Hawks zasługują, by ich pamiętać, ale pewnie i tak o nich zapomnimy

Hawks zasługują, by ich pamiętać, ale pewnie i tak o nich zapomnimy

Curtis Compton / Newspix.pl
Curtis Compton / Newspix.pl

To trochę niesprawiedliwe dla graczy Atlanty, że nie będę pamiętał wiele z ich dni jako drugiej siły Konferencji Wschodniej. Bądź co bądź ten zespół w swoich szczytowym momencie zaliczył sezon z 60 wygranymi meczami i miał serię 19 zwycięstw z rzędu. To lepszy wynik niż kilka solidnych zespołów w historii NBA. Tylko czy ten wynik na pewno zostanie mi w głowie? Mam przeczucie, że za 10 lat przypadkiem spojrzę w tabelę z poprzedniego sezonu i będę w szoku, że Hawks, ci Hawks, naprawdę wygrali 60 spotkań w sezonie.

To trochę niesprawiedliwe też, że z ich bojów w playoffach zapamiętam jedynie tamto starcie w pierwszej rundzie w 2014 roku z Indianą Pacers, gdy bez udziału Ala Horforda postawili Pacers pod ścianą, zanim przegrali mecze numer 6 i 7. Ale co mogę na to poradzić? Trudno jest po latach wspominać tak gładkie sweepy, jakie dwukrotnie zafundowali im Cleveland Cavaliers. I czy ma wobec tego znaczenie to, że Hawks byli drugim najlepszym zespołem Konferencji Wschodniej w ciągu ostatnich dwóch lat?

Mogę się śmiać, że „nikt nie lubi Atlanty Hawks”, ale ta Atlanta Hawks dała się lubić w ciągu ostatnich dwóch sezonów. Po latach tak przeciętnych, że autor dotyczącego klubu hasła na Wikipedii zdecydował się nazwać okres między 1994 a 2007 roku „Average Times” i „erze Joe Johnsona” (najbardziej przeciętnej z „gwiazdorskich er” w historii ligi) w 2012 roku coś się wreszcie w Atlancie zmieniło. Zarząd klubu postanowił sięgnąć do najlepszego w NBA źródła zasobów ludzkich (czytaj: San Antonio) i oddał władze w klubie w ręce Danny’ego Ferry’ego. Minął tydzień, gdy Johnsona i jego karykaturalnego kontraktu nie było już w mieście. Ten ruch nie odmienił jeszcze losów klubu. Miałem okazję oglądać dwa mecze Hawks na żywo w marcu 2013 roku i były to dwa najgorsze mecze NBA, jakie widziałem kiedykolwiek (takie szczęście). Nie podejrzewałem, jak szybko wszystko się zmieni. A jednak.

Kilka miesięcy później bowiem Ferry zaliczył spektakularne lato. Z perspektywy czasu jedno z najbardziej spektakularnych w najnowszej historii NBA, jeśli weźmiemy pod uwagę ilość trafionych przez niego decyzji:

  • Zatrudnił na stanowisko trenera Mike’a Budenholzera.
  • W drafcie 2013 z numerem 17 wybrał Dennisa Schroedera.
  • Sprowadził Paula Millsapa za 19 milionów dolarów za 2 lata.
  • Sprowadził DeMarre Carrolla za 5 milionów dolarów za 2 lata.
  • Wyrównał ofertę Milwaukee Bucks wartą 32 miliony dolarów za 4 lata dla Jeffa Teague’a.
  • Podpisał nowy kontrakt z Kyle’em Korverem wart 24 miliony dolarów za 4 lata.
  • Nie przepłacił Josha Smitha.

To wszystko naprawdę wydarzyło się jednego lata. Ferry nigdy nie zebrał należnych mu braw za tę pracę, bo Hawks stracili na większość sezonu 2013/14 Ala Horforda, a triumfalny sezon 2014/15 spędził już w czyśćcu, po tym gdy nieopatrznie przeczytał niefortunne słowa jednego ze skautów na temat Luola Denga.

Ferry zbudował niezwykły zespół, którego czterej gracze zagrali w Meczu Gwiazd, choć żadnego z nich niedzielny kibic nie nazwałby gwiazdą. Jak w swojej książce „Chasing Perfection” na temat tego, jak budowane są zespoły NBA pisze  Andy Glockner:

Brak wielkiej gwiazdy był historią, która dyskutowana była przez cały sezon. Zawodnik Hawks tylko raz w ciągu całego roku zdobył 30 punktów w meczu (Millsap miał dokładnie 30 przeciwko swojej byłej drużynie Utah Jazz) i, co być może mówi jeszcze więcej, w czasie siedmiomeczowej serii w grudniu 2014 siedmiu różnych graczy liderowało drużynie w liczbie zdobytych punktów i każdy z nich zdobył ponad 20 punktów.

