
Bielecki: Cztery Steale Draftu 2017
Co roku w końcówce pierwszej i w drugiej rundzie Draftu wybierani są zawodnicy, których nazywamy „stealami” – przechwytami danego naboru do NBA. Kto z Draftu 2017 objawia się na tym wczesnym etapie sezonu jako zawodnik, który powinien być wybrany wcześniej?
OG ANUNOBY
Urodzony w Londynie, ale posiadający nigeryjskie korzenie 20-latek został wybrany z 23 wyborem pierwszej rundy przez Toronto Raptors. Jest synem profesora Uniwersytetu Lincoln w stanie Missouri, gdzie się wychowywał. Jego brat, Chigbo, był – bo graniem tego nazwać nie można – przez kilka lat w NFL.
OG charakteryzuje przede wszystkim niesamowita rozpiętość ramion, sięgająca aż 230 centymetrów. To, wraz ze świetnym atletyzmem, predysponuje go do bycia elitarnym stoperem w NBA. Choć mierzy tylko 203 centymetry i domyślnie jest skrzydłowym, nie będę zaskoczony jeśli będzie dawał radę w obronie przeciwko centrom przez dłuższe fragmenty gry. Potrafi się też przesuwać na tyle szybko, by ustać w grze jeden na jednego z niższymi graczami.
To, czy okaże się prawdziwym przechwytem Raptors, zależało będzie głównie od rozwoju gry w ofensywie. Anunoby ma potencjał, by być zawodnikiem 3-and-D, albo nawet kimś więcej, ale musi usystematyzować swój rzut z dystansu, a także pracować nad umiejętnością kreowania własnego rzutu. Wspomniany wcześniej atletyzm pozwala mu już teraz na skuteczne zagrania wokół obręczy. Na ostatnim roku w NCAA jego skuteczność w rzutach za dwa wynosiła 70%.
Raptors już odnoszą korzyść z wyboru Anunoby’ego. Debiutant spędza na parkiecie ponad 17 minut na mecz i notuje w tym czasie prawie 6 punktów i 2,5 zbiórki oraz 1,5 asysty. NetRTG z nim na boisku to aż +16 – drugi najwyższy w całym zespole (za Normanem Powellem), spośród graczy, którzy zagrali przynajmniej 10 minut w tym sezonie.
Jak to się stało, że 22 drużyny pominęły wybór OG w tegorocznym Drafcie? Jak to często bywa, znaki zapytania przy nazwisku Anunoby postawiła kontuzja. Skrzydłowy występował na Uniwersytecie Indiana, do którego trafił w 2015 roku jako 3-gwiazdkowy rekrut (w skali od 1 do 5). W debiutanckim sezonie rozegrał 34 mecze, średnio spędzając 14 minut na parkiecie. Jego statystyki nie olśniewały. Był co prawda skuteczny, ale 5 punktów i 2,5 zbiórki na mecz raczej skautów NBA by nie przekonały.
Na drugim roku jego średnia minut skoczyła do 25 i wraz z tym pozostałe statystyki zostały praktycznie podwojone. Anunoby rozegrał jednak tylko 16 spotkań (z czego 10 w pierwszej piątce), po tym jak w styczniu doznał kontuzji kolana walcząc o zbiórkę w spotkaniu przeciwko Penn State. Okazało się, że zerwał więzadło krzyżowe przednie (ACL) i potrzebna była operacja. To nie powstrzymało Anunoby’ego przed zgłoszeniem się do Draftu. Choć decyzja Raptors była ryzykowna, nic nie wskazuje na to, żeby mieli jej żałować.
KYLE KUZMA
Kuzma to już jedno z najbardziej medialnych nazwisk Draftu 2017, choć jeszcze kilka miesięcy temu raczej typowanie go na „steal” Los Angeles Lakers, którzy 27 wybór w Drafcie pozyskali od Brooklyn Nets, nie było powszechne.
22-latek do tej pory zdobywa bardzo dobre 15 punktów na mecz, do których dokłada 5 zbiórek i 1,5 asysty. Wydaje się, że niespodziewanie może być Top-10 zawodnikiem swojej klasy. Jest silnym skrzydłowym, który rozciąga grę, ma dobrze ułożoną rękę, potrafi ekwilibrystycznie wykańczać akcje wokół obręczy. Do tego szybko biega i na parkiecie wygląda raczej jak gracz z pozycji niżej.
Kuzma zwracać uwagę na siebie zaczął podczas Summer League, w której był najlepszym zawodnikiem Lakers, notując 22 punkty i 6,5 zbiórki na mecz. W finale Ligi Letniej zdobył 30 punktów i zebrał 10 piłek, prowadząc drużynę z Kalifornii do mistrzostwa. Swoją dobrą grę kontynuował w Preseason, a dziś już jego nazwisko jest znajome większości fanów NBA. Zresztą 27 minut na mecz w debiutanckim sezonie, dla gracza, który wybrany został z tak dalekim numerem, mówi samo za siebie.
