Najpotężniejszy z „Pocisków”

Najpotężniejszy z „Pocisków”

To w sumie dość smutne i przygnębiające, że pretekstem do napisania kolejnego tekstu staje się już drugi w ostatnich tygodniach nekrolog ważnej postaci dla historii NBA. Ale to też idealna okazja, aby przybliżyć sylwetkę tak wyjątkowego gracza, jakim był Wes Unseld. Nie tylko dlatego, że obok Wilta Chamberlaina jako jedyny w dziejach był wybrany MVP oraz najlepszym debiutantem sezonu.

Westley Sissel Unseld to typowy przedstawiciel starej szkoły koszykówki. W dużej mierze przez to, że rozpoczynał karierę w NBA jeszcze pod koniec 60., jego styl gry trudno byłoby przedstawić w taki sposób, aby przekonać dzisiaj kogoś, że z całą pewnością poradziłby sobie w obecnym graniu (chociaż nikt mu nie odbierze 50% za 3 w karierze. Nie patrz na próbę!). Jeszcze z 10-15 lat temu pewnie porównalibyśmy go z Chuckiem Hayesem, bo rzeczywiście można by znaleźć mnóstwo podobieństw między nimi.

Nie o to w tym jednak chodzi, a tym bardziej teraz nie jest to odpowiedni moment, aby w jakikolwiek sposób deprecjonować umiejętności czy osiągnięcia tej klasy gracza co Wes Unseld. I nie chodzi tu wyłącznie o fakt zdobycia tytułów MVP i ROTY w tym samym sezonie, o czym szerzej w dalszej części tekstu.

Unseld był przede wszystkim niezwykle unikatowym centrem, w czasach gdy bez klasowego gracza na tej pozycji, nie miało się właściwie prawa marzyć o mistrzostwie. Z tej ówczesnej elity był zdecydowanie najniższy (oficjalnie może ze 2 metry, w czym spora zasługa imponującego afro), ale nie przeszkadzało mu to w byciu czołowym zbierającym ligi, co w żadnym wypadku nie było efektem jakiegoś nadludzkiego atletyzmu.

Unseld, nie przez przypadek nazywany „The Wide U”, to był po prostu kawał chłopa. Był jak mamut i zajmował sporo miejsca czy to pod koszem, czy podczas stawiania zasłony. Może i z trudem odrywał się od ziemi, szczególnie po poważnej kontuzji kolana w 1974 r., ale jego barczysta postura i nie ukrywajmy, spory zad oraz ogromna siła fizyczna i boiskowy spryt wystarczały, aby niejednemu, nawet sporo wyższemu rywalowi wybić koszykówkę z głowy. Wliczając w to innych środkowych z absolutnej czołówki.

„Ludzie zawsze pytali mnie, jak ciężko było grać przeciwko Billowi Russellowi czy Wiltowi Chamberlainowi. Nie rozumieli jednak, że w rzeczywistości tylko Wes Unseld był w stanie tak cię sponiewierać”.

To słynny cytat Willisa Reeda z ceremonii przyjęcia Unselda do Hall of Fame w 1988 r.

Ale anegdoty o jego imponującej i wręcz naturalnej sile krążyły jeszcze wiele lat po zakończeniu zawodniczej kariery. O Unseldzie często mówiło się m.in. to, że miał nieprawdopodobnie mocny uścisk dłoni. Miał ponoć prawdziwe imadło w łapie i trzeba było się pilnować podczas powitania.

Ogromne i silne dłonie Wesa Unselda to zresztą temat na osobną dyskusję. To właśnie nim w głównej mierze zawdzięczał w swoich zawodniczych latach świetny chwyt piłki. Z kolei po udanej zbiórce w obronie mógł przystąpić do swojej firmowego zagrania – długiego podania do kontrataku. Unseld do dziś jest uważany za mistrza lub przynajmniej kogoś, kto jako pierwszy doprowadził do perfekcji tzw. outlet pass.

„Pod tym względem nikt inny nie może się z nim równać. Jest jedynym, którego w tym elemencie cenię wyżej nawet od Billa Russella”.

To z kolei słowa nikogo innego, jak Reda Auerbacha, który był wielkim fanem Unselda. To nie mógł być przecież przypadek, że zaprosił go do jednego ze swoich filmików instruktażowych, nawet jeśli dotyczył swoistej kampanii antyflopingowej.