W wywiadzie do tej samej książki Kyle Korver mówił:

To prawdziwa przyjemność grać w tym zespole. W każdej akcji każdy z nas ma znaczenie, bo gramy jako grupa. W każdym meczu każdy z nas ma znaczenie. Być może akurat nie będziesz rzucał, ale przynajmniej postawisz zasłonę albo zaliczysz asystę albo zetniesz pod kosz, co otworzy rzut komuś innemu. Przez to bardziej się angażujemy, bo wiemy, że mamy znaczenie. Kiedy masz znaczenie w życiu, starasz się trochę bardziej. My czujemy, że mamy znaczenie. Nie ważne, kto akurat gra, wszyscy mamy znaczenie.

(Paradoksalnie z wszystkich graczy Mike’a Budenholzera, to akurat Korver był tym, który jako jedyny był w czymś w tej lidze najlepszy. Millsap, Horford, Teague i Carroll wiele rzeczy robili bardzo dobrze, ale trudno powiedzieć, by w czymś szczególnie się wyróżniali. Korver w tym samym czasie wyrósł na prototypowego gracza typu gravity, o którym Brad Stevens mówił, że nawet jeśli rzuca 13 punktów w meczu, to trzeba go pilnować, jakby rzucał 30).

Hawks grali razem i spełniali mokry sen wszystkich tych, którzy liczyli na to, że po kilkunastu latach doczekali się właśnie nowego, zabawniejszego wcielenia Detroit Pistons 2004. Drużyny bez wysokich szczytów, ale też bez głębokich dolin, gdzie każdego dnia liderem może być inny zawodnik. Hawks pomagała niezwykła chemia w szatni w dużej części oparta na tym, że tworzyła ją mieszanka doświadczonych weteranów i niedocenianych wcześniej graczy, z których tylko Jeff Teague spędził mniej niż 3 lata na Uniwerku. Nie był to przypadek. Ferry i Budenholzer założyli sobie, że celować będą w graczy o sprawdzonych charakterach i wysokiej inteligencji, żeby skomponować drużynę, która będzie w stanie realizować trenerskie założenia tego drugiego.

Przez kilka miesięcy 2015 roku byli więc tą dobrą historią NBA, nawet jeśli przeciętny kibic z przyzwyczajenia przełączał na inny kanał, gdy transmitowano ich spotkania.

I wtedy zostali postawieni przed Cleveland Cavaliers i okazało się, że nawet najlepszy system i najbardziej zdyscyplinowani rzemieślnicy tej ligi nie są w stanie powstrzymać supergwiazdy.

Kibice Hawks będą oczywiście przypominać, że ofiarą nowojorskiej policji padł Thabo Sefolosha, a ofiarą Matthew Dellavedowy padł Kyle Korver, ale trudno sobie wyobrazić, by ich obecność miała zmienić cokolwiek w zeszłorocznej serii. Równie trudno jak to, by w tegorocznej dużo zmienić miała obecność DeMarre Carrolla, który po dwóch udanych latach w Atlancie podpisał lukratywny kontrakt w Toronto.

I znów, to trochę niesprawiedliwe, ale nie będę pewnie pamiętał, że Thabo Sefolosha nie grał w tamtej serii. Raczej zostanie mi w pamięci to, że poszedł do sądu i wygrał sprawę z amerykańską policją. Nie będę też pamiętał, że w tej serii nie grał DeMarre Carroll. Raczej wspomnę to, że w wieku 30 lat udało mu się wreszcie wywalczyć miejsce w tej lidze i duży kontrakt. Najwyraźniej to jedyna sprawiedliwość, jaka dotyka graczy Atlanty.

Trudno oczekiwać, by ten skład doczekał się jeszcze czegoś więcej. Al Horford w wieku 30 lat podpisze tego lata swój pierwszy naprawdę tłusty kontrakt (wcześniej grał za 12 milionów za sezon) i nawet jeśli Hawks będą gotowi zapłacić mu maksymalne pieniądze, to nie jest powiedziane, że nie zechce odejść w pogoni za tytułem. Tłok na pozycji numer 1 i rozwój Dennisa Schroedera sprawią wreszcie, że on lub Jeff Teague zostanie wymieniony do innego klubu. Nie jest powiedziane, że podobny los nie spotka Kyle’a Korvera, który również wejdzie w ostatni sezon swojego kontraktu i Hawks mogą spróbować wykorzystać jego ostatnie dobre lata, by przekonać jeden z klubów czołówki ligi do oddania wyborów w drafcie, a Kent Bazemore, który podobnie jak DeMarre Carroll dostał w Atlancie szansę, by pokazać się całej lidze teraz również zbierze tego owoce w postaci przyjemnego kontraktu.

