The Irishman: Don Patrick James O’Riley – część 1

The Irishman: Don Patrick James O’Riley – część 1

Finały NBA 2020 to już coraz bardziej odległa historia, ale na przybliżenie sylwetki Pata Rileya, w środowisku znanego po prostu jako „Godfather”, nigdy nie jest za późno. Na pewno nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, a przecież siedzi w tym biznesie już grubo od ponad pół wieku. I nie ma co ukrywać, że wśród wciąż jeszcze aktywnych ludzi starszego pokolenia w NBA niewielu może się z nim równać pod względem charyzmy, a przede wszystkim osiągnięć.

W dobie niekończących się i w gruncie rzeczy bezcelowych debat prowadzonych przez miłośników „kóz” i innych zwierząt z racicami zapominamy często o ludziach, którzy mają tak naprawdę kluczowy udział w końcowych sukcesach swoich zespołów. To ich główni architekci, z reguły generalni menadżerowie lub prezydenci klubów.

Gdybyśmy mieli utworzyć skład Mount Rushmore tej kategorii, to kto znalazłby się w topowej czwórce? Kogo faktycznie bronią liczne sukcesy i kto był prawdziwym wizjonerem, geniuszem, „pięknym umysłem” koszykówki? Daryl Morey? Niech stanie w kolejce i wróci, kiedy już zdobędzie tytuł. Jerry Krause? Kandydatura jak najbardziej do rozważenia, mimo tych licznych wiader szamba, jakie na niego wylano w „The Last Dance”. Phil Jackson? Jego ostatni epizod w Knicks pogrzebał na to jakiekolwiek szanse.

Szukając najbezpieczniejszych wyborów zostaje nam właściwie tylko kilka opcji: Red Auerbach, Jerry West, Gregg Popovich i Pat Riley, gdzie ten ostatni kasuje właściwie konkurencję jednym argumentem. Od lat 70. aż do dziś, nieprzerwanie w każdej dekadzie, przynajmniej raz znalazł się w finale NBA w jakiejś znaczącej roli – zawodnika, trenera lub właśnie prezydenta klubu. Tego właściwie nie idzie przebić i nie wiadomo czy kiedykolwiek komuś uda się podobna sztuka. Pat Riley doskonale wie też jak smakuje mistrzowski szampan.

Ten zapewne największy miłośnik brylantyny w historii koszykówki łączy tym samym całe pokolenia. Bez względu na to, kiedy ktoś zaczynał interesować się NBA nazwisko Riley poznawał dość szybko. Z pewnością sam jego image – idealnie skrojone garnitury od Armaniego i specyficznie ułożone włosy – w połączeniu z jego sposobem bycia również szybko zwracały na siebie uwagę. W końcu nawet w tych najdawniejszych polskich transmisjach meczów da się wyczuć pewną fascynację Rileyem u pana Włodzimierza Szaranowicza.

Ale nie ma w tym nic dziwnego. Już w latach 80. Pat Riley był bez wątpienia najlepiej ubranym i najbardziej eleganckim spośród wszystkich trenerów w lidze, a rywalizować z nim w tym względzie mógł chyba jedynie Chuck Daly. Zresztą już od najmłodszych lat zwracał uwagę na swój wygląd. Lubił modne ciuchy i jako nastolatek wydawał na nie większość swoich pieniędzy – zarówno z kieszonkowego, jak i z prac dorywczych.

Zostawmy jednak na boku ten trenerski świat mody, bo to przecież tylko ułamek tego, z czego składa się prawdziwy wizerunek Rileya. Nie będzie w końcu żadnej przesady w stwierdzeniu, że to jedna z najważniejszych postaci w tej grze. Cwany lis pod wieloma względami. Menadżerowie innych drużyn raczej nie czują się pewnie, gdy dowiadują się, że walczą o podpis danego gracza z tym charakternym seniorem o irlandzkich korzeniach. Gdy Pat Riley wchodzi do pokoju i zaczyna rozmowę z kandydatem do gry w Miami Heat, ciężko jest powiedzieć „nie”. Po prostu po jego stronie jest zbyt wiele atutów i nazwyczajniej w świecie wie, czego szuka do swojego zespołu.  Jimmy Butler nie pojawił się przecież na Florydzie przez przypadek. Idąc z Rileyem na wojnę, wiesz że masz olbrzymią szansę na wygraną.