„Po przyjściu Wesa moja średnia punktowa momentalnie wzrosła z 16 do 22. To wszystko dzięki niemu i jego podaniom”.

Wspominał z kolei Kevin Loughery, ówczesny rozgrywający Bullets, a później trener wielu klubów ABA i NBA.

Dość naturalne jest tutaj dostrzeżenie podobieństw między Wesem Unseldem i Kevinem Love – właśnie pod kątem zbierania piłek oraz podań przez całe boisko. Nieprzypadkowo Love otrzymał w końcu na drugie imię Wesley. Unseld i ojciec Kevina, Stan grali wspólnie jeszcze w czasach Baltimore Bullets. Ich przyjaźń trwała zresztą jeszcze długo po zakończeniu karier i w rezultacie Unseld został nawet poproszony o zostanie ojcem chrzestnym urodzonego w 1988 r. skrzydłowego Cavs.

Na kogo jeszcze z obecnych gwiazd Wes Unseld mógł wywrzeć spory wpływ? Nie będzie wcale przesadą powiedzieć, że w jakimś stopniu na samego LeBrona. Dziś już mało kto pamięta, ale jeszcze w 2003 r., na kilka miesięcy przed draftem do NBA James padł ofiarą małego skandalu, w wyniku którego został nawet zawieszony przez Ohio High School Athletic Association na 5 meczów swojej szkoły St. Vincent-St. Mary High. W dużym skrócie, chodziło o nielegalne wśród licealnych sportowców nabycie korzyści – w przypadku Jamesa w postaci drogich ubrań. W zamian za zgodę na zrobienie sobie zdjęcia, które miało później reklamować sklep Next Urban Gear and Music w Cleveland, LeBron miał otrzymać dwie drogie retro koszulki o łącznej wartości blisko 850 dolarów. Chodziło dokładnie o koszulkę Gale’a Sayersa z Chicago Bears oraz właśnie o klasyczny jersey Washington Bullets Wesa Unselda.

Skoro już o nich mowa, to te niezapomniane dawne koszulki Bullets, w charakterystyczne gwiazdki i poziome biało-czerwone pasy nawiązujące do flagi Stanów Zjednoczonych, to pewnie jeden z lepszych wzorów trykotów, jakie kiedykolwiek można było oglądać na parkietach NBA. Szczególnie stołecznym kibicom mogą się dobrze kojarzyć. To właśnie w nich Bullets odnosili swoje największe sukcesy, tj. trzy awanse do finałów NBA (nawet 4, jeśli dodać też ten z 1971 r. z czasów gry w Baltimore) i tytuł mistrzowski z 1978 r. – jedyny w historii klubu.

Warto dodać, że po tej ostatniej serii finałowej (przeciwko Sonics w 1979) w Waszyngtonie kibice już nigdy więcej nie mieli okazji oglądać swoich ulubieńców choćby w finałach konferencji. Mało tego, Bullets / Wizards już nigdy nie wygrali choćby 50 meczów. Ta sztuka udała im się tylko pięciokrotnie i każdy z tych sezonów przypada właśnie na lata kariery Wesa Unselda.

Co więc było takiego niezwykłego w tym niziutkim, ale za to zbudowanym niczym buldożer środkowym, z którym spotkanie na stawianej zasłonie można było porównać do zderzenia z ceglanym murem?  Odpowiedzi należałoby zapewne szukać nie w Waszyngtonie czy w Baltimore, ale w Louisville w stanie Kentucky.

Wes Unseld urodził się w miejscu, w którym koszykówka od zawsze odgrywała dość istotną rolę i cieszyła się wielką popularnością. Wystarczy choćby przypomnieć jaką potegą byli wówczas uczelniani Kentucky Wildcats, a kilka lat później grający w ABA Colonels, m.in. z Danem Isselem i Artisem Gilmorem w składzie.

To właśnie w koszykówce nastoletni Wes odnalazł swoje powołanie i z roku na rok odnotowywał coraz większe sukcesy. W szkole średniej Seneca był już absolutną gwiazdą i wspólnie z Michaelem R. Reddem (nie mylić z Michaelem Reddem, ur. w 1979 r. w Columbus w stanie Ohio) doprowadzili swoje liceum do dwóch z rzędu mistrzostw stanowych. Sami również zbierali przy tym mnóstwo indywidualnych wyróżnień. Redd był nawet wybrany najlepszym graczem szkół średnich w Kentucky w 1963 r., a cztery lata później w drafcie wybrali go Boston Celtics. W NBA nigdy jednak nie zagrał i swoją karierę kontynuował jedynie w półamatorskich rozgrywkach AAU.

