
Kajzerek: Nori “ofiarą” Dundona?
Pisaliśmy już o tym dżentelmenie na łamach Szóstego Gracza. W gruncie rzeczy całkiem niedawno. Wracamy, bo jest konkretny powód. Tym razem Tom Dundon – obrazoburczy właściciel Portland Trail Blazers – wykorzystując Micah Noriego wkurzył całą trenerską gildie. Chodzi o kontrakt, którego konstrukcja jest niegodna szkoleniowca pracującego na poziomie NBA w charakterze head-coacha. Z takiego właśnie założenia wyszedł m.in. J.B. Bickerstaff, który jako pierwszy głośno skrytykował mechanizm zastosowany przez Portland Trail Blazers. W zasadzie od samego początku procesu rekrutacji trenera na wolne stanowisko budził potężne wątpliwości. Dundon niestety szukał frajera, gotowego zgodzić się funkcjonować wyłącznie na jego zasadach.
Micah Nori od lat czekał na swoją szansę. Na przestrzeni ostatnich sezonów kilka razy pojawiał się w kandydaturach na różne wakaty, ale nigdy nie przeszedł finałowego etapu. Czy w przypadku oferty Portland Trail Blazers chwycił się brzytwy? Nie wiem, bo nie musiał. Może był po prostu sfrustrowany? Uczestniczył w procesach rekrutacyjnych prowadzonych przez Los Angeles Lakers, Detroit Pistons, Cleveland Cavaliers oraz New York Knicks. W ubiegłym roku był nawet jednym z głównych kandydatów do pracy w Nowym Jorku. Ostatecznie Knicks zatrudnili Mike’a Browna, który w tym sezonie poprowadził zespół do mistrzostwa.
Znalazł się również na liście kandydatów do objęcia Dallas Mavericks po odejściu Jasona Kidda. Nori pracował w Minnesocie Timberwolves od 2021 roku, kiedy funkcję głównego trenera objął Chris Finch. Drużyna robiła regularne postępy i stała się jednym z czołowych zespołów ligi. W postrzeganiu ekspertów byli także traktowani jako poważny kandydat do walki o mistrzostwo. To powodowało, że w odpowiednich kręgach rosła także renoma Noriego. 52-letni szkoleniowiec cały czas obserwuje, jak młodsi od niego obejmują kolejne drużyny; młodsi i mniej doświadczeni. To musiało rodzić określone emocje, które wpłynęły na jego stosunek wobec propozycji Dundona.
Pracuje w NBA od ponad trzech dekad. Jest ceniony za znakomite umiejętności komunikacyjne oraz budowanie relacji z zawodnikami. Według doniesień różnych źródeł z Portland, to właśnie te atuty sprawiły, że w wyścigu o posadę pokonał asystenta Boston Celtics Tylera Lashbrooka oraz byłego tymczasowego trenera Portland Trail Blazers, Tiago Splittera. Choć w przypadku tego ostatniego sprawa mogła się rozbić o brak szacunku do wykonanej wcześniej pracy. Brazylijczyk rzekomo czuł, że to relacja, która po prostu nie przetrwa próby czasu.
Tymczasem Nori w NBA pracuje nieprzerwanie od 2009 roku. W trakcie swojej kariery pełnił funkcję asystenta trenera w Toronto Raptors, Sacramento Kings, Detroit Pistons, Denver Nuggets oraz Minnesota Timberwolves.
– Jest wybitny w tym, co nazywam małymi elementami gry. „Małymi” nie dlatego, że są nieważne, ale dlatego, że często są pomijane. Jest znakomity w dobieraniu ustawień, zarządzaniu rotacją oraz przygotowywaniu zespołu do sytuacji specjalnych – po przerwach na żądanie, końcówek meczów czy po prostu maksymalnego wykorzystania każdego posiadania – powiedział Chris Finch w rozmowie z „The Athletic”.
Brzmi jak trener, który wymodelował się na idealnego do “in-game coachingu”, czyli pracy z zespołem w dynamicznym środowisku meczowym. Niektórzy uważają, że to umiejętność, która wyróżnia szkoleniowca dobrego od wybitnego. Będzie to zapewne jedno kryterium, przez jakie Nori będzie w Portland oceniany. Jednak zanim usiadł nad konspektem, zmierzył się z całą falą pytań dotyczących jego specyficznego kontraktu, czyli kwestii, która w naszych rozważaniach jest de facto najważniejsza.
