Trenera zatrudnię od zaraz

Trenera zatrudnię od zaraz

Pierwszy tydzień fazy playoffs zdążył już nam wprawdzie zapewnić sporo emocji, ale jednak wciąż trudno przyzwyczaić się do braku San Antonio Spurs w najlepszej ósemce Zachodu. Byli w niej w końcu nieprzerwanie przez niemal ćwierć wieku. Przed nimi identyczną serię – dokładnie 22 lata – zasiadania w elicie zanotowali tylko Syracuse Nationals / Philadelphia 76ers. I o ile dla Spurs brak awansu do playoffs może okazać się jedynie wypadkiem przy pracy, tak dla tamtych Sixers koniec zwycięskiej passy był zapowiedzią totalnego upadku w sezonie 1972/73.

Po niedzielnej porażce z Bostonem nie trudno było się domyślić, że losy Bretta Browna są przesądzone. Ktokolwiek jednak zostanie jego następcą w roli trenera Sixers, raczej nie dostanie tej pracy choćby w podobnych okolicznościach, jak Roy Rubin przed blisko 50 laty. Tamta historia jest tak absurdalna, że nawet dzisiaj niektórzy mogą mieć wątpliwości czy wydarzyła się naprawdę.

Przygoda Roya Rubina z NBA nie jest jednak wymysłem żadnego podrzędnego scenarzysty, pragnącego zrobić głupawą komedię z koszykówką w tle, choć pewnie najstarsi kibice Sixers woleliby, aby tak właśnie było. Niestety dla nich – Rubin faktycznie zasiadał na ławce trenerskiej ich ulubionego zespołu i doprowadził ich na samo dno. Upadek tym boleśniejszy, bo wszyscy w mieście mieli przecież jeszcze w pamięci nie tak dawne wówczas mistrzowskie lata.

Te wspomnienia były dla nich nadal świeże jak bułki w Staropolskiej. Pamiętano dominację Wilta Chamberlaina, te 100 punktów z Knicks, 55 zbiórek z Celtics, czy wreszcie – niczym efekt tylko pozornie niemożliwego zakładu z cyklu „potrzymaj mi piwo” – jego tytuł lidera ligi w największej liczbie asyst (pod względem samej średniej lepszy wynik miał wprawdzie Oscar Robertson, ale rozegrał tylko 65 meczów).

Za czasów Wilta Sixers byli na szczycie. W sezonie 1966/67 wygrali 68 spotkań – wówczas rekordowy wynik w dziejach – i dość łatwo zdobyli mistrzostwo, pokonując w finale San Francisco Warriors, notabene poprzedników 76ers jako oryginalny zespół koszykówki w Philadelphii.

Nazwiska najważniejszych graczy tamtego składu każdy kibic w mieście zapamiętał do końca życia. Był Chamberlain, często dziś zapominany Billy Cunningham (opuścił zespół na rzecz Carolina Cougars z ABA mniej więcej w tym samym czasie, gdy Rubin został trenerem Sixers), Chet Walker czy wreszcie Hal Greer. Koszykarska sielanka dobiegła jednak końca kilka lat po tamtym mistrzostwie, dokładnie w sezonie 1971/72. Wtedy to Sixers po wygraniu tylko 30 meczów po raz pierwszy w swojej historii (siegającej jeszcze Syracuse Nationals z końca lat 40.) nie awansowali do playoffs. Wówczas wydawało się, że to tylko chwilowy kryzys, ale rzeczywistość okazała się dużo brutalniejsza.

Tuż po zakończeniu sezonu z prowadzenia drużyny Sixers wycofał się trener Jack Ramsay, który przeszedł do Buffalo Braves, a kilka lat później podjął pracę w Portland, gdzie doprowadził Blazers do ich jedynego mistrzostwa.