Co innego Wes Unseld, o którego pod koniec nauki w szkole walczyło przeszło 100 uczelni. Jedną z ofert stypendialnych otrzymał nawet od Adolpha Ruppa – ówczesnego trenera uniwersytetu Kentucky, który był przecież przedstawiony jako swoisty czarny charakter w filmie „Glory Road”. Gdyby Unseld przyjął tę propozycję, stałby się pierwszym ciemnoskórym graczem w historii Wildcats i zapewne walczyłby o mistrzowskie tytuły NCAA u boku m.in. Pata Rileya.

Ostatecznie Wes Unseld pozostał blisko domu (nawet bliżej, niż gdyby złożył podpis pod umową od Ruppa) i wstąpił na uniwersytet Louisville. Jego wyczyny w barwach Cardinals to z kolei żywa księga rekordów uczelni, których większość raczej już nigdy nie zostanie pobita.

courier-journal.com

Jako pierwszoroczniak (w tamtych czasach grali oni jeszcze w osobnych rozgrywkach, a do głównego składu byli przyłączani od drugiego sezonu) Unseld w 14 meczach zdobywał średnio blisko 36 punktów i 24 zbiórki, w dodatku przy skuteczności z gry na poziomie 68%. Później, nawet kiedy już grał przeciwko starszym graczom w „normalnych” rozgrywkach NCAA tylko nieznacznie obniżył loty. Wciąż imponował i zbliżał się do granicy 20 punktów i zbiórek w każdym meczu. Na ostatnim roku gry w Cardinals było to odpowiednio 23 i 18. Za każdym razem był najlepiej zbierającym graczem w konferencji Missouri Valley Conference (obecnie drużyna Louisville występuje w Atlantic Coast Conference) i wybierano go do najlepszej piątki All-American. Tak oto Wes Unseld stanął u bram do NBA, gdzie miał napisać swoją własną i imponującą historię.

W drafcie 1968 r. dominowali zawodnicy podkoszowi. W pierwszej dziesiątce naboru wybranych było ich aż 9, a jedynym wyjątkiem był obrońca Ron Williams (nr 9, San Francisco Warriors). Oczywiście Unseld był jednym z głównych dań tego rocznika. Ostatecznie poszedł jako drugi w kolejności do Baltimore Bullets. Z jedynką San Diego Rockets wybrali z kolei Elvina Hayesa. Kilka lat później obaj i tak spotkali się w stolicy kraju, tworząc jednego z najlepszych duetów podkoszowych swoich czasów. Unseld był też mocno kuszony przez występujących w ABA Kentucky Colonels, ale tym razem nie zdecydował się już na pozostanie blisko domu i przyjął ofertę od Bullets.

W Baltimore szybko zaznaczył swoją obecność. W ciągu roku zespół poprawił swój bilans z 36 wygranych na 57, co było najlepszym wynikiem w lidze. Chociaż Unseld pozornie był tylko człowiekiem od czarnej roboty (jego średnia punktowa 13,8 dawała mu dopiero piątą pozycję w zespole), to jednak w lidze nie brakowało zachwytów nad jego podejściem i ułatwianiem gry kolegom. Trochę podobna sytuacja do Steve’a Nasha w sezonie 2004/05, z tym że Unseld grał przecież jako środkowy. Ostatecznie, może i dość niespodziewanie, ale ledwie 23-letni center Bullets został wybrany nie tylko najlepszym debiutantem, ale także MVP sezonu.

Trzeba tu też podkreślić, że w tamtych czasach (trwało to do sezonu 1979/80) w głosowaniu do tej nagrody brali jeszcze udział wyłącznie sami zawodnicy. Dorobić się takiego szacunku ze strony innych weteranów już w pierwszym roku w lidze było więc wielkim wyróżnieniem samym w sobie. W dodatku Unseld właściwie zdeklasował w tamtym głosowaniu innych kandydatów. Otrzymał łącznie 310 głosów (53 na pierwsze miejsce), wyprzedzając znacząco Willisa Reeda (137 głosów), Billy’ego Cunninghama (130) i Billa Russella (93).