„On po prostu chce wygrywać, a my chcemy dokładnie tego samego”.

Mówił przed rokiem o swoim najważniejszym nabytku.

Zresztą przerabiał to już wcześniej. W końcu to on sprowadził LeBrona do Miami przed 10 laty – co było zapewne najbardziej spektakularnym ruchem na rynku transferowym od czasu przejścia Garnetta do Bostonu czy jeszcze wcześniej Shaqa do Lakers – dając tym samym Heat kolejne dwa tytuły mistrzowskie w kolekcji. W pierwszym, zdobytym w 2006 r., miał jeszcze większy udział. W trakcie sezonu zastąpił przecież Stana Van Gundy’ego i powrócił na ławkę trenerską. Mimo iż Heat zakończyli sezon z dopiero piątym bilansem w lidze (52-30), wygrali finały po pasjonującej serii z Dallas Mavericks.

Lecąc do Teksasu na szósty mecz Riley był podobno na tyle pewny swego, że zabrał ze sobą tylko jeden garnitur, krawat i koszulę. Porażka i potencjalne siódme spotkanie nie wchodziły w grę.

Zresztą olbrzymia pewność siebie, wręcz niekiedy jawna arogancja od zawsze była jednym ze znaków charakterystycznych Rileya. Nie dostajesz w końcu w tym światku ksywy „Ojciec Chrzestny” przez przypadek.

Pat Riley nigdy nie miał problemu z brakiem wiary we własne możliwości. Wiedział na co go stać i ile ciężkiej pracy i zaangażowania wkładał w swoje codziennie obowiązki. To typ pracoholika, który nie uznaje drogi na skróty. Tego samego wymagał zresztą zawsze od swoich graczy. Nie godzi się z porażkami i uwielbia rywalizację – wszystko jedno czy chodzi o grę w bilard czy siłowanie się na rękę, co było podobno jego prawdziwą pasją we wczesnej młodości.

Jak wiadomo sukcesy Rileya jako szkoleniowca nie rozpoczęły się jednak na Florydzie, a w odległym Los Angeles, z dość krótkim przystankiem w Nowym Jorku. Historia jego trenerskiej kariery jest o tyle ciekawa, że rozpoczęła się właściwie przez przypadek. Rozwijała się jednak niezwykle dynamicznie. W wieku zaledwie 43 lat Riley miał już na koncie 4 mistrzowskie tytuły jako główny trener oraz jeden zdobyty jeszcze jako asystent.

Ale cofnijmy się jeszcze wcześniej i spróbujmy poznać nie Pata Rileya – wybitnego szkoleniowca i działacza, ale Pata Rileya – zawodnika.

Ten potomek irlandzkich emigrantów sport miał bowiem we krwi i właściwie od najmłodszych lat przejawiał liczne talenty w tej sferze. Zacznijmy od tego, co być może często umyka nam podczas transmisji, gdy kamera namierzy już tego sędziwego mężczyznę. Mimo skończonych przecież 75 lat Riley wciąż świetnie się trzyma. Nadal może pochwalić się nienaganną i wysportowaną jak na swój wiek sylwetką. W młodości był to przeciez kawał chłopa, niezwykle wszechstronny sportowiec, któremu oficjalnie dawano 193 cm wzrostu i to zanim mierzenie w butach stało się powszechną praktyką.

Z takimi warunkami idącymi w parze z rodzinnymi tradycjami (ojciec Pata, Leon Riley z przerwami przez aż 22 lata grał w baseball – głównie w niższych ligach, ale miał też epizod w Philadelphia Phillies, natomiast starszy brat Lee spędził kilka sezonów w NFL w barwach Detroit Lions, Philadelphia Eagles oraz New York Giants) nie było właściwie opcji, aby młody Patrick James nie zaczął uganiać się za piłką – wszystko jedno jaką. Ostatecznie długo nie mógł zdecydować się pomiędzy tą do koszykówki oraz footballu amerykańskiego. Był świetny w obu tych dyscyplinach, a także w wielu innych.