Oprócz prowadzenia zespołu jako szkoleniowiec, Ramsay przez jakiś czas był też jego generalnym menadżerem, ale na początku lat 70. stracił tę funkcję na rzecz niejakiego Dona DeJardina. Czas pokazał, że jego następca kompletnie nie poradził sobie w tej roli, a najlepszym dowodem było właśnie zaangażowanie nowego trenera Sixers.

Po odejściu Ramsaya nikt nie kwapił się do tej roboty, choć pracę oferowano wielu znanym postaciom. Propozycję kontraktu otrzymali m.in. Red Holzman, ówczesny trener Knicks, który był właśnie na drodze do swojego drugiego tytułu mistrzowskiego, słynny Adolph Rupp z uczelni Kentucky czy KC Jones, wówczas asystent Billa Sharmana w Lakers, a w latach 80. główny trener Boston Celtics w erze Larry’ego.

Ostatecznie nikt jednak nie podjął się tej pracy, co skłoniło DeJardina do prawdopodobnie najbardziej kuriozalnego sposobu na zapełnienie tak kluczowego wakatu w zawodowym sporcie. Generalny menadżer klubu NBA, mistrza ligi ledwie 5 lat wcześniej, najzwyczajniej w świecie… dał ogłoszenie do gazet.

Wkrótce informacje o dość nietypowej ofercie pracy pojawiły się w tych najbardziej znanych lokalnych tytułach, jak „Philadephia Inquirier” czy „Philadelphia Tribune”, a także w kilku mniejszych dziennikach.

Ogłoszenie przeczytał Jules Love – lokalny biznesmen, prywatnie przyjaciel ówczesnego właściciela klubu Sixers, Irvina Kosloffa. I to właśnie on polecił Roya Rubina, swojego dawnego znajomego Donowi DeJardinowi. Rubin dostał robotę, i to na nie byle jakich warunkach. Otrzymał 3-letni w pełni gwarantowany kontrakt, który dawał mu 100 000 dolarów rocznie. Jak na tamte czasy to była naprawdę kupa kasy.

Czy Rubin miał chociaż jakieś imponujące CV, które mogłoby w jakikolwiek sposób usprawiedliwić ten ruch? Raczej nie, delikatnie mówiąc. Rubin wcześniej prowadził jedynie szkolne drużyny w Nowym Jorku. Przez 10 lat był szkoleniowcem liceum na Bronksie, a później przez 11 sezonów trenował uczelniany zespół Long Island University, z którymi osiągnął bilans 174 zwycięstw przy 94 porażkach.

Raczej mało kto był pod wrażeniem. Wszyscy uważali, że Rubin po prostu porywał się z motyką na słońce.

Do historii przeszła zresztą jego odpowiedź na konferencji prasowej, kiedy dziennikarze zapytali go, czy nie miał żadnych obaw z przyjęciem tej oferty.

„Kto wie. Być może za jakieś 2 tygodnie będę myślał o samobójstwie”.

Tak oto człowiek, który do tej pory prowadził jedynie drużyny złożone z nastolatków i nieposiadający żadnego doświadczenia w profesjonalnej koszykówce, miał mieć na co dzień do czynienia z dorosłymi i często kapryśnymi graczami. Nie trudno zgadnąć, że już na samym początku natrafił na poważne problemy, jeśli chodzi o nawiązanie z nimi poprawnych relacji. Później było już tylko gorzej.

alleyoop360.com

W pierwszej kolejności 47-letni coach zamierzał wprowadzić zasady rodem z lig szkolnych. Obowiązywał całkowity zakaz dunków – za każdą próbę, dany gracz miał być posadzony na ławce. Wprowadził określony dress code – zawodnicy musieli przychodzić w garniturach oraz krawatach, co przy kolorowej modzie lat 70. nie było wśród nich standardem. Na koniec, zarządził całkowity zakaz picia i palenia w szatni – w tamtych czasach, przy wszechobecnej kokainie i nieodłącznych papierosach, pomysł właściwie z góry skazany na niepowodzenie.

