
Odcienie szarości
Politycznie i życiowo wyznaję dwie naczelne zasady:
Pierwsza to dać wszystkim równe prawa. W życiu i w biznesie. Po prostu, bez podziału na miłość, płeć, pochodzenie, kolor skóry, wiarę, cokolwiek. Nie każdemu po równo, bo to też niesprawiedliwość, a traktować każdego równo, dać w miarę możliwości równe szanse.
Druga polega na unikaniu czerni i bieli. W domu mam taką ukochaną czarno-białą istotę i widzę jak ona się z tym męczy, jak się odbija to na jej samopoczuciu. Albo jedna, albo druga banda. Nic po środku. Kocham to w niej, bo dodaje to do mojego życia trochę ostrego myślenia i pozwala przesiać moje poglądy przez bardzo ostrą krytykę. Sam jednak siedzę zawsze w odcieniach szarości i w nich szukam sensu, starając się poznać zdanie obu stron, wczuć się w przeciwne do mojego stanowisko i zrozumieć ludzi o przeciwnych poglądach nawet jeśli się z nimi nie zgadzam. Czasem kończy się to zmianą zdania w jakimś temacie, do tego stopnia, że jeśli ktoś mnie przekona do swoich racji, potrafię przejść na jego stronę i bronić mocno swoich nowych poglądów w temacie. Moja Ukochana jak się na mnie złości mówi przez to, że jestem jak chorągiewka, ale ja to w sobie lubię. Cóż, nigdy nie należałem do najskromniejszych tego świata.
W wielu kwestiach jednak takie podejście sprawia, że staję w rozkroku, bezradnie rozglądając się na boki i zastanawiając długo co sądzić o jakiejś kwestii, zamiast od razu jasno określić się po jakiejś stronie. I tak właśnie mam od początku z całym Black Lives Matters. Naprawdę długo czytałem teksty na temat sytuacji w Stanach i postulatów samego ruchu, długo słuchałem wypowiedzi ludzi którzy mają na tę sprawę różne poglądy i choć oczywiście się zgadzam z ideą, że ludzi niezależnie od rasy powinno się traktować równo, tak… nie do końca wiem o co walczy cały ruch. O równe traktowanie? Przecież w świetle prawa wszyscy obywatele USA są równo traktowani. O zmniejszenie uprawnień policji? Przecież to jest absolutnie idiotyczny pomysł przy dostępie do broni w Stanach. To może o zmniejszenie dostępu do broni? Takich haseł nie widziałem. To o co walczy BLM i o co walczy NBA idąca ramię w ramię z wolnościowymi ideami to równe traktowanie. Pytanie czy równe traktowanie da się wymusić marszami, bojkotami, protestami, a także towarzyszącymi temu zamieszkami i demolowaniem całych dzielnic w miastach.