Wieść o utalentowanym małolacie z Schenectady w stanie Nowy Jork rozchodziła się równie szybko co promile we krwi po wypiciu butelki Jamesona. Warto powiedzieć, że Riley swoje pierwsze koszykarskie kroki stawiał pod okiem trenera z polskimi korzeniami, Walta Przybylo, który z kolei był uczniem innej lokalnej legendy w świecie młodzieżowych lig, Siga Makofskiego.

Ciekawostką może być również fakt, że na początku lat 60. Riley, jako gracz liceum Linton miał okazję grywać przeciwko szkole Power Memorial – w tamtym czasie nowojorskiej potędze w rozgrywkach szkół średnich. Największą gwiazdą tej drużyny był nie kto inny jak Lew Alcindor, później Kareem Abdul-Jabbar i podopieczny Rileya w czasach Lakers. Podczas jednego ze świątecznych turniejów młodym graczom Linton udało się nawet wygrać 74:68, m.in. dzięki 19 punktom Rileya (Alcindor miał ich wówczas tylko 8).

Osiemnastolek z Schenectady miał wszelkie powody, aby mierzyć wysoko. Przez długi czas z sukcesami udawało mu się łączyć grę w rozgrywkach koszykarskich i footballowych. Ostatecznie postawił jednak na sport od Jamesa Naismitha. Wybrał ofertę stypendialną od Adolpha Ruppa i jesienią 1963 r. zameldował się na kampusie w Lexington w stanie Kentucky jako przyszły koszykarz Wildcats, przecierając szlaki choćby dla Bama Adebayo czy Tylera Herro.

ukathletics.com

Choć Riley nigdy nie zdobył mistrzostwa NCAA, to jednak ciężko byłoby nazwać jego karierę uczelnianą nieudaną. Zdobywał w końcu szereg wyróżnień. Na trzecim roku gry wybrano go nawet najlepszym graczem konferencji SEC (Southeastern Conference). W tym samym sezonie (1965/66) doprowadził też Wildcats do finału w Final Four. Kentucky przegrali, ale z pewnością każdy pamięta o jakim meczu mowa. Ulegli w niezwykłych i pamiętnych okolicznościach uczelni UTEP, wtedy znanej jeszcze jako Texas Western, dzięki czemu Pat Riley pojawił się trochę w marvelowskim stylu wraz z napisami końcowymi w filmie „Glory Road”.

Był to przedostatni sezon Rileya w Kentucky. Przygodę z Wildcats kończył jako definitywnie jeden z najlepszych graczy w dziejach szkoły. Choć grał najczęściej jako rzucający obrońca lub ewentualnie naprawdę bardzo niski skrzydłowy, wyróżniał się w kategorii zbiórek. Na przestrzeni całej kariery uczelnianej miał ich średnio aż 8,4 – zapewne także efekt łączenia przez dłuższy czas gry w koszykówkę z footballem, przez co miał silne masywne nogi. Zresztą był generalnie dość mocno zbudowany jak na ówczesne standardy i swoją kategorię wagową.

Wiosna 1967 r. była dla Rileya niezwykle pracowitym okresem. Wielkimi krokami zbliżał się do momentu ukończenia studiów, stając u progu dorosłego życia. Na tydzień przed swoimi 22. urodzinami był zapewne nieźle zaskoczony, gdy okazało się, że oprócz właściwie przesądzonego przejścia na zawodowstwo w koszykówce otrzymał również szansę rozpoczęcia potencjalnej kariery w… lidze NFL.  Skauci wciąż pamiętali o jego osiągnięciach z liceum i mając na uwadze jego świetną fizyczną formę, uznali że jest wart ryzyka z odległym numerem.

