
LeBron i Steph grają, by wygrać

Spędziłem ostatni tydzień w Gruzji relatywnie odcięty od świata. Relatywnie, bo nawet najmniejsze wioski wysoko w górach, które odwiedziłem, mogły się pochwalić przyzwoitej szybkości Internetem. Nie pojechałem tam jednak po to, żeby spędzać czas w sieci (kliknij i obserwuj, jeśli interesuje Cię, co tam robiłem). W zamian gapiłem się na piękne widoki i piłem wino. I poza sprawdzeniem rano wyników kolejnych finałowych meczów, naprawdę nie interesowałem się tym, co dzieje się w NBA.
Wróciłem wczoraj i w ciągu ostatnich kilkunastu godzin nadrobiłem większość zaległości. Oczywiście straciłem przy okazji sporą dawkę emocji. Pomimo wszystko nie narzekam, bo w zamian otrzymałem inną perspektywę. Tam, gdzie wy macie w pamięci kolejne blowouty, bo żadne spotkanie tej serii nie zakończyło się jednocyfrową różnicą punktów (śednio 20 punktów przewagi jednego z zespołów w meczu), ja widzę serię, w której oba zespoły zdobyły równo po 610 punktów i muszą – muszą – spotkać się raz jeszcze, by wreszcie rozstrzygnąć, kto jest lepszy. Tam, gdzie wy mieliście czas, by dyskutować na temat tego, jak potraktować „przejście” LeBrona Jamesa nad Draymondem Greenem i zawieszenie tego drugiego, ja mogłem po prostu przejść nad tym do porządku dziennego, bo pominąłem wszelkie tweety i artykuły na ten temat. Tam gdzie wy mogliście przyklasnąć lub skrzywić się, czytając słowa wzburzonej Ayeshy Curry, ja mogłem kompletnie ich nie zauważyć. Tam gdzie wy wreszcie oglądać będziecie mecze numer 7, mając wciąż przed oczami to, co robili w tym tygodniu Curry i James i dokonywać będziecie swoich przewidywań na tej podstawie, ja mogę obejrzeć go niczym czystą kartkę, która zapisywana jest przed moimi oczami.
Owszem, obejrzałem te mecze, ale bez tych samych emocji, które odczuwa się, kiedy coś się „dzieje”. Obejrzałem je jak film z jakiegoś wesela sprzed lat (ok, wujek Jurek trochę upił i wyrżnął się na tyłek w czasie kankana, ale nie jest to już tak śmieszne jak wtedy i gdybym dziś miał zobaczyć wujka Jurka, to wcale bym o tym nie myślał, choć przecież nie myślałem o niczym innym w czasie poprawin). To ciekawe uczucie, którego w finałach NBA nie miałem od lat, bo widziałem na żywo lub chwilę później każdy z meczów finałowych od 2008 roku. To ciekawe uczucie szczególnie przed meczem numer siedem serii, która z perspektywy box score’ów nie wygląda wcale na ciekawą, a jednak przyniosła nam kilka fantastycznych historii.
Znajdziecie w tej serii wątek dotykający bardzo podstawowych męskich zasad. Czy gorsza jest próba upokorzenia rywala przez „przejście” nad nim czy jednak uderzenie innego mężczyzny w krocze? Czy sprawiedliwość może zostać odroczona w czasie? Jak to wszystko ma się do nadrzędnej – podobno – wartości w NBA, którą jest wygrywanie? Czy zwycięstwo nie usprawiedliwia ostatecznie takich zachowań? A jeśli nie, to dlaczego oczekujemy, że gracz zrobi „wszystko, by wygrać”, jeśli ewidentnie dla „wszystkiego” nie znajdujemy akceptacji?
Znajdziecie w niej wątek męskich wartości. Czy Steph Curry jest mięczakiem? Czy fakt, że nie radzi sobie aż tak dobrze, grając-nie-w-pełni-zdrowy ma rzutować na to, w jaki sposób oceniamy go jako koszykarza? Czy mięczakiem jest Kevin Love? Czy lepiej ocenilibyśmy to, że dał z siebie absolutnie wszystko w przegranej Cavs, czy może to, że poszedłbym do Tyronna Lue i na własne żądanie poświęcił swoje minuty, a Cavs by zwyciężyli?