Dla Kuzmy to już nie pierwszy raz, kiedy opinia publiczna zastanawia się skąd on się wziął. Do NCAA trafił co prawda jako 4-gwiazdkowy rekrut, ale na tyle mało znany, że nawet nie zdążył wraz ze swoją uczelnią – Uniwersytetem Utah – dopiąć wszelkich formalności przed startem rozgrywek. Oznaczało to, że musiał opuścić pierwszy sezon rozgrywek. W kolejnych trzech latach jednakże nieustannie pracował nad swoją grą, notując progres z sezonu na sezon. Od 3 punktów i 2 zbiórek na mecz, doszedł do poziomu 16 punktów i 9 zbiórek. Po czterech latach na uczelni, Kuzma dorobił się tytułu naukowego, ale ze względu na opuszczenie pierwszego sezonu, mógł wciąż grać w NCAA. Na to się jednak nie zdecydował, zgłaszając się do Draftu.
Zdaje się, że Lakers trafili w dziesiątkę nie tylko ze względu na dość niespodziewanie dobrą grę Kuzmy, ale i fakt, że skrzydłowy wydaje się być idealnie dopasowany do kierunku obranego przez tę organizację w momencie postawienia na Lonzo Balla na początku Draftu 2017. Dlatego Kuzma o swoją przyszłość w LA może być raczej spokojny, a nam pozostaje obserwować, jak Lakers wykorzystają tę swoją predyspozycję do bardzo szybkiej gry.
JORDAN BELL
W tym przypadku o „stealu” mówiło się już w dniu Draftu, kiedy to Golden State Warriors odkupili od Chicago Bulls możliwość wyboru z 38 numerem. Jak pisał niegdyś John Steinbeck – „the rich get richer and the poor get poorer”.
Jordan Bell do NBA trafił przez Uniwersytet Oregon, gdzie został przyjęty jako 4-gwiazdkowy rekrut. W barwach Ducks spędził trzy sezony, w ostatnim docierając nawet do półfinału. Po drodze zaliczył mecz na 11 punktów, 13 zbiórek i 8 bloków w wygranej przeciwko Kansas, czym zwrócił na siebie dużą uwagę. Bell wybrany został też MVP regionu Mid-West podczas ostatniego March Madness. Na ostatnim roku przeciętnie notował 11 punktów, 9 zbiórek, 2 asysty, 2 bloki i przechwyt.
Bell znany jest przede wszystkim ze swojej obrony. Nie tylko świetnie blokuje, ale radzi sobie w starciach z niższymi i szybszymi rywalami. Pod tym względem przypomina nieco zawodnika, który stał się jego mentorem w NBA, czyli Draymonda Greena. Silny skrzydłowy jest niebywale atletyczny i choć nie jest dobrym strzelcem dystansowym, może w przyszłości być ważnym elementem pierwszej piątki Warriors, grając na centrze. Już teraz może zapewniać lepszą obronę obręczy niż Zaza Pachulia. Zdaje się, że Bell trafił do idealnego systemu, w którym jego stosunkowo niewielki wzrost (206 centymetrów) będzie zaletą, a nie wadą. W jednym z meczów Summer League zanotował 5 punktów, 11 zbiórek, 5 asyst, 5 przechwytów i 6 bloków, pokazując jak fantastycznie dopasowany jest do gry i potrzeb Warriors.
W Golden State Bell na razie nie gra dużo, co zrozumiałe w przypadku tak głębokiego składu. W 7 meczach grał średnio po 9 minut, zdobywają po 5 punktów i 2,6 zbiórki. Ale za to zdołał już wywołać niemałe zamieszanie, kończąc samego sobie wyrzuconego alley-oopa od tablicy w końcówce meczu z Mavs. Trener Carlisle miał być wściekły za takie nieeleganckie zachowanie w rozstrzygniętym już meczu. Steve Kerr próbował nawet go przepraszać, ale coach Mavs przeszedł koło tego obojętnie. Cała ta sytuacja rozpętała dyskusję w lidze i w mediach społecznościowych o tak zwanych niepisanych zasadach. Sam LeBron James został zapytany o zdanie. Według mnie jednak to zdenerwowanie Mavs jest po prostu głupie. Warto dodać, że Bell nie wykonał wspomnianego zagrania w ostatniej akcji, lecz na prawie 3 minuty do końca, po tym jak jego własny blok rozpoczął kontratak. Tak jak mówił James – trenerzy proszą swoich zawodników o grę do samego końca, a teraz jeden z nich oburza się, że zawodnik rywali odbił sobie piłkę od tablicy przed wsadem, zamiast zrobić layup. Wydaje mi się, że w tym wszystkim zapomina się, dla kogo ci zawodnicy grają. Nie dla trenerów, a dla kibiców, którzy kupują bilety, by oglądać takie akcje. Uważam, że trener Kerr źle zrobił próbując przepraszać. Zresztą po stronie Bella opowiedziała się większość pytanych zawodników.