Spore rozczarowanie przyszło jednak w playoffs. Mimo przewagi własnego boiska, Bullets przegrali do zera w serii z New York Knicks, z którymi zresztą spotykali się również w kolejnych latach, tworząc jedną z większych rywalizacji tamtego okresu. Mimo niepowodzenia Unseld nie zawiódł. Zdobywał w końcu średnio 18,8 punktu i 18,5 zbiórki przy dobrych skutecznościach (52% z gry i ponad 78% z wolnych). Ozdobą serii były zresztą jego batalie z Reedem, który wziął odwet za porażkę w głosowaniu na MVP. Szczególnie w ostatnim meczu obaj dali kibicom to, na co czekali. Reed postawił kropkę nad „i” do awansu, rzucając 43 punkty i zbierając 17 piłek, podczas gdy Unseld miał ich odpowiednio 25 i 20.

Być może właśnie ta dotkliwa porażka – jak zasugerował w swojej książce Bill Simmons – sprawiła, że w kolejnych latach już nieco ostrożniej zaczęto oceniać potencjał Unselda. Co ciekawe, w kolejnym sezonie nie wybrano go już nawet ani do żadnej piątki All-NBA (trafił zresztą do niej w karierze tylko raz, właśnie jako debiutant) , ani nawet do All-Star Game, chociaż statystyki miał tylko minimalnie gorsze, a Bullets dalej byli w czołówce (50 wygranych w 1969/70).

Jeżeli faktycznie tak było, to sposób postrzegania Unselda zapewne uległ jakiejś poprawie w trzecim sezonie. W dużej mierze za sprawą dość dziwnego układu sił w lidze (Bullets z ledwie 42 wygranymi mieli drugie miejsce w Konferencji Wschodniej, podczas gdy na Zachodzie mogliby nawet nie załapać się do playoffs; reszta bilansowych absurdów tamtego sezonu tutaj) Wes doprowadził Baltimore do finałów NBA. Wcześniej po 7 meczach Bullets eliminowali kolejno Sixers oraz znienawidzonych Knickerbockers.

Zważywszy na wspomniane wyżej okoliczności, właściwie już sam awans do decydującej serii był nie lada sukcesem. Unseld musiał stawić czoła samemu Kareemowi i Milwaukee Bucks (grali jeszcze wówczas w Konferencji Zachodniej). Zresztą tamci Bucks to był nie tylko KAJ. Byli też Oscar Robertson i Bob Dandridge, być może najbardziej niedoceniany niski skrzydłowy lat 70. i 80., który w tamtej serii miał średnio ponad 20 punktów i niecałe 10 zbiórek. Później Dandridge, podobnie jak Hayes, również połączył siły z Unseldem już w czasach Washington Bullets.

Walka o tytuł skończyła się już po 4 meczach, a niższy o głowę od Kareema Unseld mógł tylko bezradnie patrzeć na kolejne Skyhooki. Wes miał problemy również w ataku. Trafiał tylko 39% z gry, choć reszta statystyk była już niczego sobie: 15 punktów, 19 zbiórek i blisko 6 asyst. Na otarcie łez pozostało triple-double z czwartego spotkania (11-23-10).

W Baltimore nie udało się już nigdy wywalczyć większych sukcesów. W kolejnych latach Bullets za każdym razem odpadali w playoffs za sprawą Knicks. Przed sezonem 1973/74 zespół przeniósł się do stolicy USA. W pierwszym roku nosił nawet oficjalnie nazwę Capital Bullets, ale od kolejnych rozgrywek zmieniono ją już na klasyczne Washington Bullets.

Właśnie po tej przeprowadzce Wes Unseld doznał poważnej kontuzji lewego kolana, przez którą opuścił aż 26 meczów. Jego i tak skromny atletyzm został dodatkowo ograniczony. W kolejnych latach Wes był wyraźnie wolniejszy i cięższy, choć akurat przy jego stylu gry i ówczesnej koszykówce nie miało to większego znaczenia. I tak nie potrafił oszukiwać grawitacji, a jego defensywa w żadnym wypadku nie polegała na hurtowym blokowaniu rzutów rywali.

Jego głównym celem było w końcu ułatwianie gry innym w ataku i w tej kwestii nic się nie zmieniło, choć same statystyki indywidualne (szczególnie te ofensywne) wyraźnie poszły w dół. Od tego feralnego sezonu aż do końca kariery w 1981 r. już tylko raz przekroczył średnią 10 punktów w meczu i nigdy nie zbierał już więcej niż 15 piłek (mimo to, jego 14,8 zbiórki z sezonu 1974/75 wystarczyło, aby jedyny raz w karierze zostać liderem ligi w tej kategorii).

