
W obronie Draymonda Greena

Na samym początku ustalmy jedno. Draymond Green w serii z Thunder zaliczył kilka niesportowych zagrań, które powinny spotkać się z bardziej zdecydowaną reakcją ligi.
Możecie spierać się między sobą, czy były to intencjonalne zagrania czy też powoduje je agresywny styl gry Greena. Moim zdaniem jest to coś pomiędzy. Coś, co zdarza się każdemu z nas, kiedy jesteśmy na boisku, bardzo chcemy wygrać, lecz przegrywamy i jesteśmy sfrustrowani. Próbujemy zrobić cokolwiek, podkręcić poziom intensywności, być bardziej agresywni i po prostu przesadzamy. Tuż po zdarzeniu zaś sami już nie wiemy, czy uderzyliśmy kogoś specjalnie czy po prostu w ogniu walki. To moje zdanie, możecie mieć inne, ale ostatecznie nie ma to większego znaczenia. Znaczenie ma to, że zagrania Draymonda Greena są niebezpieczne dla innych graczy. To jest zasadnicza kwestia, na którą musimy się wszyscy zgodzić, jeśli mamy rozmawiać.
Uderzenie Stevena Adamsa w krocze, podhaczenie Enesa Kantera, to i to. To wszystko są niebezpieczne zagrania, które powinny spotkać się z ostrzejszą reakcją ligi, bo zdarzają się zbyt regularnie i ostatecznie mogą doprowadzić do jakiejś przykrej sytuacji. Jeśli uważacie inaczej, to możecie przestać czytać i wrócić do prasowania koszulek Warriors przed meczem numer sześć.
Biorąc to wszystko pod uwagę, otwieram jednak ze zdumienia oczy, kiedy widzę wiadra wyzwisk, które spadają na Draymonda Greena. Tłumaczę sobie, że żyjemy w erze Twittera, kiedy opinia ma być szybka i krótka (i sam płynę często z tym prądem), ale wciąż trochę się krzywię, kiedy czytam takie rzeczy:
Draymond to idiota. I to tylko dlatego, że wie, że za taunting są techniki, a on to wciąż robi. Naprawdę ma szczęście że sędziowie są za GSW
— Piotr Zarychta (@PiotrZarychta) May 27, 2016
Kiedy ja z 2 tyg. temu mówiłem, że wyzywanie Draya od głupich małp, w ogóle mnie nie rusza, to twitter się na mnie obraził.
— Cezary Szwarc (@CezSzwarc) May 27, 2016
Draymond Green to zwykła kupa gnoju. Będzie to szczekało kiedy i ile chce bo liga straciła jakąkolwiek kontrolę w równym traktowaniu.
— iminol (@iminol) May 27, 2016
Krzywię się, bo Draymond Green nie jest głupim człowiekiem. Myślę, że mogę to powiedzieć z dosyć dużą pewnością, bo od kilku lat czytam większość jego publicznych wypowiedzi. Myślę, że mogę to powiedzieć, bo wiem na pewno, że przeszedł drogę, której głupi ludzie najczęściej przejść nie są w stanie.
Od strony fizycznej Green jest poniżej przeciętnej. Jest za mały i nie ma przekonującego atletyzmu.
Niestety jego ograniczenia fizyczne sprawiają, że trudno jest wyobrazić go sobie jako coś więcej niż osłabienie po bronionej stronie parkietu w NBA. Brakuje mu wzrostu, by bronić w postu up i nawet na poziomie NCAA łatwo jest rzucać ponad nim. Jest wolny na stopach, więc trudno sądzić, żeby mógł bronić większość silnych skrzydłowych na obwodzie, a co dopiero można powiedzieć o niskich skrzydłowych, których – jak wskazuje jego wzrost – będzie musiał bronić.
Minimalny potencjał.
Brakuje mu wybuchowości, zwinności i szybkości.
3 minuty zajęło mi zebranie tych opinii z pierwszych wyników, który wypluło Google na zapytanie o draftowe przewidywania dotyczące Greena. Wiecie co jeszcze mówiły? Mówiły, że jeśli cokolwiek go wyróżnia to niezwykła boiskowa i pozaboiskowa inteligencja. Mówiły, że jest fantastycznym kolegą w szatni. Mówiły o tym, że jest liderem. Mówiły o jego dojrzałości. Te wszystkie rzeczy Draymond Green przekuł w sukces w NBA. Takich rzeczy nie dokonują głupi gracze.