Zresztą co to w sumie za ryzyko, gdy mówimy o jedenastej rundzie. Wybierający jako 285. w kolejności (już sam liczebnik porządkowy brzmi dziwacznie) Dallas Cowboys postawili właśnie na Patricka Rileya. Ciekawostką może być też fakt, że 284 wybory wcześniej Baltimore Colts zaklepali sobie wówczas Charlesa „Bubbę” Smitha z uczelni Michigan State. Lata później zrobił on wielką karierę w komediowej serii „Akademia Policyjna”, gdzie wcielił się w postać Mosesa Hightowera.

Riley nie zamierzał jednak specjalnie walczyć o ten angaż i spokojnie poczekał kilka tygodni na draft do NBA, który w tamtych czasach był oczywiście wydarzeniem zdecydowanie mniej medialnym niż obecnie. Często sami gracze z opóźnieniem dowiadywali się, że w ogóle zostali wybrali.

W tym naborze Riley miał rzecz jasna zdecydowanie większe szanse na ofertę kontraktu. Jego nazwisko znalazło się w czołówce, bo już jako siódme w kolejności. Nowy adres zamieszkania mógł napawać optymizmem, bo los zesłał go do malowniczego San Diego, gdzie właśnie powstawał nowy klub NBA – Rockets. Wraz z nimi począwszy od sezonu 1967/68 do ligi dołączali też Seattle Supersonics.

Przed nim, z tych znanych postaci, wybierano m.in. Jimmy’ego Walkera (ojca Jalena Rose’a, wybrany z jedynką przez Detroit Pistons), Earla Monroe (nr 2, Baltimore Bullets) czy Walta Fraziera (nr 5, New York Knicks). Dużo później na liście draftu pojawili się też chociażby Phil Jackson (nr 17, New York Knicks) czy Bob Netolicky (nr 18, również San Diego Rockets).

Mimo świetnej kariery uczelnianej i pozornie dogodnej sytuacji do zaprezentowania się w nowpowstałym zespole, który oczywiście nie grzeszył nadmiarem talentu w stosunku do reszty drużyn, Riley miał dość spore problemy z adaptacją. Jako debiutant nie grał zbyt wiele, niespełna 16 minut w meczu i zdobywał w tym czasie niecałe 8 punktów oraz 2 zbiórki. Miał problemy ze skutecznością – z gry trafiał tylko 38%, a z linii rzutów wolnych nieco ponad 63%, co jak na niskiego gracza było dość kompromitującym wynikiem. Czas pokazał, że nie był to tylko przejściowy okres, a prawdziwa zmora zawodniczej kariery dumy Schenectady. Riley nigdy nie okazał się wybitnym strzelcem, a dwucyfrową średnią punktową w karierze przekroczył tylko raz i to w swoim przedostatnim sezonie w NBA (równe 11 punktów na mecz w 1974/75).

Pierwsze 3 sezony „Rilesa” w lidze były bardzo bezbarwne. W dodatku zespół, w którym grał także niczym się nie wyróżniał, choć towarzystwo było dosyć ciekawe. Zdecydowanie największą gwiazdą „Rakiet” w pierwszych latach istnienia klubu był Elvin Hayes (wciąż czeka na swój tekst na 6G; przepraszam w tym miejscu za mocną obsuwę Marcina Śledzińskiego, który domagał się tego w komentarzach już w czerwcu), ale w składzie byli też choćby Rick Adelman czy Stu Lantz – obecny komentator meczów Lakers, z którym Riley grał później wspólnie także w Los Angeles.

W maju 1970 r. właściwie wszyscy w San Diego postawili na Rileyu krzyżyk. Bez większego żalu wystawiono go „na odstrzał” w ramach expansion draft, bo do ligi dołączały właśnie trzy nowe kluby – Cleveland Cavaliers, Buffalo Braves (obecni Clippers) oraz Portland Trail Blazers. Ostatecznie Pat Riley padł łupem tych ostatnich, chociaż nigdy nie dane mu było zagrać w stanie Oregon. W międzyczasie zgłosili się po niego Lakers, którzy odkupili go za przysłowiową paczkę fajek. Riley znowu zmieniał adres, choć koniec końców pozostał w Kalifornii. Tym razem jednak nie przeprowadzał się sam.