Unseld otrzymał jednak ogromne wsparcie pod koszem właśnie w momencie przyjścia Elvina Hayesa jeszcze latem 1972 r. „Big E” był najlepszym strzelcem ligi już jako debiutant, a później dwukrotnie zajmował pierwsze w NBA pod względem średniej zebranych piłek.

W przeciwieństwie do Wesa Hayes był bardzo atletyczny. Obaj na pierwszy rzut oka świetnie się uzupełniali, choć pod względem charakterów byli totalnym przeciwieństwem. Hayes przez całą karierę uchodził za tego bardziej emocjonalnego, konfliktowego i samolubnego, podczas gdy Unseld był raczej oazą spokoju, skoncentrowanym głównie na wyniku drużyny. Faktem jest, że tak jak ich współpraca na parkiecie wyglądała przez większość czasu poprawnie, tak poza nim obaj niespecjalnie się lubili. Chociaż po prawdzie to Hayes właściwie z nikim nie utrzymywał dobrych relacji i był klasycznym egocentrykiem.

Alex Hannum, były trener San Diego Rockets wspominał swojego podopiecznego wyjątkowo negatywnie i w swej opinii nie był pewnie odosobniony:

„Elvin Hayes to najbardziej nikczemna osoba z jaką kiedykolwiek współpracowałem”.

Pozyskanie Hayesa było więc trochę niczym podpisanie traktatu z diabłem, ale czas pokazał, że mimo wszystko było warto.

Sezon 1974/75 miał być dla Bullets tym wymarzonym i wydawało się, że w końcu sięgną po tytuł. Znowu awansowali do finałów, a ich bilans 60 wygranych i 22 porażek (do dziś rekord klubu) stawiał ich w roli zdecydowanych faworytów. Tym bardziej, że naprzeciw stanęli dużo niżej notowani Golden State Warriors (48-34).

Po uporaniu się w finale konferencji z Celtics (również 60-22) miało to już być tylko dokończenie dzieła, niczym piwko po niedzielnym obiedzie. Wielu przewidywało, że seria zakończy się po czterech meczach… Co faktycznie miało miejsce, z tą różnicą, że tytuł zamiast do stolicy kraju trafił do Bay Area.

Dla Bullets była to totalna kompromitacja i do dziś tamta seria uchodzi za największą niespodziankę w historii finałów NBA. Chociaż Unseld i Hayes zaliczali się do czołówki zbierających, to jednak Warriors zdecydowanie wygrywali walkę na tablicach we wszystkich spotkaniach, co w dużej mierze zadecydowało o takim, a nie innym rozstrzygnięciu.

Trzeba było odczekać 3 lata na kolejną szansę. I chociaż zwycięzców nie powinno się sądzić, to jednak Bullets mieli trochę szczęścia albo po prostu – bogowie koszykówki tym razem byli po ich stronie.

Przed sezonem 1977/78 do składu dołączył wspomniany wcześniej Bob Dandridge – jeden z najlepiej punktujących i broniących graczy na swojej pozycji. Co być może ważniejsze, miał on w swoim dorobku cały bagaż doświadczeń w playoffs, na czele z tytułem z Bucks z 1971 r. Poza tym wciąż miał tylko 30 lat i sporo grania przed sobą. Unseld wypowiadał się o nim w samych superlatywach:

„Nie ma nikogo innego, kogo chciałbym widzieć przy piłce w najważniejszych momentach w meczu niż Bobby D.”

Chociaż bilans Bullets z sezonu zasadniczego (44-38) nie był szczególnie imponujący, to jednak udało się awansować do finałów i wcale nie stali w nich na przegranej pozycji. Być może, gdyby ich rywalami byli Blazers (do momentu kontuzji Billa Waltona byli absolutnymi faworytami do kolejnego mistrzostwa), byłaby to krótka seria. Ale ostatecznie los zdecydował inaczej i z Konferencji Zachodniej do walki o tytuł przebili się Seattle Supersonics, którzy prezentowali podobny poziom (47-35) do Bullets.