Zgadzam się z prawem ludzi do maszerowania, zgadzam się z ich prawem do protestów. Nie cierpię karykaturalizowania takich akcji poprzez wyciąganie z nich pojedynczych oszołomów. Uważam że to skandal, że Trump groził marszom w Minnesocie wojskiem, że nazywał ich bandytami, że doprowadził swoimi działaniami do eskalacji i pozwolił wszelkiej maści rasistom wyjść ze swoich nor i zacząć w otwarty sposób wyrażać swoje poglądy i wręcz namawiać do nienawiści. A jednak jest tu też druga strona. Gdybym miał swój sklep, który część maszerujących postanawia okraść, to bym próbował go bronić jako dorobku całego życia. Jak widać na bardzo licznych filmach, zostałbym obity do nieprzytomności przez będących w szale rabowania chuliganów, którzy dołączyli do protestujących. Czy to by zmieniło moje poglądy na równość i prawo do maszerowania? Być może. Czy sprawiłoby że miałbym do maszerujących pretensje? Na pewno. Czy zacząłbym się zastanawiać czy życie jednego przećpanego opryszka było warte zniszczenia dorobku mojego życia i obicia mi mordy? Oczywiście. I wiem też, że ci demolujący to są ludzie mający w dupie sprawę i de facto nie powinno się ich uznawać za część BLM. Ale idą z nimi, używając pięknych haseł jako przykrywki do bandytyzmu. W społeczeństwie, które przez tyle lat dyskryminacji, spowodowało, że większość najbiedniejszych ludzi w kraju to mniejszości, oczywiste jest, że przy marszach walczących o prawa (?) tych mniejszości będzie brało mnóstwo bandytów, którzy wykorzystają to jako okazję. Zastanawiam się momentami czy to nie podważa sensu tych protestów. Bo instytucjonalnie nic nie wywalczą, a to o co walczą to empatia i równe podejście do każdego człowieka niezależnie od koloru skóry. A czy to wszystko zwiększy społeczną empatię, czy wręcz przeciwnie, spolaryzuje społeczeństwo? Naprawdę nie wiem. Może ważne przede wszystkim aby o tym się mówiło i żeby ktoś czasem pomyślał o całej sprawie głębiej niż przez 30 sekund oglądania ruchomych obrazków w wiadomościach.
Na pewno NBA właśnie skłoniło mnie do głębszej refleksji. Na tyle głębokiej, że o niczym innym nie myślę od paru godzin. I mam wrażenie, że z naszego, polskiego punktu widzenia, punktu widzenia ludzi, którzy wychowali się w kraju właściwie pozbawionym mniejszości i instytucjonalnej dyskryminacji dużych grup społecznych (tak, prawa ludzi do zawierania formalnych związków niezależnie od tego kogo kochają są potrzebne, ale to nie jest amerykański poziom dyskryminacji), z tego punktu widzenia chyba nie da się w pełni zrozumieć amerykańskiego kontekstu. Tam mamy do czynienia z ogromną grupą społeczną, która przez setki lat nie była traktowana jak ludzie. Których jeszcze 150 lat temu można było bezkarnie zatłuc na śmierć, płacąc na koniec odszkodowanie właścicielowi. Która dopiero 50 lat temu dostała prawo do zawierania związków mieszanych. To co oglądamy w filmach, tak samo jak w filmach wojennych wydaje się być troszkę fikcją, ale wystarczy zrobić ćwiczenie umysłowe, wyobrażając sobie, że ten kogo widzimy na ekranie to nie Little Walter, a nasz bliski przyjaciel. Wtedy perspektywa się zmienia.
I teraz też myślę sobie, że dzięki bojkotowi spotkań w NBA, więcej ludzi o tym pomyśli. Jasne, wielu fanów z całego świata będzie na pewno wkurwionych. Że zabrano im ligę, że odebrano im fun, że stracili tę cudowną rozrywkę. W samych Stanach też, pamiętajmy, że ogromna część amerykańskiego społeczeństwa wyznaje względem sportowców zasadę „shut up and dribble”. Oni w większości poklną sobie, popieprzą coś o lewactwie i przełączą kanał. Ale… na co? NBA w USA powoli zaczyna pełnić szczególną funkcję. Dzięki Adamowi Silverowi, stała się najbardziej postępową organizacją sportową w Ameryce i daje swoim graczom platformę do wyrażania swoich myśli w sposób pozwalający dotrzeć do ogromnej rzeszy widzów. I jeśli coś robi… robi to pierwsza. Dopiero kiedy liga zamknęła swoje rozgrywki w marcu, wszyscy w kraju zrozumieli, że COVID to coś poważniejszego niż chińskie przeziębienie. I teraz, zaraz po bojkocie meczów przez NBA, swoje spotkania zaczęły odwoływać drużyny baseballowe i WNBA. Czy zrobiłoby to NFL? Bardzo możliwe i to nawet mimo konserwatywnych właścicieli. W końcu to też liga graczy. Wszystkich do grania nie zmusisz. Jednak NBA jest tu prekursorem. Dała przykład innym i inni dołączyli do protestu. Czy wkurwiony biały Republikanin, kiedy już nie będzie mógł przełączyć na inny sport nie pomyśli o tym, czemu oni wszyscy tak się burzą? Myślę, że jest realna szansa, że coś takiego przejdzie mu przez głowę. A jak odkryje, że gracze na tym tracą pieniądze zamiast je zarabiać, to koronny argument w takich sytuacjach „chodzi o hajs” wypadnie mu z rąk. I może nie każdy, nawet nie co drugi, ale jeden na pięciu czy dziesięciu, ogarnie, że coś jest nie tak. I że może nadeszła pora na kolejne zmiany w kraju. To nie będzie szybki proces, ale może nadszedł czas na jego rozpoczęcie. I szalenie się cieszę, że NBA jest tu prekursorem i/lub katalizatorem tych zmian. To niesamowite, że gracze są gotowi poświęcić zarobki, poświęcić sezon i zawalczyć o coś większego. Bardzo to szanuję.