Znajdziecie w niej teorie spiskowe. Czy możliwe jest, żeby liga chciała wpływać na wyniki spotkań? Czy możliwe jest, żeby to naprawdę robiła? W jaki sposób miałaby to robić? A jeśli naprawdę to robi to, kto i na jakiej podstawie o tym decyduje?
Znajdziecie wreszcie – przede wszystkim, bo przecież o koszykówkę tu chodzi – wątek dotyczący dziedzictwa dwóch obecnie najlepszych graczy w koszykówce.
I myślę, że gdziekolwiek stoicie w tej chwili w dyskusji o tym, kto z tej dwójki jest lepszym graczem, to musicie zgodzić się, że dzisiejszy mecz numer siedem jest właśnie tym starciem dwóch najlepszych graczy koszykówki na świecie. Takich pojedynków w finałach NBA nie było wiele. Ostatni raz prawdopodobnie w 1984 roku, kiedy Larry Bird i jego Boston Celtics pokonali w siedmiu meczach Magica Johnsona i Los Angeles Lakers. Bird trafił w tamtym meczu 6 z 18 rzutów i był trzecim strzelcem swojej drużyny. Magic trafił 5 z 14 i również dwóch graczy Lakers punktowało lepiej niż on. Ciekawe prawda? Ciekawe, bo dziś nikt już o tym nie pamięta.
Nie spotkałem się z tym, żeby ktoś argumentował, że Bird był wielki, ale kiedyś w najważniejszym meczu sezonu nie był tak wybitny jak zawsze. Nie pamiętał, żeby ktoś kwestionował wartość Magika, przypominając tamto spotkanie. Tak się nie dzieje, bo to nie pojedyncze spotkania decydują o dziedzictwie graczy. Albo może inaczej. To nie pojedyncze porażki o nim decydują.
Kiedy więc LeBron James mówi dziennikarzom, że nie, ten mecz nie ma wpływu na jego legacy, to ma rację. Nawet porażka i fatalny występ indywidualny nie odbiorą mu przecież dwóch tytułów i czterech nagród MVP. Podobnie w przypadku Stephena Curry’ego, potencjalna porażka nie sprawi, że nagle przestaniemy uważać go za najlepszego rzucającego w historii tej gry i zabierzemy mu jego rekordy trójek (również rekord największej ilości trójek w finałach – tych jego słabych finałach – zabawne, prawda?), mistrzostwo i nagrodę MVP.
Pod tym względem James i Curry nie mogą dzisiaj przegrać. Ich dziedzictwo wcale nie wisi na włosku.
James nie ma jednak racji, jeśli myśli, że ten mecz nie może mieć wpływu na jego legacy. Bo wbrew temu, co można wyczytać w dzisiaj na Twitterze, nie chodzi tu o to, że jedna z gwiazd zrujnuje sobie dzisiaj dziedzictwo. Chodzi o to, że jednak z nich przeniesie je dzisiaj na wyższy poziom.
Potencjalne zwycięstwo Cleveland Cavaliers da Jamesowi trzecie mistrzostwo NBA i trzeci tytuł MVP Finałów. Będzie to ostateczny dowód na to, że jest graczem zdolnym w pojedynkę obracać losy drużyn, a nawet więcej, losy całych miast. Nikt nigdy już w Cleveland nie zapomniałby tego dnia. Nie tylko dla kibiców drużyny, ale w ogóle dla mieszkańców stanu, nie miałoby znaczenie pytanie, czy jest jednym z dwóch, pięciu czy może dziesięciu graczy w historii. Dla nich byłby tym najlepszym. Legendą.
Potencjalne zwycięstwo Cavs to początek mitu. Pierwszy w historii powrót z 1-3 w finałach NBA i wygrana dla drużyny z miasta, które od kilkudziesięciu lat nie wygrało tytułu w amerykańskich zawodowych sportach drużynowych. To dziesiątki filmów dokumentalnych i książek i tysiące opowieści, zaczynających się od pytania „gdzie wtedy byłeś?”.
