Kajzerek: Smutna historia Bena Simmonsa

Kajzerek: Smutna historia Bena Simmonsa

To naprawdę mogło się udać. W Sacramento byli pod wrażeniem tego, jak Ben Simmons podszedł do całego procesu. Prezentował dobrą formę i pojawiały się głosy sugerujące, że trener Doug Christie bardzo poważnie rozważa włączenie go do pierwszej piątki na inaugurację sezonu. Było wiele żartów, braku przekonania w intencje zawodnika i kwestionowania decyzji samego zespołu. Jednak głosy z ligowych kuluarów podpowiadały, że Simmons może dostać realną szansę na to, by to wszystko odbywało się na jego własnych warunkach; by w końcu mógł sam opowiedzieć swoją historię. Niestety ta romantyczna wizja została brutalnie przerwana urazem, który oznacza, że zawodnik znowu będzie musiał zmierzyć się z upływającym czasem.

Ben Simmons zerwał ścięgno Achillesa w prawej nodze. Do urazu doszło w trakcie niedzielnego treningu drużyny. Australijczyk opuścił cały sezon 2025/2026. Chciał odbudować swoją pozycję i dać organizmowi czas na regenerację po licznych urazach. Latem podpisał roczny kontrakt z Sacramento Kings, którzy byli pod wrażeniem zawodnika, gdy ten wziął udział w minizgrupowaniu reprezentacji. Australijczyk wystąpił w trzech meczach przedsezonowych. Szczególnie dobrze zaprezentował się w piątkowym spotkaniu z San Antonio Spurs, które było ostatnim sprawdzianem Kings przed rozpoczęciem rozgrywek. W ciągu 26 minut zdobył 14 punktów, zebrał osiem piłek i zanotował siedem asyst.

Po tym meczu na twarzach fanów jego powrotu pojawił się szeroki uśmiech, a przede wszystkim pojawiła się nadzieja, że to nie będzie historia bez happy-endu. Simmons od kilku lat zmagał się z problemami zdrowotnymi. Przez moment był na naprawdę dobrym pułapie, przedstawiając się jako sprawny play-maker i jeden z kluczowych obrońców w rotacji. Niestety powracające i nasilające się problemy z plecami spowodowały, że tracił czas i pozycje. Poza tym brak w jego repertuarze rzutu za trzy punkty powodował, że trenerom trudno było znaleźć dla niego miejsce w określonych line-upach. W Sac-Town byli gotowi wyciągnąć do skrzydłowego pomocną dłoń… 

– W przeszłości mierzyłem się z wyzwaniami, które wystawiały na próbę moją psychikę, ciało i emocje. Za każdym razem udawało mi się jednak przez nie przejść. Ta kontuzja to kolejny rozdział mojej drogi, a nie koniec mojej historii. […] Rozłąka z ukochaną grą nigdy nie jest łatwa, zwłaszcza po wszystkim, co musiałem przejść, żeby znów tu być. Jeśli jednak czegoś się nauczyłem, to tego, że przeciwności losu nie definiują człowieka. Liczy się to, jak na nie reaguje. Już wcześniej upadałem i zawsze znajdowałem sposób, żeby się podnieść. Tym razem będzie tak samo – napisał na swoich mediach społecznościowych. 

Simmons pojawił się w NBA, gdy ta przechodziła małą rewolucję. Egzekucja z dystansu zaczynała dominować w game-planach kolejnych trenerów, a Simmons stanowił “zagwozdkę”, bo pomimo swoich naturalnych umiejętności i talentu, brak z jego strony zagrożenia rzutem zza łuku zmuszał do pójścia na kompromis. W tak konkurencyjnym środowisku, Simmons stał się dla defensywy rywala celem. Próbował to kontrować swoim instynktem. Dobrze czuł się z piłką w rękach i znajdował optymalne pozycje dla swoich kolegów. I gdyby tylko miał szansę rozwijać się w kierunku point-forwarda i defensywnego stopera, jego braki prawdopodobnie nie byłyby aż tak kłopotliwe.

Niestety kolejne absencje powodowały, że Simmons wychodził na parkiet pozbawiony ciągłości gry i przez to nie był w stanie stworzyć przewagi. Doskonale się w tej sytuacji zorientował, dlatego cały poprzedni sezon poświęcił wyłącznie na to, by odzyskać kontrolę nad własnym ciałem. Co się działo z Australijczykiem na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy? On sam bardzo chętnie o tym opowiadał, bowiem pomiędzy kolejnymi sesjami na siłowni i w gabinecie fizjoterapeutów, realizował się w swojej drugiej pasji, którą jest wędkarstwo. Wsiadał na swoją łódkę, wypływał na środek jeziora i czerpiąc z otaczającej go ciszy… cierpliwie czekał. Sprawę potraktował również biznesowo, kupując udziału w drużynie South Florida Sails. Mówił wówczas, że dzięki sprzyjającym okolicznościom i odpowiedniemu momentowi pojawiła się okazja, by zaangażować się finansowo w ten projekt. Zależało mu na promocji wędkarstwa jako dyscypliny sportu.