Rok 1970 odgrywa zresztą istotną rolę w życiu naszego bohatera. To właśnie wtedy ożenił się z Christiną (dla przyjaciół Chris – taka nasza „Krysia”) Rodstrom, z którą właśnie obchodzi swoją złotą rocznicę. Jesienią tego samego roku umarł jednak także jego ojciec, który długo zmagał się z chorobą alkoholową. Niedługo potem Pat stracił również jednego ze swoich braci. O obu tych zdarzeniach Riley bardzo niechętnie mówi w wywiadach.

Wracając do koszykówki… Skoro Pat nie zrobił kariery w słabiutkich Rockets, trudno było oczekiwać, aby zrobił ją w Lakers, gdzie większość minut w rotacji na jego pozycjach mieli zapewnione Jerry West, Gail Goodrich (często dziś zapominany nawet przez fanów Lakers pierwszy strzelec mistrzowskiego składu z 1972 r.), a nawet Willie McCarter. W pierwszym roku w Lakers Riley rzadko kiedy wchodził na parkiet (śr. zaledwie 9,4 minuty gry) i dopiero z czasem zapewnił sobie nieco większą rolę w drużynie. Riley nie zrobił może zawrotnej kariery w Lakers w roli gracza, ale ostatecznie zdobył z nimi mistrzostwo (sezon 1971/72), a po odejściu Westa na emeryturę nieco podreperował sobie indywidualne statystyki. Zawodniczy etap kończył jednak w innych barwach – na początku rozgrywek 1975/76 został oddany do Phoenix Suns, dla których bez szczególnych fajerwerków rozegrał jeszcze 60 meczów. Potem wrócił do żony do Los Angeles bez większych planów na przyszłość.

Pat Riley miał dopiero 31 lat, ale kompletnie nie wiedział czym ma się zajmować w życiu. Miał totalną pustkę w głowie. Był ponoć na granicy depresji i aby nie zwariować, spędzał większość czasu na bujaniu się po Venice Beach. Chciał pozostać blisko koszykówki, ale nie miał pojęcia w jakiej roli. Z pomocą przyszedł mu Chick Hearn, który zaoferował pracę jako komentator. Pat propozycję przyjął i całkiem nieźle radził sobie za mikrofonem.

Lata 70. nieuchronnie dobiegały końca, a w Lakers następowały wielkie zmiany  – z perspektywy czasu ciężko nawet stwierdzić, która była dla nich ważniejsza. Zaczynając od samej góry, zmienił się właściciel klubu. Nie do końca lubiany przez wszystkich Jack Kent Cooke (ten od akcji z balonami w finałach ’69) sprzedał większość udziałów magnatowi na rynku nieruchomości, Jerry’emu Bussowi. I od tej pory, nie tylko w samym LA, nic nie było już takie samo w świecie amerykańskiej koszykówki zawodowej.

Drugim istotnym wydarzeniem był oczywiście wybór w drafcie Earvina Johnsona – poniekąd efekt pierwszej poważnej decyzji Bussa, który wtedy dopinał jeszcze ostatnie szczegóły kupna Lakers, ale bardzo chciał mieć w swojej drużynie świeżo upieczonego mistrza z Michigan Stane. Jerry West, choć długo upierał się przy pozyskaniu Sidneya Moncriefa, ostatecznie uległ presji ze strony lada chwila swojego przyszłego pracodawcy.

Początkowo Riley oba te ważne momenty obserwuje jedynie z boku, dosłownie zza biurka swojego stanowiska komentatorskiego. Sytuacja szybko ulega jednak diametralnej zmianie. Krótko po starcie rozgrywek trener Lakers Jack McKinney zalicza poważny wypadek rowerowy. Przez długi czas nie jest w stanie pracować jako head coach i w jego miejsce szybko wskakuje dotychczasowy asystent Paul Westhead, a Riley trochę „z łapanki” dołącza do sztabu szkoleniowego. Mimo tych zawirowań wszystko kończy się jednak pomyślnie. Ale nawet kiedy Lakers zdobywali mistrzostwo wiosną 1980 r. Riley nie przypuszczał jeszcze, że bogowie koszykówki szykowali dla niego coś znacznie większego.