Draymond Greeen jest najlepszym z rodu Scalabrine’ich, Bonnerów i Battierów.
Nie wygląda też na to, żeby był złym człowiekiem. Jeśli możemy oceniać go na podstawie tego, co robi poza parkietem, to z pewnością nie wydaje się być złym człowiekiem. Green to jeden z tych graczy, który z uśmiechem na ustach bierze udział we wszystkich akcjach NBA Cares. Ponoć bardzo je lubi. Green to również jeden z tych graczy, który nie zapomniał, skąd pochodzi i każdego lata wraca do swojego rodzinnego Saginaw, by pracować z dzieciakami. A kiedy podpisał w zeszłym roku nowy kontrakt z Warriors, sięgnął do kieszeni i podarował swojej alma mater 3,1 miliona dolarów (co jest największym datkiem, jaki kiedykolwiek jakikolwiek koszykarz przekazał swojej byłej uczelni). Dlaczego? Może jego powody wydadzą wam się choć trochę urocze:
Kiedy tu przyjechałem, byłem całkiem gruby i nikt nie spodziewał się, że będę zawodowcem i będę robił to, co teraz robię. Czy mogę więc teraz przypisywać sobie za to zasługi czy może powinienem docenić tych, którzy na to zasłużyli, czyli ten uniwersytet? A jeśli tak, to jak mogę okazać moją wdzięczność? Dla mnie to jedynie drobny sposób na to, by powiedzieć dziękuję.
No dobrze powiecie, nie jest może taki zły i głupi, ale z pewnością nie jest skromny (a w Polsce to przecież TAKA wielka zaleta). Za dużo mieli jęzorem, żeby był skromny. Cóż, znów pudło, bo Draymond Green i w tej kategorii jest bardziej Johnem Stocktonem niż J.R.-em Smithem. Stockton na początku swojej kariery w lidze mieszkał w małym mieszkaniu i oszczędzał na ogrzewaniu. Green swoje pierwsze lata spędził kilkadziesiąt kilometrów od San Francisco, bo „tam było taniej”, oszczędzał na swoich dietach na posiłki w czasie ligi letniej i robił zakupy w Walmarcie.
I nie, to wszystko nie usprawiedliwia kopnięcia kogoś w krocze. Chcę po prostu napisać, że bardzo ryzykownie jest oceniać intelekt i moralność kogokolwiek na podstawie jednego zachowania. Draymond Green nie jest głupi, nie jest zły i nie jest zepsuty. Po prostu zostawia na parkiecie serce i próbuje zrobić wszystko, by wygrać. Ostatnio w tej pogoni za zwycięstwem zbyt często zdarza mu się przesadzać. Tak, jak zdarzało się w przeszłości innym.
Tak więc problemem nie jest Draymond Green. Problemem jest to, że liga nie jest konsekwentna w stawianiu granic tego, co może zdarzać się na parkiecie. Jeśli chcecie mieć do kogoś pretensje, to miejcie je więc do Adama Silvera i jego minionków. W większej perspektywie to oni decydują o tym, ile „lat 90. możemy dziś oglądać”. Czy chcecie winić Greena za to, że próbuje te granice testować? Czy naprawdę chcecie na niego narzekać i jednocześnie „tęsknić za tymi twardymi, prawdziwie męskimi latami 90.”?
Wiecie, jaka jest jedyna różnica pomiędzy dzisiaj i 20 lat temu? 20 lat temu liga pozwalała graczom na więcej. To wszystko. To, że Russell Westbrook chodzi w rurkach, nie oznacza, że jest mięczakiem, który nie sprałby większości graczy na swojej pozycji w 1996 roku. Nie robi tego, bo takie są dzisiaj zasady.
I te zasady właśnie liga powinna egzekwować wobec Draymonda Greena. I jeśli znów zachowa się w podobny sposób, powinien zostać ukarany zawieszeniem. I jeśli będzie kontynuował swój quest w poszukiwaniu męskich klejnotów, powinien być traktowany jak Matt Barnes i dostawać wyższe kary i kolejne reprymendy. Nie mówcie mi jednak o tym, jaką jest fatalną istotną ludzką, tylko dlatego, że wychodzi na parkiet i traci głowę, bo jego drużyna przegrywa, a on tak bardzo, bardzo chce wygrać.
Dyskusja 6G
Komentarze 0
Masz coś do dodania? Wskakuj do rozmowy.
Jeszcze nikt nie skomentował tego tekstu. Rozpocznij dyskusję.