Ale.
Nic nigdy nie jest całkiem czarne lub całkiem białe.
Odcienie szarości, pamiętajcie.
Zastanawiam się cały czas, jak wielkie jest to oddanie graczy. Czy gracze nie wyszliby na mecz gdyby na trybunach było 20 tysięcy widzów? Czy zbojkotowaliby G7 przy stanie 3-3 wiedząc, że nie wychodząc na boisko oddadzą walkowera? Albo czy zbojkotowaliby mecz wiedząc, że zamiast wsparcia dostaną od ligi po łapach? Czy decyzji nie ułatwiło graczom zmęczenie grą w bańce? To są pytania na które nigdy nie poznamy odpowiedzi, na szczęście okoliczności nie przeszkodziły drużynom w wykonaniu ruchu, który może przerodzić się w coś wielkiego. Historyczne momenty często są dziełem przypadku.
Za to znamy odpowiedzi na inne pytanie. Czy liga zachowuje się tak bo „bliższa koszula ciału”? Zdecydowanie. Widzieliśmy już jej skrajnie inną postawę przy okazji wypowiedzi Moreya na temat protestów w Hong Kongu. Czy tak dużo czasu minęło od tamtej sytuacji? Nie, to był zaledwie rok. Jednak ten niecały rok temu Chiny zatkały NBA usta swoimi pieniędzmi. Dlatego gracze i działacze nie wypowiadali się na ten temat, nie mówili o łamaniu praw człowieka, nie bojkotowali spotkań w Państwie Środka, nie zrobili nic. Co więcej, Daryl Morey wciąż może stracić za tamte wypowiedzi pracę – myślę, że przez straty jakie spowodował, wyrok na niego już zapadł, został tylko przesunięty w czasie.
To jednak nie jest koniecznie takie złe. Bucks wystąpili teraz jako dumni reprezentanci swojego stanu bojkotując spotkanie po tym, jak w ich Wisconsin, w mieście Kenosha policjant postrzelił siedmiokrotnie w plecy Jacoba Blake’a trzymając go jednocześnie za koszulkę. Gracze Bucks pokazali, że są związani z lokalną społecznością i w jej imieniu będą się domagać sprawiedliwości. Wystąpili też z konkretnym postulatem – ukarania nadużywającego władzy funkcjonariusza. Czy reszta NBA protestuje w geście solidarności z nimi, czy w geście solidarności z tym postrzelonym człowiekiem to już naprawdę jest bez większego znaczenia. Ważne, że stanęli z nimi ramię w ramię na pierwszym froncie zmian. Warto tu też dodać, że Sterling Brown z Bucks sam miał zajście z policją kiedy funkcjonariusz użył na nim paralizatora, klęknął mu na karku i stanął na kostce tylko za to, że… źle zaparkował. Potem stan Wisconsin proponował mu podobno 400 tyś $ za milczenie w tej sprawie. Także były gracz Kozłów, John Henson, w czasach kiedy tam występował, został uznany przez policjanta za podejrzanego w sklepie z drogą biżuterią (którą chciał kupić), tylko ze względu na kolor skóry. Te sytuacje z przeszłości bez wątpienia tylko wzmocniły determinację graczy Bucks w podjęciu decyzji o bojkocie.