Mniej więcej półtora roku później Magic Johnson rozpoczyna być może pierwszy w historii otwarty konflikt medialny na linii zawodnik – główny trener. Stawia sprawę jasno – chce odejść do innego klubu, bo nie zamierza grać dłużej dla Paula Westheada. Jerry Buss reaguje szybko i zdecydowanie. Westhead żegna się z robotą, a w jego miejsce – podczas dość dziwacznej konferencji prasowej – mianuje nie jednego, a… dwóch nowych trenerów. Tym głównym miał być Jerry West, który jeszcze kilka lat wcześniej całkiem udanie radził sobie w tej roli, a pomagać mu miał właśnie Riley. Zmieszany West wycofuje się jednak z tego pomysłu. Wystawiony przed szereg Riley dość przypadkowo obejmuje więc stery nad Lakers.

Mający wówczas ledwie 37 lat Pat Riley początkowo nie kombinuje, przynajmniej w ataku. Oddaje lejce Magicowi, a ten na dobre rozpoczyna erę „Showtime”. Lakers zostali tym samym najgorętszym zespołem w lidze. Grają szybko, efektownie, a Laker Girls stają się bezkonkurencyjne.

Riley spełniał wszystkie oczekiwania Jerry’ego Bussa. Były sukcesy, a przy okazji zapewnione sportowe widowiska na najwyższym poziomie. Nie dziwne, że obaj szybko znaleźli wspólny język.

„Po zakończonych meczach, kiedy szatnie już opustoszały, Jerry Buss często wpadał do mnie na pogawędki. Uwielbiał rozmawiać o koszykówce. Z reguły szliśmy potem razem na drinka”.

Nie można też zapomnieć o bliskości gwiazd Hollywood. Tu nie chodziło już tylko o niezniszczalnego Jacka Nicholsona. Największe sławy zabijały się o miejsca w pierwszych rzędach hali The Forum.

Riley w tym całym hollywoodzkim klimacie odnalazł się świetnie. Bardziej niż kiedykolwiek zaczął przykładać wagę do wyglądu. Nieodłączne stały się wspomniane na początku garnitury za tysiące dolarów, a także słynna fryzura. Dla pań w średnim wieku Pat Riley był wręcz symbolem seksu. Chcąc nie chcąc, stał się też trochę pierwowzorem odgrywanego przez Michaela Douglasa Gordona Gekko z filmu „Wall Street” w reżyserii Olivera Stone’a.

Nie brakowało mu przy tym swoistego luzu:

A kiedy trzeba było potrafił też przejąć kontrolę nad paradą mistrzowską z bardzo wtedy odważną deklaracją (którą zresztą spełnił):

Jednak w tej całej atmosferze „Showtime’u” i mimo licznych sukcesów, ludzie często zapominali o tym, jak wielką rolę pełnił Riley. Często była ona wręcz marginalizowana. Uważano, że styl Lakers to właściwie „samograj”. Łatwo zapominano o rygorach, jakie Riley narzucał swoim graczom. Nie mówiono aż tak głośno o głównej zasadzie, którą wyznawał i którą jego gracze znali na pamięć: „No rebounds – no rings”.

Mimo prowadzenia najlepszej drużyny dekady Pat Riley nie był często nawet poważnie brany pod uwagę przy wyborze najlepszego trenera sezonu. Swoją pierwszą statuetkę zdobył dopiero w sezonie… 1989/90. Czyli właściwie już po największych sukcesach.

W tym momencie Riley był już jednak wypalony, a może bardziej sfrustrowany. Miał dość bycia niedocenianym i usilnie starał się zaznaczyć swoją obecność. W końcu przecholował. Chciał kontrolować dosłownie wszystko – żartowano, że nawet występy Laker Girls podczas przerw. Tamten sezon świetnie został zresztą przedstawiony w innej książce Jeffa Pearlmana poświęconej Lakers, wydanej jeszcze w 2014 r.