Co gorsza, w tym ostatnim punkcie Rubin właściwie sam podkopał swój autorytet, bowiem szybko wprowadził wyjątki dla poszczególnych graczy. Na zakaz palenia ani przez chwilę nie zamierzał się zgodzić Fred Carter, wówczas najlepszy strzelec zespołu, i Rubin bez większych oporów ugiął się pod tym „żądaniem”. W tym momencie było już jasne, że nie uda mu się zyskać szacunku pośród reszty swoich graczy. Zresztą sam Carter również nie darzył go respektem. W drugiej połowie lat 90. tak komentował tamten sezon w artykule dla „Sports Illustrated”:

„To był jakiś żart. To tak jakby pozwolić nastolatkowi prowadzić wielką korporację. (…) Mieliśmy w składzie Hala Greera, przyszłego członka Hall of Fame, a Rubin nawet nie wiedział, kim on był”.

Podobno gracze Sixers byli do tego stopnia zniechęceni do swojego trenera, że jeżeli tylko nadarzała się okazja podczas meczów wyjazdowych, wynajmowali osobny środek transportu w drodze z hotelu na halę i odwrotnie.

Mimo burzliwych relacji preseason okazał się dla Sixers całkiem udany, choć może to po prostu Rubin za bardzo ekscytował się odniesionymi zwycięstwami. Jego zespół wygrał połowę z ośmiu rozegranych meczów, pokonując po drodze m.in. Boston Celtics. Po tej wygranej Rubin miał cieszyć się w szatni, jakby właśnie zdobył mistrzostwo.

Ówczesny obrońca Sixers, Dave Wohl tak wspominał tamtą sytuację:

„Wiedzieliśmy, że Celtics będą grać pierwszą piątką tylko przez pierwszych 8 czy 9 minut w meczu, po czym wpuszczą do gry gości, o których nikt nigdy więcej nie będzie słyszał. Tak czy owak, wygraliśmy tamto spotkanie, a Rubin podskakiwał potem radośnie w szatni, wykrzykując, że oni wcale nie są tacy mocni. Spojrzałem tylko obok na Kevina Loughery’ego, a on szepnął do mnie, że zapowiada się dla nas naprawdę długi rok”.

Rubinowi przestało już być do śmiechu wraz ze startem prawdziwego sezonu. Jego zespół przegrał na starcie pierwszych 15 meczów. W końcu, udało się odnieść inauguracyjną wygraną w kolejnym spotkaniu, kiedy Sixers minimalnie pokonali Houston Rockets.

Rubin znów cieszył się w szatni jak dziecko. Tym razem podskakiwał tak intensywnie, że… doznał kontuzji kolana. W oczach swoich zawodników był po prostu coraz bardziej żenujący.

„Nie miał bladego pojęcia, jak to jest być trenerem w NBA. Podczas przerw mówił tylko jakimiś ogólnikami, po czym pytał asystentów, ile pozostało czasu do rozpoczęcia drugiej połowy”.

Tak z kolei komentował lata później Dale Schlueter, ówczesny rezerwowy center Sixers.

Inni twierdzili nawet, że Rubin miał niekiedy problemy z interpretacją przepisów i niejednokrotnie marnował całe przerwy na żądanie na kłótnie z arbitrami.

Z kolei nieżyjący już dziennikarz „Philadelphia Inquirer” Frank Dolson często lubił przywoływać jeszcze jedną anegdotę z Rubinem, związaną z jego pierwszą w karierze wygraną. Chcąc czym prędzej udobruchać nieprzychylne mu lokalne media, trener Sixers zadzwonił do Dolsona tuż po zwycięstwie nad Houston. Tamta rozmowa telefoniczna miała wyglądać następująco:

– Czy to Ty, Frank?

– Tak. Kto mówi?

– Tu Roy.

– Jaki Roy?