The Milwaukee Bucks statement: pic.twitter.com/F7XOPs4NqE
— Malika Andrews (@malika_andrews) August 26, 2020
Czy NBA popisuje się tu też swego rodzaju hipokryzją? Jasne. Szukanie równości i sprawiedliwości nie może prowadzić do żadnego rodzaju podwójnych standardów w traktowaniu. Ułatwianie drogi mniejszości do równości poprzez pozwalanie jej na więcej, tylko jeszcze bardziej zantagonizuje strony konfliktu. Zgadzam się tu z ex-Republikaninem Charlesem Barkleyem. Dokładnie czymś takim była sytuacja Montrezla Harrella. Zarówno wielu z nas, jak i Chuck na antenie, zauważyło, że gdyby to Luka powiedział do gracza Clippers per „black boy” mielibyśmy nieziemską aferę. A, że sytuacja była odwrotna, to nagle NBA próbowała zamieść wszystko pod dywan na fali przerysowanej politycznej poprawności. Zanim jednak zaczniemy krzyczeć na Adama Silvera i spółkę, pamiętajmy, że zwrot „white boy” w kontekście koszykówki będzie dużo mniej obraźliwy niż „black boy”. To wynika zarówno z kontekstu historycznego, gdzie biali właściciele mówili do czarnych niewolników per „boy” żeby ich poniżyć i podkreślić niższy status, a damy kupowały sobie małych czarnych chłopców do podawania drinków w liberii, a także wynika z konwencji koszykarskiej, gdzie, do z pewnością rasistowskiego „white boy” wszyscy już dawno przywykli i nikt się tym specjalnie nie przejmuje, bo przyjęło się to uważać za klasyczny trash talk a nie chamską obrazę. To niuans, który pewnie na koniec zostanie wyeliminowany z języka boisk, ale który do pełnego zrozumienia jest nieco podobny do słowa „nigger” i tego czemu przedstawiciele czarnej mniejszości mogą go między sobą swobodnie używać, a biały za użycie go otwarcie dostanie w najlepszym wypadku w ryj.
Można mieć też wątpliwości co do samego impulsu, który spowodował tak słuszny gniew w Milwaukee. Jacob Blake, w obrzydliwy sposób postrzelony, był tylko zwykłym oprychem ściganym za napaść seksualną, który podobno był w trakcie incydentu uzbrojony w nóż, nie wykonywał poleceń policji, mimo użycia paralizatora dalej stawiał opór z nożem w ręce i tuż przed postrzałem sięgał po coś do samochodu. W przeszłości takie sytuacje kończyły się strzelaninami ze skutkiem śmiertelnym dla policjantów. Mógł w końcu w tym samochodzie mieć naładowaną broń. Trudno byłoby się dziwić, że policjant spanikował… ALE. To może najważniejsze ale. Z naszej polskiej perspektywy, te powyższe zdania są bardzo istotne, dają funkcjonariuszowi bardzo solidny mandat do oddania strzału. Jednak, z punktu widzenia obywatela USA, obywatela mniejszości która historycznie jest („jest”, a nie „była”) przez różnych oszołomów w mundurach policji gnębiona, najważniejsze jest to, że funkcjonariusz, zamiast postrzelić go w kolano, zamiast oddać jeden strzał, spróbować obezwładnić, z zimną krwią pakuje podejrzanemu 7 kulek w plecy. Nic tego nie usprawiedliwia. Po prostu nic. To zwyczajny mord w mundurze, nawet jeśli postrzelony jeszcze oddycha. To absolutnie niewybaczalne, zwłaszcza w momencie takiego zamieszania rasowego jakie mamy w USA. Tak