Wracając jednak do tematu, ciekawostką jest, że Warriors na pozyskanie wyboru od Bulls przeznaczyli aż 3,5 miliona dolarów, czyli największą dopuszczalną przez NBA kwotę pieniędzy w wymianach. Nie w pojedynczej wymianie, tylko łącznie we wszystkich wymianach przez cały sezon. To była więc spora inwestycja mistrzów, ale jeśli Bell spełni pokładane w nim oczekiwania, może się okazać genialnym ruchem.
DILLON BROOKS
Dillon Brooks jest przykładem tego, że wyniki drużyny mają duże znaczenie w rankingach indywidualnych. Jest bowiem kolejnym reprezentantem Oregon Ducks w tym zestawieniu. 21-letni wingman Memphis Grizzlies przewodzi wszystkim wybranym w drugiej rundzie rookies w rozegranych w tym sezonie minutach. W 29 minut rzuca 9 punktów i dokłada 4 zbiórki w meczu.
Kanadyjczyk ma niespełna dwa metry wzrostu i do Grizzlies, jak już wspomniałem, trafił z Uniwersytetu Oregon. Tak samo jak Bell, z uczelni zrezygnował po trzecim sezonie (16,1 punktów na mecz). Co ciekawe, ostatni rok nie był jego najlepszym pod względem indywidualnych statystyk. Drugi rok był dla niego lepszy pod względem większości notowań, ale brało się to także z większej ilości minut. W Drafcie zdecydowali się na niego Houston Rockets, przy okazji 45 numeru, ale natychmiast oddali go do Memphis w zamian za drugorundowy wybór w jednym z przyszłych Draftów.
Grizzlies zaufali mu od samego początku. W swoim oficjalnym debiucie zdobył 19 punktów w wygranej z Pelicans – to najlepszy wynik w pierwszym meczu kariery spośród wszystkich Kanadyjczyków w historii ligi. Już w drugim meczu zagrał 32 minuty, przyczyniając się do pokonania mistrzów NBA.
„On trafił do NBA będąc gotowym do gry. Miał cztery game-winnery w zeszłym roku dla Oregonu, był graczem roku konferencji Pac-12. Oczywiście wciąż musimy popracować nad pewnymi rzeczami, ale ufam mu na parkiecie” – mówi coach Grizzlies, David Fizdale.
Brooks na parkiecie łączy umiejętność zdobywania punktów z dobrą obroną. Nawet sam Tony Allen wypowiadał się o jego defensywie w samych superlatywach, porównywując Brooksa do siebie. Fizdale natomiast użył porównania do Shane’a Battiera – innego świetnego obrońcy w historii zespołu.
Dillon Brooks jest więc kolejnym zawodnikiem, który pokazuje menadżerom klubów NBA, że nawet z odległym wyborem drugorundowym można pozyskać nie tylko talent, ale i zawodnika przydatnego od zaraz.

Bell powinien mocno popracować nad rzutem, a będzie miał szansę namieszać w lidze jak jego mentor.
Anunoby – 2 lata na uczelni
Kuzma – 3 lata na uczelni
Bell – 3 lata na uczelni
Brooks – 3 lata na uczelni
Żadnej presji – jest mind game
Słowo.
Anunoby przepracował solidnie rehabkę i okres po kontuzji. Nie było nic o nim słychać, po części też celowo Hoosiers nie robili z tego halo. Już na początku drugiego roku zaczął rzucać z dystansu, pracował w lato 2016 przed sophomore year i byłby pewnie w Top 10, gdyby rozegrał cały sezon 2016/17.
Kuzma jest najlepszym przykładem jak podczas kariery w NCAA można przystosować ciało/skille do gry w NBA, więc może czasami warto zostać. Zaczynał od faceta, który grał mocną czwórką, czasami nawet piątkę zanim przyszedł Poeltl. Teraz jest mobilną strech-4 pełną gębą.
Bell był Drayem Greenem w Oregonie bez rzutu za trzy, ale podejrzewam, że to kwestia dwóch-trzech sezonów i ten rzut się pojawi, bo wymaga tego obecnie liga. Zjadł NCAA Tournament 2017, momentami wręcz dominując defense i deski.
Brooks to KAWAŁ GRACZA. Tak to tylko mogę skwitować.
Dobry research Bartek. Niech chłopaki grają – WARTO STAWIAĆ NA GRACZY PRZYGOTOWANYCH. NCAA to nie tylko one and dones.
„NCAA to nie tylko one and dones” – Prezydent Brogdon lubi to
Gdyby Bell zrobił ten wsad gdy mecz był na styku to by mówiono jak niedojrzały jest, bo niepotrzebnie ryzykuje. Takie wsady można wykonywać tylko w końcówkach rozstrzygniętych meczów.