– Roy Rubin (pauza), z 76ers. Właśnie pokonaliśmy Houston Rockets i pomyślałem, że może będziesz chciał mi zadać kilka pytań. Tak więc śmiało. Wal.

– Mam tylko jedno. Wiesz, która jest godzina?

Rubin kompletnie zapomniał o różnicy czasu. W Philadelphii dobiegała właśnie 2 w nocy…

Jednak chyba najciekawsza historia z udziałem Roya Rubina, to ta związana z Johnem Trappem, przywodząca na myśl słynną sytuację, jaka miała miejsce w Lakers na przełomie lat 70. i 80., kiedy Spencer Haywood miał zlecić zabójstwo trenera Paula Westheada.

Otóż John Q. Trapp, w rzeczy samej kawał łobuza, dla którego jednak tamten sezon był zdecydowanie najlepszy w karierze, miał już na tyle dość swojego trenera, że dał temu jasny wyraz podczas meczu w swoim rodzinnym Detroit (dokładnie 20 grudnia 1972 r., Sixers mieli wtedy bilans 3-30). Kiedy Rubin chciał zdjąć Trappa w drugiej połowie, ten kazał mu spojrzeć się na szemranego faceta siedzącego kilka rzędów za ławką rezerwowych. Kiedy to zrobił, zauważył że mężczyzna pokazuje mu broń ukrytą pod płaszczem. Rubin zrezygnował więc szybko ze swojej decyzji i trzymał Trappa na parkiecie do końca meczu. Ostatecznie Pistons łatwo wygrali 141:113.

Lata później Rubin kategorycznie zaprzeczał, że taka sytuacja kiedykolwiek miała miejsce, ale tę historię potwierdza m.in. Fred Carter (twierdził nawet, że nie był to jeden, a trzech uzbrojonych gości).  Sam Trapp raczej już nigdy nie skomentuje tej sprawy, ponieważ nieoficjalnie mówi się, że nie ma już go wśród żywych.

Dla Rubina to był fatalny rok, choć – może i z korzyścią dla niego samego – zwolniono go z funkcji trenera mniej więcej w połowie sezonu. Zdążył wygrać z Sixers zaledwie 4 z 51 rozegranych meczów. Zaliczył przy okazji katastrofalną serię aż 20 porażek z rzędu. Ta praca zupełnie go przerosła i zniszczyła pod każdym względem. Krążyły plotki, że popadł w depresję. Cierpiał na bezsenność i stracił na wadze kilkanaście kilogramów. Wypalił się do tego stopnia, że nigdy już nie podjął pracy trenera na żadnym szczeblu rozgrywek.

Prywatnie Rubinowi również żyło się ze zmiennym szczęściem. Za pieniądze zarobione ze swojego gwarantowanego kontraktu poczynił kilka inwestycji. Jako franczyzobiorca prowadził w Miami restaurację znanej w Stanach sieci Ihop.

Inne biznesy nie były już tak udane. Zdarzyło mu się np.  zainwestować w działalność kulturalną. Na Broadwayu wystawiono kiedyś sztukę jego pomysłu związaną z historią Stanów Zjednoczonych. W rolę Abrahama Lincolna wcielił się Abe Vigoda, aktor znany między innymi z kreacji Salvatore’a Tessio w „Ojcu Chrzestym”. Sztuka okazała się jednak na tyle zła, że zdjęto ją z repertuaru już po pierwszym pokazie.

Roy Rubin mieszkał na Florydzie do końca swoich dni. Zmarł w Miami 5 sierpnia 2013 r.

Jeśli zaś chodzi o dalszą część fatalnego sezonu 1972/73, to następcą Rubina został ledwie 33-letni Kevin Loughery, który obowiązki trenera musiał łączyć z funkcją pierwszego rozgrywającego zespołu. Mimo to i tak spisał się lepiej od swojego poprzednika. Pod jego wodzą Sixers osiągnęli w drugiej połowie rozgrywek bilans 5 zwycięstw i 26 porażek. Rok później Loughery przeniósł się do ABA, gdzie sięgnął z kolei z New York Nets po mistrzostwo ligi.