samo jak ilość narkotyków we krwi George’a Floyda i jego kryminalna przeszłość nie usprawiedliwiają w żaden sposób tego w jaki sposób został potraktowany… i zamordowany przez znającego go oficera policji. Nie podoba mi się, że teraz akurat ci dwaj są symbolami protestów w Stanach. Że dwóch oprychów jest uznawanych za męczenników. Cóż, dobrzy ludzie, aż tak łatwo nie wchodzą w konflikt z policją. I może lepiej, że to na nich akurat wyładował się w sposób tragiczny rasizm funkcjonariuszy, a nie na kimś bogu ducha winnym, np. takim Sterlingu Brownie. Więc wątpliwości można mieć względem tego kim były ofiary, ale na pewno nie przy tym, czy ludzie słusznie protestują domagając się kar wymierzonych funkcjonariuszom. Lubimy od siebie z daleka patrzeć na to wszystko przez powody, wymówki i usprawiedliwienia. Jednak czasem nam się przy tym rozmywa meritum sprawy. A tym jest to, że policja w USA regularnie dopuszcza się większej przemocy względem przedstawicieli mniejszości niż wobec białej większości.
Oczywiście, pojawia się tu pytanie o to, do czego mogą doprowadzić te protesty. Na pewno powinna się zwiększyć świadomość ludzi. Może w ich wyniku ci ludzie odsuną od władzy napędzającego spiralę nienawiści Trumpa i wybiorą mniejsze zło czyli Bidena. Bo na koniec, kiedy instytucjonalny rasizm w Stanach właściwie zniknął, a rozdawanie pieniędzy jeszcze nigdy nie pomogło wyrównać nierówności społecznych, pomóc ludziom we wzajemnym zrozumieniu się, może tylko edukacja i budowanie wzajemnej empatii. I tego bardzo bym chciał, ale to jest długi proces, mam nadzieję że proces dla którego katalizatorem będą bieżące protesty i działania NBA.
Mam też nadzieję, że nie skończy się to odwołaniem sezonu. To według mnie byłby krok za daleko. Byłoby to ze strony graczy podcinaniem gałęzi na której siedzą. Nie tylko uderzyliby bardzo mocno finansowo w ligę, która tak bardzo ich wspiera. Pozbawiliby też się fantastycznej platformy. Dzięki NBA i możliwości nagłego zbojkotowania spotkań, uczynili swój głos słyszalnym, słyszalnym na cały świat. Jednak przerwanie sezonu, pozbawiłoby ich tej platformy i już nie byłoby ich słychać aż tak głośno. Zamiast przewodzić innym w tej sytuacji, musieliby się skupić na działaniach oddolnych, gdzieś w lokalnych społeczeństwach. To też ma swoje plusy, ale to już działanie w mniejszej skali, o mniejszym efekcie. Podejrzewam, że ligowi działacze właśnie na tym ( i na aspekcie finansowym) się skupią negocjując z zawodnikami dokończenie sezonu.
A może nie, i obie strony w końcu zdecydują, że lepiej dla wszystkich będzie zakończyć ten pechowy sezon już teraz, bo są rzeczy większe od gry w koszykówkę.
A my będziemy musieli to uszanować nawet jeśli nie zrozumiemy.
Bo my, w niepodzielnej rasowo Polsce, nawet jeśli spędzimy wiele godzin i dni nad zgłębieniem tej kwestii, na koniec możemy po prostu nie być w stanie jej do końca zrozumieć. I musimy to zaakceptować.
Dyskusja 6G
Komentarze 0
Masz coś do dodania? Wskakuj do rozmowy.
Jeszcze nikt nie skomentował tego tekstu. Rozpocznij dyskusję.