Atmosfera otrzymania przez niego nagrody dla trenera sezonu była dość niespodziewana.  Nie wiadomo czy spowodowana trudnym czasem (Lakers byli akurat w trakcie trudnej serii w półfinałach konferencji przeciwko Phoenix Suns – ostatecznie przegranej), czy może po prostu tym, że Pata faktycznie już to niewiele obchodziło. Na pytanie Johna Blacka, ówczesnego dyrektora klubu ds. public relations, na kiedy zorganizować konferencję prasową, Riley odpowiedział krótko:

„Jebać to. Powiedz tym z ligi, że nie zamierzam tego zrobić. Niech spieprzają.”

Chociaż ostatecznie Riley ugiął się i konferencja prasowa faktycznie się odbyła. Stało się to zresztą dosłownie na kilka dni przed sensacyjną porażką Lakers z Suns 1-4. Tym samym dni Pata Rileya w Kalifornii oficjalnie dobiegły końca.

O tym jak „Riles” na krótko (prawie) podbił Nowy Jork, a potem dosłownie zdezerterował do Miami już wkrótce w drugiej części tekstu.

Dyskusja 6G

Komentarze 9

Masz coś do dodania? Wskakuj do rozmowy.

haini07.11.2020, 07:41

Świetny artykuł o moim guru koszykówki od połowy lat 90tych.!

michcio07.11.2020, 07:57

Chuck nie mial podjazdu do Pata. Mogl co najwyzej przed wejsciem liscie z kozucha strzepac.

mopearls07.11.2020, 09:34

Moses Hightower, Kadet Mahoney, Tackleberry, młoda Kim Catrrall i Błękitna Ostryga!
Łzy…

Super się to czytało Piotrze.

artnigo@gmail.com07.11.2020, 09:42

Dziękuję Piotr. Czekam na druga część NYK + Pat Riley musze zaopatrzyć się w chusteczki bedzie płacz z tęsknoty za tamtymi czasami. Moja przygoda z NBA sie wtedy zaczęła i miłość do Knicks. Mimo że nic nie wygrali( jeb..y Jordan) moja ulubiona druzyna w historii.

mopearls07.11.2020, 10:02

Fakt.
Do żadnego innego rostera nie mam tyle sentymentu co do tej drużyny Riley’a.

Następni Knicks JVG’a, już z Houston’em i Grandmamą też byli super.

michcio07.11.2020, 10:20

Dla mnie noz w plecy Millera zakonczyl ten magiczny okres. Knicks 2.0 to troche taka podroba, a sam po Ewing po 95 roku byl coraz trudniejszy w odbiorze.

artnigo@gmail.com07.11.2020, 11:00

Michcio ja bym tam chciał taką podróbę pooglądać teraz w NYC, ale masz rację Ewing później trochę był trudniejszy w odbiorze. Pewnie wynikało to z frustracji często obarczał winą kolegów z drużyny nie było już tam tej chemii.

artnigo@gmail.com07.11.2020, 10:57

To prawda też byli super. Pamiętam jak jarałem się jak LJ przyszedł do Nowego Jorku. Później okazało się, że przez kontuzje nie wiele zostało z tego Larrego z Charlotte. JVG mówił, że mimo ogromnego bólu Grandmama jest najciężej pracującym zawodnikiem z jakim miał do czynienia w swojej karierze. Mimo tego że został przepłacony warto było go ściągnąć żeby trafił tą akcje przeciwko Indianie za 4punkty. Często to oglądam i cały czas mam dreszcze. Kawał historii.

mopearls07.11.2020, 11:09

Kawał…i pełna zgoda, dałbym się pokroić aby ta „podróba” Knicks biegała dzisiaj w MSG.

Szósty Gracz na bieżąco

Włączyć powiadomienia?

Damy Ci znać o nowych tekstach, podcastach i materiałach 6G. Po kliknięciu potwierdź zgodę w oknie swojego urządzenia.

Możesz zmienić decyzję w sekcji „Powiadomienia 6G” w stopce.