Co ciekawe, mimo tak mizernego bilansu Sixers mieli swojego reprezentanta w All-Star Game. Nie był nim jednak wspomniany wcześniej Carter, a silny skrzydłowy John Block, który w tamtym sezonie miał średnio niespełna 15 punktów i 8 zbiórek. Block nie zdążył jednak doświadczyć zmiany na stanowisku trenera, ponieważ zaraz po występie w Meczu Gwiazd został oddany do Kansas City-Omaha Kings za Toma Van Arsdale’a. Ciekawostką jest również to, że obaj gracze bardzo lubili się prywatnie i po transakcji zamienili się też swoimi mieszkaniami.

Ówczesny bilans Sixers – zaledwie 9 wygranych przy 73 porażkach – bardzo długo widniał jako zdecydowanie najgorszy wynik w dziejach NBA. Do dziś żaden zespół nie wygrał mniejszej liczby spotkań z 82 rozegranych, choć patrząc na sam procent wygranych, to jeszcze słabszy rok zaliczyli Charlotte Bobcats w 2012 r. (bilans 7-59 w skróconym przez lockout sezonie, co daje zaledwie 10,6% zwycięstw przy równo 11% Sixers z 1972/73).

Kiedyś jednak Fred Carter długo wierzył w to, że żaden zespół już nigdy nie okaże się gorszy od nich:

„Co jakiś pojawiają się jakieś słabe drużyny, które wyglądają, jakby mogły pobić nasz rekord. W takich momentach udaję się do kościoła, aby zapalić świece w naszej intencji. Nieśmiertelność i wieczną pamięć można przecież osiągnąć na wiele Sposobów. Gdyby nie tamten fatalny sezon, być może część ludzi nigdy nie dowiedziałaby się nawet, że grałem kiedyś w NBA. Nasze dusze zostałyby zapomniane”.

Nie ukrywał jednak, że wtedy najzwyczajniej w świecie było mu wstyd za grę Sixers:

„Kevin (Loughery) i ja graliśmy przecież w Baltimore Bullets w finałach przeciwko Milwaukee Bucks ledwie dwa lata wcześniej, w 1971 r. (…) Mieliśmy w składzie Gusa Johnsona, Earla Monroe czy Wesa Unselda. Wiedzieliśmy, że żaden z nich nie pojawi się przecież w szatni w Philly, aby nam pomóc. Kiedy przebywaliśmy na lotniskach, odwracałem swoją torbę, aby zasłonić logo Sixers. Nie chciałem, żeby ludzie mnie rozpoznawali”.

Na szczęście dla kibiców 76ers kryzys dobiegł końca ledwie 3 lata po odejściu Rubina. W 1976 r. zespół powrócił do playoffs, a w kolejnym sezonie – już z Juliusem Ervingiem w składzie – zagrał w finałach przeciwko Portland.

Drogi kibicu Knicks, Cavs, Pistons czy Wolves – jeżeli kiedykolwiek będziesz narzekał na trenera swojej drużyny, przypomnij sobie Sixers ’73 i pamiętaj, że zawsze może być gorzej. Chyba, że o wakacie na head coacha dowiesz się z LinkedIn.

Dyskusja 6G

Komentarze 2

Masz coś do dodania? Wskakuj do rozmowy.

Olga25.08.2020, 18:30

Fajny art o historii, o której nie miałam pojęcia. Brawo!

Majestic26.08.2020, 18:28

Fascynująca historia. Dzięki Piotr!

Szósty Gracz na bieżąco

Włączyć powiadomienia?

Damy Ci znać o nowych tekstach, podcastach i materiałach 6G. Po kliknięciu potwierdź zgodę w oknie swojego urządzenia.

Możesz zmienić decyzję w sekcji „Powiadomienia 6G” w stopce.