W tym mało gwiazdorskim finale Unseld i Hayes mieli do powstrzymania niezłą konkurencję. W Sonics pod koszem brylowali m.in. Marvin Webster (śr. 14,9 pkt i 13,9 zb. w finałach), klasyczny podkoszowy siłacz Paul Silas oraz pierwszoroczniak Jack Sikma (dekadę później zapewne drugi stretch 5 w historii obok Billa Laimbeera). Najważniejsze role odgrywał jednak tercet niskich graczy: „Downtown Freddie” Brown, Gus Williams i Dennis Johnson.

Same finały, w których łącznie pokonano jakieś 14 000 mil samolotami ze względu na nietypowy format 1-2-2-1-1 (efekt problemów z najmem hal na konkretne terminy), nie układały się jednak po myśli Bullets. Po pięciu meczach przegrywali 2-3 i Sonics byli już o krok od mistrzostwa. Unseld i spółka uratowali się jednak w meczu u siebie, gromiąc Seattle 117:82 i wymuszając decydujące spotkanie. I choć na wyjeździe ich szanse wydawały się niewielkie, Bullets udźwignęli presję. Wygrali siódmy mecz w Seattle Center Coliseum 105:99, a Unseld zaliczył kluczowe dwa celne rzuty wolne w ostatniej minucie. W Sonics totalnie spalił się za to Dennis Johnson, który nie trafił ani razu na 14 prób z gry.

Chociaż statystycznie największy udział w finale dla Bullets miał Elvin Hayes, to jednak nagroda MVP trafiła w ręce Wesa Unselda. Może i jego liczby nie były szczególnie imponujące: skromne 9 punktów, 11,7 zbiórki i 3,9 asysty, ale pewnie i w tym przypadku – podobnie jak 10 lat wcześniej, gdy wybrano go MVP sezonu – za wkład Unselda w sukces uznano coś więcej niż suche statystyki. Oczywiście Elvin Hayes długo nie mógł się pogodzić z taką decyzją dziennikarzy:

„Wes nawet nie zagrał w 3 meczach przeciwko Sixers (w finałach konferencji). Gdyby nie moje punkty, to gdzie byśmy teraz byli?”

W kolejnym roku obie drużyny ponownie spotkały się w finale i chociaż tym razem to Bullets mieli przewagę własnego parkietu, to jednak Sonics zaliczyli udany rewanż, wygrywając serię 4-1. Dla Unselda był to właściwie koniec marzeń o większych sukcesach. Kolejne dwa sezony nie były zbyt udane (Bullets zaliczyli w nich identyczny bilans – 39 wygranych przy 43 porażkach) i wiosną 1981 r. postanowił zakończyć karierę.

Nie było oczywiście mowy o tym, aby miał przenieść się gdzieś poza Waszyngton. Niemal z miejsca został zaangażowany w Bullets w innych rolach „zza biurka”. Najpierw przez jakiś czas był wiceprezydentem klubu, a później przez sześć sezonów głównym trenerem. Bez większego powodzenia. Jego bilans to tylko 202 zwycięstwa przy 345 porażkach i tylko jeden awans do playoffs. Zaliczył też wtedy głośny konflikt z Bernardem Kingiem, który o mało co nie zakończył się bijatyką na jednym z treningów, a także swego rodzaju wywiad, który przeprowadził z nim… Phil Jackson.

W kolejnych latach był też generalnym menadżerem Bullets (od 1997 r. już Wizards), ale tu również więcej było niepowodzeń niż udanych decyzji. Z jednej strony to za jego kadencji ściągnięto do klubu Chrisa Webbera, ale tylko po to, aby wkrótce oddać go do Kings w bardzo niekorzystnej wymianie za Mitcha Richmonda, któremu zaoferował lukratywny kontrakt. Być może dość lekkomyślnie pozbył się też Rasheeda Wallace’a już po jego debiutanckim sezonie (choć dostał w zamian Roda Stricklanda), ale za to mniej więcej w tym samym czasie być może ocalił dla NBA innego gracza o nazwisku Wallace, który był już jedną nogą w lidze włoskiej. Wreszcie, pozbawił Bullets prawa wyboru w I rundzie draftu w 1996 r., oddając go do Cavs w zamian za resztki Marka Price’a. Gdyby tego nie zrobił, klub ze stolicy wybierałby jako dwunasty w kolejności, kiedy wciąż dostępni byli jeszcze Kobe Bryant czy Steve Nash (Cavaliers i tak wybrali wówczas Vitaliya Potapenkę).