Potencjalne zwycięstwo Golden State Warriors da Curry’emu drugi tytuł z rzędu i prawdopodobnie pierwszą statuetkę MVP Finałów. Będzie to ostateczny dowód na to, że jego miejsce jest wśród największych tej gry. Teraz i już zawsze. Dowód, że jego postura i styl gry nie mogą wykluczać go z dyskusji o przynależności do elity. Dowód na to, że jest w stanie na największej scenie, przeciwko największemu z rywali, przełamać swoje słabości i wygrywać.
Potencjalne zwycięstwo Dubs to początek nowożytnej ery koszykówki. Potwierdzenie opinii o tym, że oglądamy jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy, zespół w historii tej gry. Potwierdzenie tego, że ich styl gry i nieprawdopodobny lider są tą nową jakością, której przez ostatnie lata niczym kamienia filozoficznego poszukiwali analitycy. To całe napisane od nowa podręczniki koszykówki.
James nie gra o uniknięcie opinii „wiecznego przegrywacza”, który zalicza w finałach bilans raptem 2-5 (Michael Jordan awansował do finałów zaledwie sześć razy). Stephen Curry nie gra o uniknięcie opinii mięczaka, który przegrał drużynie sezon z rekordową ilością wygranych meczów.
Choć narracje mówiące o tym, co obie supergwiazdy mogą dzisiaj przegrać sprzedają się lepiej, ja chciałbym ich unikać. Bo jeśli uważasz, że LeBron James jest już na poziomie Michaela Jordana, to dlaczego miałbyś zmieniać zdanie, jeśli dzisiaj przegra? Bo jeśli uważasz, że Curry jest obecnie lepszym graczem niż James, to dlaczego jeden przegrany mecz miałby sprawić, że zaczniesz myśleć inaczej?
Koszykówka to bardzo specyficzny sport, w którym – moim zdaniem – najważniejszą umiejętnością jest krótka pamięć. To sport, w którym musisz umieć zapominać, bo nie jesteś w stanie uniknąć pudłowania rzutów, tracenia piłek i przegrywania meczów. Z tego punktu widzenia, to bardzo pozytywny sport, bo o twojej wartości nie decydują w nim spudłowane rzuty, stracone piłki i przegrane mecze. Decydują rzuty trafione. Decydują zwycięstwa.
Wiem też, że ostatecznie nawet ci, którzy dziś rozmawiają o tym, co James i Curry mogą przegrać, po zakończeniu ich karier również pamiętać będą przede wszystkim o tym, co wygrali. Tak, jak pamięta się o wielki rzutach i meczach Karla Malone’a, Charlesa Barkleya czy Patricka Ewinga, choć oni w przeciwieństwie do Curry’ego i Jamesa przecież nigdy mistrzostwa nie wygrali.
I wiem, że ostatecznie to żonglerka słowami i pojęciami. Wolę jednak patrzeć na ten mecz w ten sposób. Na mecz, w którym ktoś może jedynie wygrać. Mecz, który jest szansą dla najlepszych graczy na świecie, by pokazali najlepsze, co w sobie mają. Nie chcę myśleć i – przede wszystkim – nie chcę, żeby James i Curry myśleli, że mają dziś coś do stracenia. I nie uważam, żeby do stracenia naprawdę coś mieli (bo czy możesz stracić coś, czego nie posiadasz?).
To ma być święto koszykówki. Dwóch najlepszych koszykarzy wspólnie wraz ze swoimi fantastycznymi zespołami na jednej scenie. I jeden z nich wygra dziś coś naprawdę wielkiego. Czy ostatecznie jego zwycięstwo nie będzie zwycięstwem nas wszystkich?
Dyskusja 6G
Komentarze 0
Masz coś do dodania? Wskakuj do rozmowy.
Jeszcze nikt nie skomentował tego tekstu. Rozpocznij dyskusję.