Hawks mają więc minimalne szanse, by przetrwać w obecnym kształcie nadchodzące lato. Dla Tony’ego Resslera, który w zeszłym roku odkupił klub od skompromitowanego w – a jakże – innej rasistowskiej aferze z udziałem Bruce’a Levensona, będzie to możliwość, by popchnąć zespół do przebudowany i szukać szans na to, by wreszcie wykorzystać fakt, że Atlanta to jeden z największych rynków w kraju. Z jednej strony szkoda, by to była dobra historia w zdominowanej przez supergwiazdy lidze. Z drugiej strony sufit tej drużyny kończył się na pośladkach LeBrona Jamesa…

Historia będzie niesprawiedliwa dla tego zespołu, który wygrywał, choć nie zapisze się w mojej pamięci wielkimi graczami ani wielkimi meczami. I już teraz, choć nie opadł jeszcze kurz po trójkach Kevina Love’a, myśląc o Atlancie, myślę najpierw o tym, że po każdym meczu jej gracze ładowali się w samolot i rozgrywali niekończące się partie w Uno, w czasie których kwitła rywalizacja pomiędzy Dennisem Schroederem i Kentem Bazemorem.

Pomimo tego wszystkiego fani Hawks mają powody do optymizmu większego niż kibice innych drużyn, które są na skraju zakończenia swoich er i epok (Grizzlies, Rockets, może Thunder i Clippers). Nawet bez większości graczy „swojego gracza stycznia 2015” w Atlancie pozostanie wciąż Mike Budenholzer i współtworzona przez niego kultura. To przyciągnie graczy zadaniowych, którzy zechcą poczuć, że „mają znaczenie” i może wreszcie przyciągnie też jakąś gwiazdę. I może wtedy dopiero drużyna, którą prawdopodobnie w takim składzie zobaczyliśmy właśnie po raz ostatni, doczeka się sprawiedliwości, gdy wspominana będzie jako początek nowej, lepszej epoki w historii klubu.

Dyskusja 6G

Komentarze 6

Masz coś do dodania? Wskakuj do rozmowy.

PrzEMO10.05.2016, 19:11

Już widzę to oczami wyobraźni jak za 15 lat znajdzie się para blogerów zaraz po trzydziestce, która naraz w jednym z podcastów zacznie z pamięci wymieniać skład Hawks z sezonu 2014/15 bragując swoją nerdowską wiedzą na temat NBA ;)

Paweł Kapuściński10.05.2016, 19:59

za 15 lat ci bloggerzy zaraz po 30 to beda dzieci splodzone z milosci steve’a kerra i stephana curry’ego.

dlewandowskidariusz@gmail.com10.05.2016, 19:51

Świetny tekst. Powodzenia Hawks!!!

Artur Zarucki11.05.2016, 06:46

Najgorsze jest to ze Ferry nie może znaleźć pracy w której jest już zdecydowanie mniej Złych GM Ale nadal znalazł bym kilku gorszych od niego. Dziwię się ze nikt nie chce mu zaufać. Ja tam chętnie wymienilbym Divaca za Ferrego i miał całkiem fajny duet GM/Coach!

nip nus11.05.2016, 10:45

a ja mam całkiem inne pytanie do Przemka , gdzie mozna pograc w kosza w Barcelonie ?

Przemek Kujawiński11.05.2016, 13:00

Kultowe miejsce: Park Espanya Industrial (https://goo.gl/maps/iAgZBssUPCr), tuż przy stacji Sants. Właściwie zawsze jest z kim pograć. Poziom często baaardzo wysoki (pojawiają się tam czasem byli i obecni gracze ligowi – mieszanka z całego świata). Gra się na jeden kosz 4 na 4. Jeśli nie masz ekipy, to ustawiasz się kolejce i dołączasz do ostatniej, która nie ma ludzi. Gra się do 11 za 1 i 2, wygrany zostaje, przegrany idzie na koniec kolejki. Po trafionym rzucie zachowujesz piłkę.

Jeśli jesteś w innej części miasta, to fajne boiska są w parku del PobleNou (https://goo.gl/maps/wa3qJbsk8Su) – to takie barcelońskie Venice Beach. Po graniu można iść prosto do morza;) Popołudniami powinni być tam ludzie codziennie. W weekendy bardzo dużo ludzi, granie często na wszystkie cztery kosze. Jakbyś odwiedził, to próbuj się łapać do drużyny z siwym Włochem po 40 (Franco). Najlepszy rozgrywający w okolicy. Z nim w drużynie zazwyczaj się nie przegrywa;) No i możesz zapytać, czy mnie ktoś jeszcze pamięta;)

Wiem, że często jest też granie w Parku Clot i na Raval (niedaleko MACBA), ale nie bywałem tam nigdy, więc nie daję gwarancji.

Szósty Gracz na bieżąco

Włączyć powiadomienia?

Damy Ci znać o nowych tekstach, podcastach i materiałach 6G. Po kliknięciu potwierdź zgodę w oknie swojego urządzenia.

Możesz zmienić decyzję w sekcji „Powiadomienia 6G” w stopce.