a działo się to w końcu w czasach, gdy medycyna sportowa nie była tak rozwinięta jak obecnie. Ostatecznie osiągnął swój cel i wrócił do gry już w kolejnym sezonie. Był jednak wtedy jedynie cieniem samego siebie. I chociaż z czasem znów osiągał bardzo dobre, wręcz świetne statystyki (średnio nawet ponad 26 punktów i 12 zbiórek), to jednak nie zbliżył się już do dawnych osiągnięć.
Nie był to też pierwszy raz, kiedy Elgin Baylor oszukał przeznaczenie. Kilka lat wcześniej, w styczniu 1960 r. był on przecież jednym z pasażerów samolotu jeszcze wtedy z Minneapolis Lakers na pokładzie, który cudem uniknął katastrofy.
To szczęście opuściło go jednak na początku kolejnej dekady. Kontuzja ścięgna Achillesa, zmarnowany niemal w całości sezon 1970/71, zmusiły go do podjęcia poważnej decyzji. Tuż po starcie kolejnych rozgrywek Elgin Baylor zakończył karierę. Kiedy odchodził na emeryturę był bezsprzecznie najlepszym skrzydłowym w historii koszykówki.
Co ciekawe, dokładnie od kolejnego meczu Lakers rozpoczęli swoją rekordową serię 33 kolejnych zwycięstw, a ostatecznie wygrali w tamtym roku aż 69 meczów – wówczas najwięcej w dziejach NBA. Wiosną zdobyli też upragniony tytuł – pierwszy od czasu przenosin do Los Angeles. Baylor otrzymał zresztą później pamiątkowy pierścień od klubu, ale oficjalnie nigdy nie był członkiem mistrzowskiego zespołu.
Brak tytułu mistrzowskiego w życiorysie nie może być jednak przeszkodą w docenieniu wkładu jaki Elgin Baylor włożył w rozwój koszykówki. Sposób w jaki grał od lat zapewnia nam w końcu kolejne pokolenia utalentowanych niskich skrzydłowych. Przy okazji pomógł nie tylko uchronić Lakers przed upadkiem, ale też uczynił z nich światową markę bez której trudno wyobrazić sobie współczesny ligowy krajobraz.
R.I.P. Elgin

I to jest kontent wart swojej ceny, dzięki Piotrze.