Podpisał bowiem bardzo nietypowy kontrakt. Według różnych źródeł, umowa gwarantuje mu tylko jeden sezon pracy. Nori poprowadzi zespół w rozgrywkach 2026/27, natomiast klub będzie posiadał opcje przedłużenia współpracy na sezony 2027/28 i 2028/29. Szczegóły finansowe kontraktu nie zostały ujawnione, jednak już wcześniej pojawiały się doniesienia, że Blazers oferowali wynagrodzenie znacznie niższe od rynkowych stawek head-coachów NBA. Jest to bezpośrednio związane z kontrowersyjnym podejściem właściciela Toma Dundona do wydatków w zarządzanych przez niego klubach sportowych.
Z tego względu od początku spodziewano się, że Portland postawi na szkoleniowca z grona asystentów. Klub oferował bowiem szansę na debiut w roli pierwszego trenera w NBA i możliwość udowodnienia swojej wartości, ale bez gwarancji wysokich zarobków oraz długoterminowej stabilizacji zatrudnienia. Rzekomo to było w tym procesie od początku bardzo transparentne i dlatego Tiago Splitter nie był do tej propozycji przekonany. Dundon wiedział jednak, że wybrał kandydatów, spośród których przynajmniej jeden wykaże się formą “desperacji” i zaakceptuje jego żelazne warunki. Ta strategia wywołała istną burzę wśród trenerów zrzeszonych w specjalnej unii NBCA. Nie byli bowiem zachwyceni podejściem Dundona do faktycznej wartości każdego szkoleniowca pracującego w najlepszej lidze świata.
J.B. Bickerstaff – prezes “National Basketball Coaches Association” określił ten kontrakt jako „policzek wymierzony w wartość naszej pracy”.
– Rozumiem jego [Noriego] historię i drogę, którą przeszedł, aby dostać tę szansę. Nie chcę odbierać temu, co powinno być wyjątkowym momentem dla niego i jego rodziny. To praca, na którą w pełni zasłużył – powiedział na początku trener Detroit Pistons. – To jest najważniejsze. Uważam jednak, że postawiono go w sytuacji, w której w ogóle nie powinien się znaleźć, zmuszając go do podjęcia takiej decyzji ze względu na strukturę tego kontraktu. To przykre, że kiedy ktoś spełnia swoje marzenie, z naszej perspektywy wygląda to tak, jakby ktoś wykorzystywał to marzenie i jednocześnie umniejszał wartości pracy, na którą trenerzy przez lata ciężko zapracowali. […] Wystarczy pomyśleć o wszystkich wyrzeczeniach, poświęconym czasie i rozwoju, jaki trenerzy wnieśli do NBA. To, że ktoś próbuje teraz deprecjonować wartość pracy szkoleniowców w tej lidze, jest ogromnym rozczarowaniem – zakończył.
Decyzja o zagwarantowaniu Noriemu tylko jednego roku kontraktu to kolejny z serii ruchów nowego właściciela Toma Dundona, które wywołują zdziwienie w środowisku NBA. Blazers nie chcieli zobowiązywać się wobec szkoleniowca na dłużej niż jeden sezon, co w przyszłości może negatywnie odbić się na pozycji klubu na rynku wolnych agentów zarówno zawodników, jak i trenerów.
Choć Nori zaakceptował warunki umowy, samo to, że się na nie zgodził jest pewnym zaskoczeniem. Nowi trenerzy często potrzebują czasu, aby zbudować zespół i wdrożyć własną filozofię, jednak w przypadku Noriego od pierwszego dnia będzie ciążyć nad nim presja, że może stracić posadę, jeśli szybko nie spełni oczekiwań. Jeszcze nie wiemy, jaki margines cierpliwości ma nowy właściciel drużyny. Brak jakiejkolwiek długoterminowej gwarancji zatrudnienia wysyła do reszty ligi sygnał, że Portland może nie być atrakcyjnym miejscem do pracy. Dlatego Dundon również jest na cenzurowanym.
Pozostałe 29 klubów oferuje zawodnikom i trenerom większą stabilność, ale dla Bickerstaffa przedstawienie jednoznacznego stanowiska było kluczowe. NBCA nie może bowiem pozwolić, by to, co robi Dundon, stało się nowym standardem. Być może Nori dobrze odnajduje się w pracy pod presją, jednak sygnał, jaki ta decyzja wysyła do całej ligi, może w dłuższej perspektywie zaszkodzić ambicjom Portland Trail Blazers. Na koniec należy oddać głos samemu zainteresowanemu.
– Przez 28 lat, a właściwie przez pierwsze 25 z nich, nie miałem nawet agenta. Nigdy nie patrzyłem na pieniądze ani na długość kontraktu. Wiedziałem, że jeśli odniosę sukces, cała reszta sama się ułoży.

Wszyscy tam mają problem z tą umową poza Norim. Zabawne.
Zakłada, że jeżeli nie jest z niej zadowolony to przy takim właścicieli głośno o tym powie?