Nie zmienia to jednak faktu, że dorobek Wesa Unselda mówi sam za siebie i właściwie z miejsca stawia go w roli najbardziej zasłużonej postaci w historii klubu. Zresztą wskaźnik Win Shares 110,1 daje mu nieprzypadkowo aż 64 miejsce na liście wszech czasów. A to i tak jedynie jego koszykarski życiorys…

Tymczasem przez te ponad 50 lat od momentu wyboru w drafcie Unseld dał się również poznać jako wzorowy obywatel. Na czele jego osiągnięć jest działająca od 1979 r. prywatna szkoła, prowadzona przez jego rodzinę. Nie mówiąc już o niezliczonych akcjach charytatywnych czy udziałach w programach dla najbardziej potrzebujących (w tym nawet własny roast).

Hall of Famer, arcymistrz „outletów”, wreszcie MVP i Rookie Of The Year ’69 oraz mistrz NBA ’78. O takim dorobku większość graczy może jedynie pomarzyć.

R.I.P. Big Wes

Dzięki za przeczytanie tego nieco przydługiego tekstu. Sporo tego wyszło, ale Unseld był po prostu jednym z moich ulubionych graczy z tych odległych (dla niektórych prehistorycznych) lat NBA. Pewnie efekt wielu obejrzanych meczów starych Bullets i dziesiątek godzin grania w NBA Live 2000 drużyną ’70s All-Stars.

Dyskusja 6G

Komentarze 9

Masz coś do dodania? Wskakuj do rozmowy.

kamil22kp@onet.pl07.06.2020, 05:27

Błąd w tekście niestety. Po zdobytym mistrzostwie Bullets grali rok później w finale przeciwko Sonics. Autor pisał o tym zresztą kiedyś na łamach MVP…

Piotr Kolanowski07.06.2020, 11:02

Napisałem i tutaj w dalszej części :) Ale faktycznie, przeoczenie w tym zdaniu na początku. Już poprawiłem. Dzięki.

Marcin Śledziński07.06.2020, 13:44

Świetny tekst, bardzo dziękuję za niego! Czy są jakieś konkretne plany na przybliżenie kolejnych postaci? I jeśli tak to kogo? Bo właśnie lata 70 wydają mi się pod tym kątem najciekawsze.

Piotr Kolanowski07.06.2020, 13:44

Wszelkie propozycje mile widziane w komentarzach :)

Marcin Śledziński07.06.2020, 13:49

W takim razie podaję swoją listę – kolejność nieprzypadkowa: Elvin Hayes (od dawna mnie fascynuje), Dominique Wilkins, Willis Reed, Alex English, George Gervin, Walt Bellamy.

Piotr Kolanowski08.06.2020, 19:06

Super, wezmę pod uwagę! :-) Jeśli chodzi o Hayesa to jego kariera zazębia się mocno z Unseldem, więc spory research już mam odhaczony. Ciekawy przypadek, chyba jedna z najbardziej kontrowersyjnych gwiazd swoich czasów. Z drugiej strony statsy z najlepszych sezonów miał wręcz kosmiczne. Jest o czym pisać.

Reed to też temat rzeka, nie tylko ze względu na ten comeback w finale.

Póki co w planie (teksty już w toku od dłuższego czasu) są Sixers z sezonu 72/73 i Bucks z czasów Nelliego. Pewnie będzie też coś o Pistons z 80s.

Pozdro :)

Maciek08.06.2020, 21:49

Zaciekawiłeś mnie tym Bobem Dandrigem. Plus chętnie poczytałbym np. o takich graczach jak: Rick Barry, Calvin Murphy, Sydney Moncrief, David Robinson, Arvydas Sabonis i pewnie wielu, wielu innych
Generalnie bardzo lubię Twoje artykuły, więc kogo tam „weźmiesz na tapetę” będzie ok.
Ten art również super. Czekamy na więcej :)
Pozdrawiam

Piotr Kolanowski10.06.2020, 13:07

Sidney już był kiedyś, autorstwa Przemysława: https://szostygracz.pl/2014/08/31/moncrief/

Murphy i Barry chodzą po głowie od jakiegoś czasu, więc pewnie pojawią się w niedalekiej przyszłości. :-)

Pozdrowienia!

Szósty Gracz na bieżąco

Włączyć powiadomienia?

Damy Ci znać o nowych tekstach, podcastach i materiałach 6G. Po kliknięciu potwierdź zgodę w oknie swojego urządzenia.

Możesz zmienić decyzję w sekcji „Powiadomienia 6G” w stopce.