Czerpał z tego dużo radości i na pewno pomagało mu to przetrwać w tym najtrudniejszym momencie. Nie miał bowiem żadnej gwarancji, że jego plan powrotu do NBA w ogóle wypali. Stworzył własną wizję tego, jak powinno to wyglądać i w jaki sposób powinien się przez ten czas prowadzić, ale nikt mu niczego nie obiecał. Musiał po prostu wierzyć w to, że wykonana praca obroni się sama, gdy dostanie szansę. Dostał, gdy pojawił się na obozie reprezentacji Australii. Raporty z tamtych sesji były bardzo obiecujące. Do tego stopnia, że Simmons mógł liczyć na zaproszenie od którejś z drużyn NBA. Trenował przede wszystkim w Miami, gdzie mieszka. Wcześniej podkreślał, że ma nadzieję wystąpić w barwach reprezentacji Australii podczas igrzysk olimpijskich w Los Angeles w 2028 roku. Sam pokrył koszty podróży, aby wziąć udział we wspomnianym zgrupowaniu.

Scott Perry, generalny menadżer drużyny z Sac-Town, pod koniec sierpnia udał się na Florydę specjalnie po to, by na własne oczy zobaczyć trening Bena Simmonsa. Następnie panowie odbyli godzinną rozmowę. Później Simmons odwiedził Sacramento, gdzie przeszedł szczegółowe badania medyczne, odbył trening na parkiecie oraz spotkał się z trenerem Dougiem Christie i pozostałymi członkami sztabu. Kings byli wówczas przekonani, że podejmują ryzyko, które nie będzie obarczone dużym ryzykiem. Ostatecznie skrzydłowy podpisał roczny kontrakt o wartości 3,5 miliona dolarów. Zainteresowanie Australijczykiem wyraziło również kilka innych zespołów, jednak ich propozycje dotyczyły przede wszystkim zaproszeń na obozy przygotowawcze przed sezonem, a nie gwarantowanego miejsca w składzie. 

– Miałem kilka ofert od zespołów, które chciały, żebym przyjechał na obóz przygotowawczy i powalczył o miejsce w składzie i w pełni to rozumiem – zaczął. – Myślę, że ich decyzje mogłyby być inne, gdyby zobaczyli mnie na żywo. Uważam jednak, że jestem dokładnie tam, gdzie powinienem być, we właściwym momencie. […] Nie mówię tego, żeby się przechwalać, ale wiedziałem, że pierwsza drużyna, która przyjedzie mnie zobaczyć i ocenić moją dyspozycję fizyczną oraz to, jak prezentuję się na parkiecie, zdecyduje się mnie podpisać. Takie miałem przeczucie od chwili, gdy Scott Perry przyjechał, żeby mnie obejrzeć – dodał.

Serce się łamie… Wiemy, ile było z niego beki na przestrzeni lat; jak często kwestionowano jego wartość i żartowano ze snutych na początku kariery prognoz. Skrzydłowy potrzebował nieco przeprojektować wyobrażenie swojej kariery, ale gdyby nie kontuzje, prawdopodobnie nie miałby żadnych problemów z tym, by funkcjonować na podobnych zasadach, na jakich funkcjonuje chociażby Draymond Green w Golden State Warriors. Wielu, po takich cięgach, nie miałoby nawet ochoty wracać do tak toksycznego środowiska. Simmons się jednak zawziął. Chciał udowodnić, że koszykówka zawsze była jego pierwszym wyborem.

Jeszcze przed informacją o kontuzji, pojawiło się przypuszczenie, że Doug Christie do tego stopnia ceni sobie wkład, jaki zawodnik wnosi do drużyny, że w meczu inaugurującym sezon skorzysta z Simmonsa od pierwszej minuty. Mówiono nawet, że Ben ma być umownym “kapitanem” zespołu. Co dalej? Co w Sacramento zdecydują się w sprawie Simmonsa zrobić? Czy okażą mu wsparcie i pozwolą wrócić do zdrowia pozostawiając na kontrakcie? Czy jednak poszukują transferu uwalniającego środki? Jego kontrakt wygasa wraz z końcem sezonu, co oznacza, że Australijczyk za rok ponownie będzie wolnym agentem.

Kings najprawdopodobniej nie zdecydują się po prostu Simmonsa zwolnić. Zamiast tego Sacramento może pozostawić go w zespole lub wykorzystać jego kontrakt jako element ewentualnej wymiany. Kluczowe znaczenie ma tutaj zasada kontynuacji wypłaty wynagrodzenia, o czym pisał John Hollinger. Otóż kontuzjowani zawodnicy posiadający niegwarantowane kontrakty muszą nadal otrzymywać pensję aż do momentu powrotu do zdrowia. W rezultacie w budżecie płacowym Kings przez cały sezon będzie uwzględniana kwota 2,45 miliona dolarów z tytułu kontraktu Simmonsa, niezależnie od tego, czy klub zdecyduje się go zwolnić. Finansowo Simmons zdołał się więc zabezpieczyć. Nie wiemy jednak, co to oznacza dla pozostałej części jego kariery… 

Dyskusja 6G

Komentarze 0

Masz coś do dodania? Wskakuj do rozmowy.

Jeszcze nikt nie skomentował tego tekstu. Rozpocznij dyskusję.

Szósty Gracz na bieżąco

Włączyć powiadomienia?

Damy Ci znać o nowych tekstach, podcastach i materiałach 6G. Po kliknięciu potwierdź zgodę w oknie swojego urządzenia.

Możesz zmienić decyzję w sekcji „Powiadomienia 6G” w stopce.